Przejdź do treści
PodcastyZdrowie i FitnessAkademia Płodności

Akademia Płodności

Akademia Płodności
Akademia Płodności
Najnowszy odcinek

109 odcinków

  • Akademia Płodności

    #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży”

    14.08.2026 | 19 min.
    Czy da się podejmować zwykłe życiowe decyzje bez myślenia: „A co, jeśli za chwilę będę w ciąży?”. W tym odcinku rozmawiamy o życiu w zawieszeniu podczas starań o dziecko, odkładaniu zmiany pracy, podróży, wydatków, studiów czy nawet marzeń na później. O tym, jak długo można funkcjonować „na długu tlenowym” i co dzieje się w momencie, kiedy zaczyna brakować sił na dalsze czekanie.

    Mówimy też o własnych doświadczeniach i historiach kobiet, które po latach starań zaczęły powoli odzyskiwać kawałki swojego życia, nie  rezygnując przy tym z marzenia o dziecku.

    Plan odcinka

    Życie podporządkowane myśli: „zaraz będę w ciąży”

    Dlaczego odkładamy zmianę pracy i ważne decyzje

    Finanse podczas starań- leczenie czy wakacje?

    Podróże planowane pod cykl miesiączkowy

    Życie „na długu tlenowym” i moment, kiedy zaczyna brakować sił

    Czy można pozwolić sobie na przyjemność bez poczucia winy?

    Historie kobiet, które po latach zaczęły odzyskiwać swoje życie

    Studia, kursy, podróże i inne rzeczy odkładane „na później”

    „Pokój dla dziecka”, który przez lata pozostaje pusty

    Czy istnieje moment, w którym trzeba przestać czekać i zacząć żyć?

    Znajdziesz nas również tutaj:

    Podcast VIDEO 

    SPOTIFY



    Ania Mazur Gajo 00:00:00

    Cześć, to Ania i Zosia.

    Zosia Mazurek Dudek 00:00:01

    Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Ania Mazur Gajo 00:00:25

    Witamy w kolejnym podcaście? Videocaście? Dzisiejszy odcinek to?

    Zosia Mazurek Dudek 00:00:33

    „Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania: a co, jeśli będę w ciąży?”

    Ania Mazur Gajo 00:00:42

    Stan zawieszenia życia podczas niepłodności to jest coś, co dotyka, myślę, że większości osób starających się o dziecko. Jednak to, że będziesz za chwilę w ciąży, sprawia, że twoje wybory, twoja przyszłość…

    Zosia Mazurek Dudek 00:01:02

    No i wszystkie decyzje, które podejmujesz. Masz gdzieś z tyłu głowy to…

    Ania Mazur Gajo 00:01:05

    …że za chwilę będziesz w ciąży.

    Ania Mazur Gajo 00:01:09

    Więc jest to stan, który determinuje też twój wybór pracy, wakacji.

    Zosia Mazurek Dudek 00:01:23

    Oczywiście. Każdy wyjazd.

    Ania Mazur Gajo 00:01:25

    Ale też finansowe wybory, na które się decydujesz bądź nie.  Jak zaczynamy starania, to myślimy, że w tej ciąży będziemy.

    Zosia Mazurek Dudek 00:01:36

    Zaraz.

    Ania Mazur Gajo 00:01:37

    Za chwilę, więc nie zmieniamy pracy. Też tak może być?

    Zosia Mazurek Dudek 00:01:41

    Może być, mimo że gdzieś z tyłu głowy byśmy mieli… Ale wiem, że jest to tak dalece ciężki proces, na zasadzie: w ogóle wszystkie zmiany są trudne. Ale wiesz, co sobie myślę? Że zmiana pracy, nawet na taką, która być może w przyszłości da ci bezpieczniejszą pozycję albo lepsze warunki na umowie… No ale wiesz, że w tej nowej pracy musisz się wdrożyć. To nie jest tak, że zmienisz pracę i co?

    Ania Mazur Gajo 00:02:05

    Dziewczyny bardzo często piszą do nas, że ta praca to jest taki punkt, moment, w którym bardzo często w ogóle praca pojawia się w wiadomościach. Raz, że oczywiście jest to ważny element też…

    Ania Mazur Gajo 00:02:21

    …bezpieczeństwa, jeżeli chodzi o tę ciążę. Ale często też w wiadomościach mamy, że po długotrwałych staraniach dochodzi do was, że jesteście w pracy, w której nie chcecie być, i tkwicie latami, bo te starania okazują się niestety… że nie trwają rok czy dwa.

    Ania Mazur Gajo 00:02:49

    Znamy też wiele takich historii, gdzie dziewczyny zdecydowały się wziąć ten wdech. Ten taki naprawdę ogromny krok, bo to jest naprawdę ogromna zmiana. Przez wiele lat powtarzając sobie, że: „Nie zmieniam pracy, bo zaraz będę w ciąży”, zmieniają pracę. I to jest taki dla nich moment uwalniający. To jest taka pierwsza wielka rzecz, którą zrobiły, odkąd zaczęły starać się o dziecko.

    Zosia Mazurek Dudek 00:03:15

    No, bo porzucasz tę znaną, choć nie do końca może komfortową rzeczywistość, bo jednak coś cię tam uwiera, ale boisz się zrobić ten krok w nieznane. No bo wiesz, jakie on może konsekwencje ze sobą nieść, tak? To jest ta chwila, kiedy masz nieważkość pod stopami i to nie jest miła chwila. Jak najszybciej chcesz osiąść i poczuć się znów bezpiecznie. Może w fajniejszym miejscu, może to ci pozwoli dryfować do czegoś, przy czym powiesz: „Boże, jak szkoda, że zrobiłam to tak późno”. Ale z drugiej strony nie wiesz, no bo zawsze może być gorzej, prawda? Może być z deszczu pod rynnę. Więc nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz. Ale podjęcie takiej decyzji z myślą taką, że: „A co, jeśli…?”

    Zosia Mazurek Dudek 00:03:53

    „To jest ten cykl, w którym będę w ciąży?”. „Co, jeśli?” i tkwienie w tym samym, znanym, acz czasami bagienku, z tego, co da się wyczytać z tych wiadomości, jest również bardzo takie kiszące.

    Zosia Mazurek Dudek 00:04:08

    Rozumiesz? Bardzo. Ja też mam bardzo wiele zrozumienia do tego, bo podjęcie takiej decyzji to jest coś przeogromnie wielkiego.

    Zosia Mazurek Dudek 00:04:19

    I w ogóle tak bardzo dużo decyzji się z tym wiąże, bo praca daje ci stabilność. Finansową też, tak? A finanse musisz dzielić, bo możesz je przeznaczyć na wycieczkę, no ale wtedy zostanie mniej na kupce „starania”. Z drugiej strony pojedziesz na wycieczkę i co? Zawalisz te starania? Albo kolejny rok podejmiesz decyzję, że wciąż starania.

    Zosia Mazurek Dudek 00:04:46

    I kolejny rok nie pojedziesz na wakacje, bo jednak ta kupka do zaopiekowania była bardziej istotna, była w tym priorytecie. I potem to będzie na przykład jedna z tych wiadomości, gdzie budzisz się w świecie, w którym nie byłaś na wakacjach od pięciu, sześciu lat, bo ciągle wydaje ci się, że na te następne pojedziecie we trójkę, a tej dodatkowej osoby ciągle nie ma na pokładzie.

    Ania Mazur Gajo 00:05:10

    Bo na początku nawet ty nie chcesz jechać na te wakacje. Odkładasz wszystko, jesteś w stanie zrezygnować ze wszystkiego. Ze wszystkiego, naprawdę. Możesz nie wychodzić z domu.

    Zosia Mazurek Dudek 00:05:18

    No tak. I nawet wręcz jak pojedziesz, to będziesz czuła się winna.

    Ania Mazur Gajo 00:05:22

    Iść do roboty, wrócić z roboty, iść do lekarza i tyle. Jakby dasz sobie radę przez pewien czas.

    Zosia Mazurek Dudek 00:05:29

    Tylko czy to jest życie na długu tlenowym?

    Ania Mazur Gajo 00:05:32

    I dasz sobie świetnie radę na tym.

    Zosia Mazurek Dudek 00:05:34

    Pod warunkiem, że za zakrętem czeka spełnienie marzeń.

    Ania Mazur Gajo 00:05:38

    Tak, bo wytrzymasz. Jesteś w stanie zacisnąć zęby podczas starań i wytrzymać naprawdę największe kłody. Wytrzymasz to przez chwilę. Tylko jak mija rok, mija dwa, mija trzeci rok…

    Ania Mazur Gajo 00:05:53

    …to w końcu już tak bardzo się dusisz, że nie możesz.

    Zosia Mazurek Dudek 00:06:00

    Albo się udusisz, albo jednak wypłyniesz na tę powierzchnię po ten wdech.

    Ania Mazur Gajo 00:06:05

    No i właśnie przypomniała mi się taka historia. Kocham ją, naprawdę kocham ją.

    Ania Mazur Gajo 00:06:13

    Kiedy dziewczyna odkładała życie na potem, na ciążę, na zawsze.  Znaczy zawsze, odkąd się starali, miała być w ciąży w następnym miesiącu i to było odkładanie wszystkich swoich przyjemności. I tak bardzo mi się spodobało to, co napisała. Pozwoli to może wam też przestawić patrzenie na to wszystko. I napisała tak: „Kupiłam skok na bungee dla mojego męża. Na urodziny”.

    Ania Mazur Gajo 00:06:52

    „Ale kupiłam też sobie. Zawsze odkładałam wszystko, bo będę w ciąży. A jeżeli w tej ciąży będę, to i tak wygram”.



     
    Ania Mazur Gajo 00:07:03

    I to mi dało takie: no tak. Nawet jak zajdziesz w ciążę, to stracisz, nie wiem, bilety, ale wygrasz, no. I tak wygrasz. I to jest takie otwierające głowę, że ty się boisz tego, ale jeżeli tam czeka tak wielka wygrana, to ten przelew, ten skok, gdzie nie skoczysz, przestaje mieć znaczenie.

    Zosia Mazurek Dudek 00:07:37

    Bardzo, bardzo fajne, otwierające głowę. Ale jakbym była na tej początkowej ścieżce starań, to nie potrafiłabym na tę decyzję spojrzeć życzliwie, z wdzięcznością dla samej siebie, że myślę o sobie i o tym, że może być różnie, ale przynajmniej nie przesiedzisz w chacie. Tylko raczej pomyślałabym sobie, że no, Zosin tak średnio odpowiedzialnie. Jak, wiesz, szczypiemy się z każdym groszem.

    Ania Mazur Gajo 00:08:06

    No, dokładnie.

    Ania Mazur Gajo 00:08:08

    I to jest ten etap, kiedy ty zagryziesz, zrezygnujesz ze wszystkiego i ty nie masz takiego jakiegoś, wiesz: „A dobra…”.

    Zosia Mazurek Dudek 00:08:14

    Potrzeby, tak?

    Ania Mazur Gajo 00:08:15

    Nie masz potrzeby. Ale w końcu, po kilku latach, ta potrzeba może przyjść i w końcu ogarniasz, że ten czas zleciał, a właściwie tam jest czarna dziura.

    Zosia Mazurek Dudek 00:08:25

    Dlatego właśnie mówię, że zależy, na który moment tobie trafiło. Czy tobie trafiło na początek, na zasadzie…

    Ania Mazur Gajo 00:08:30

    Nie potrzebujesz jeszcze oddechu.

    Zosia Mazurek Dudek 00:08:32

    Tak, bo zagryzam zęby, bo dojadę, docisnę, wezmę sobie łyk, spełnią mi się marzenia. Już mam go mało, już dawno powinnam się wynurzyć, ale po prostu oszukuję się, że jeszcze mi go wystarczy. Więc tak. A z drugiej strony tak sobie myślę, że moje spełnienie marzeń o pierwszym dziecku zadziało się wtedy, kiedy nakupowałam biletów na różne wycieczki po Europie. Miałam taką fazę, jak już poczułam ten taki, właśnie ten taki mikrooddech i te takie moje mikromałe zachwyty, które daje mi chociażby podróżowanie.

    Zosia Mazurek Dudek 00:09:11

    Kiedy pozwoliłam sobie na pierwszą podróż po bardzo długim czasie, z wyrzutami sumienia, wypchnięta na nią właściwie przez mojego męża, starając się to ogarnąć jak najbardziej budżetowo, i wtedy na tym wyjeździe poczułam, że: „Boże, to jest pierwszy raz, kiedy ja wzięłam głębszy oddech”. To nie jest tak, że ja przestaję myśleć o tych staraniach, ale to jest pierwszy raz, kiedy daję sobie poczuć, że miewam się troszkę lepiej, chociaż przez ten moment. Chcę to powtórzyć. Chcę jeszcze raz, chcę jeszcze raz być w tym samym miejscu i poczuć ten mikrozachwyt, chociaż na sekundę. Porezerwowałam również budżetowo, szukając jakichś takich turbo tanich lotów, różne wycieczki po Europie. Pamiętam to.

    Zosia Mazurek Dudek 00:09:51

    Tu polecę z mamą, tu polecę z Dudkiem, tu polecę z bratem. I pamiętam, że chciałam to zrobić tak, że wykupowałam najtańsze loty, myśląc sobie, że jak ta wycieczka będzie się już zbliżała i ja dalej nie będę w tej ciąży, no to wtedy będzie można zacząć rezerwować jakieś tam miejscówki do spania. Ale przynajmniej mam już wbite w kalendarz, zahaczone. Mamy loty, rezerwuję ciebie na ten termin, jedziemy sobie spędzić wspólnie czas. I potem miałam taką myśl, że jak już…

    Zosia Mazurek Dudek 00:10:21

    Krysia była pod moim sercem, to miałam taką myśl, że najlżej mi jest zrezygnować z tych wydanych pieniędzy na te bilety. Że po prostu cieszę się, że nie mogę polecieć, że nie mam w ogóle żalu o to, że to było super rezerwować, że to było super otworzyć sobie swoją głowę na to, że możesz sobie na to pozwolić, rozumiesz? I finalnie, mimo wszystko, one przepadły. To nie były jakieś duże pieniądze, no ale przepadły. Ale że ja w ogóle dałam sobie na to pozwolenie, żeby to zrobić i żeby tam spróbować wylądować, to już było takie… pokazało, że jednak…

    Ania Mazur Gajo 00:10:59

    Hipotetyczna ciąża ma wpływ na plany podróżnicze.

    Zosia Mazurek Dudek 00:11:07

    Nie tylko podróżnicze.

    Ania Mazur Gajo 00:11:12

    Zostańmy na chwilę przy tych podróżniczych planach, bo na początku jeszcze sobie podróżujecie, no bo staracie się i jest, nazwijmy to frywolnie, no bo jest to czas starań, kiedy po prostu cieszycie się tym, że zaraz zostaniecie rodzicami.

    Zosia Mazurek Dudek 00:11:30

    Później moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że może nie być tak szybko.

    Ania Mazur Gajo 00:11:37

    Tak. Nie masz ochoty. Ja w ogóle pamiętam taki wyjazd na Mazury, na Mazury, gdzie mi było szkoda tam być.

    Ania Mazur Gajo 00:11:48

    Ustalasz życie pod cykl miesiączkowy. Jakby był to moment, w którym jesteś już po stymulacji i po owulacji najlepiej, prawda? Kiedy już tam jesteś, no to to jest najlepszy czas na wakacje, no bo wtedy nie idziesz na monitoring.

    Zosia Mazurek Dudek 00:12:12

    Wtedy tam dostajesz… Nie jesteś związana wizytami.

    Ania Mazur Gajo 00:12:15

    Tak, nie jesteś uwiązana. Tam dostajesz miesiączkę, więc…

    Zosia Mazurek Dudek 00:12:19

    Albo nie.

    Ania Mazur Gajo 00:12:20

    Albo nie, oczywiście. Tak, na to liczysz. Natomiast jest to ten moment, w którym ty możesz się ruszyć gdziekolwiek. I no, i masz taki też moment straconego cyklu, jak jedziesz nie w tym czasie.

    Zosia Mazurek Dudek 00:12:34

    Nie w tym czasie. A to było nie w tym czasie? A, no to może dlatego ci się nie podobało.

    Ania Mazur Gajo 00:12:39

    No słabe, no. No jak?

    Zosia Mazurek Dudek 00:12:41

    I nie potrafiłaś się cieszyć tym wyjazdem?

    Ania Mazur Gajo 00:12:43

    Nie, bo to nie był taki moment, kiedy ja chciałam mieć oddech. Ja chciałam się starać o dziecko. Moją misją było jeżdżenie do lekarzy. Moją misją było czytanie na ten temat. Moją misją było robienie wszystkiego, żeby zajść w ciążę, a nie jeżdżenie i siedzenie na Mazurach.

    Ania Mazur Gajo 00:12:59

    Sorry, ale no…

    Zosia Mazurek Dudek 00:13:01

    Nie teraz.

    Ania Mazur Gajo 00:13:02

    Nie teraz. To nie był ten czas.

    Ania Mazur Gajo 00:13:04

    Natomiast w pewnym momencie patrzyłam na to wszystko w ten sposób, że hej, no właściwie to wszyscy jeżdżą, tylko my nigdzie nie ruszamy, nie przemieszczamy się. Cały czas życie się kręci wokół „od–do” i cyklu miesiączkowego.

    Zosia Mazurek Dudek 00:13:25

    No właśnie, bo wróćmy do tego, o czym rozmawiałyśmy, zanim usiadłyśmy na tych fotelach. Jak rozmawiałyśmy akurat wtedy o konkretnej jednej dziewczynie, ale nie rozkładajmy tego na przykładzie tej jednej laski. Tylko chodzi mi o to, że ona w pewnym momencie obudziła się w świecie, w którym odkładała wszystko. Nawet nie tylko ze swojego życia, bo akurat ta para miała już jedno dziecko i ich bardzo, bardzo mocno doświadczyła niepłodność wtórna.

    Zosia Mazurek Dudek 00:13:59

    Kiedy nie udawało się uzyskać kolejnej ciąży i tymi wszystkimi heroicznymi próbami, podejściami do in vitro, kiedy wszystkie środki też były tam inwestowane… Ona się obudziła w świecie, w którym zdała sobie sprawę z tego, że no nie tylko ona nie żyje, ale jej rodzina nie żyje. Jej córka nie ma spełnionego marzenia, tak? Na przykład prosi o psa, gdzie masz ogromną presję na tego psa. Też nie było czasu, no bo będziesz miała szczeniaka i będziesz zaraz w ciąży. Podchodzisz do kolejnego in vitro, wierzysz, że będzie tym ostatnim. Musisz to jakoś łączyć. No, nie masz też kasy na to, żeby kupić na przykład psa rasowego teraz i nie zabierasz tego dziecka na wakacje.

    Ania Mazur Gajo 00:14:36

    Utrzymanie psa to też są koszty, tak?

    Zosia Mazurek Dudek 00:14:38

    Oczywiście. No i odpowiedzialność za to, że to nie musi być tylko kupienie karmy na przykład, tak? Bo to kupienie karmy to jest najlepszy scenariusz, kiedy wszystko gra. A kiedy nie gra, musisz wziąć pod uwagę, że musisz to wziąć również na swoje barki.

    Ania Mazur Gajo 00:14:51

    Więc zawieszasz się, pomimo że jest to niepłodność wtórna.

    Zosia Mazurek Dudek 00:14:56

    Zawieszasz się i nie tylko… Właśnie o to chodzi, że to było zawieszenie… Tego, że ona zdała sobie sprawę z tego, że po pierwsze: nie pojechaliśmy na wakacje takie prawdziwe od trzech lat. Po drugie: ja słyszę o tym psie już któryś raz i ciągle odpowiadam, że nie, a kolejny czas mija. To było takie: kurczę, ta niepłodność po prostu wpływa na całe życie naszej rodziny. I właśnie, to kiedy możesz.

    Zosia Mazurek Dudek 00:15:30

    Kiedy to przerwać? W sensie, to kiedy możesz to odkładać? Kiedy przychodzi. To po prostu musi się wydarzyć ten moment, w którym brakuje ci tlenu i wtedy sama się odbijesz. A ten moment przychodzi w bardzo różnym czasie, bo niektórym tego tlenu zabraknie szybciej, inni będą jechać na oparach jeszcze bardzo długo.

    Ania Mazur Gajo 00:15:47

    Mi się tak wydaje, że każdy w swoim własnym. A może nigdy nie nastąpić. A może będziesz walczyć do ostatniej kropli. Ale nie da się tym, co powiesz, tego momentu jakby wywołać.

    Zosia Mazurek Dudek 00:16:03

    Tak, jakby przyspieszyć.

    Ania Mazur Gajo 00:16:04

    On sam przychodzi w twoim własnym, osobistym życiu, w twoim własnym uniwersum. Sam. I ty w końcu twierdzisz, że: „No, no nie. No, muszę coś zmienić. Ja już tak dłużej nie mogę”.

    Zosia Mazurek Dudek 00:16:17

    Mhm.

    Ania Mazur Gajo 00:16:19

    I właśnie często też dostajemy wiadomości, kiedy to się dzieje. Kiedy dziewczyny piszą nam o tym, że pozwalają sobie na różne rzeczy, których przez lata sobie odmawiały. I to są czasami maleńkości, chociaż dla nich wielkości. A czasami jadą gdzieś na wycieczkę. I już nie patrzą na to, że ten cel będzie odłożony.

    Ania Mazur Gajo 00:16:45

    Tylko szczerze mają już tak dość, że już nie dadzą rady, no. Że jadą gdzieś tam zobaczyć, jak jest gdzieś indziej.

    Zosia Mazurek Dudek 00:16:55

    Tak, no. Albo na przykład piszą nam, że zaczęły studia, których nigdy nie zaczęły.

    Ania Mazur Gajo 00:16:59

    Bo przecież jak skończę studia w ciąży?

    Zosia Mazurek Dudek 00:17:01

    I z dzieckiem małym, tak? Jak to zrobię? Albo zapisują się na kurs, o którym zawsze marzyły, ale był zawsze za drogi, za długi, nie na teraz.

    Ania Mazur Gajo 00:17:12

    Czasami też jest tak, że to życie w zawieszeniu zmieniają te pokoiki, które zawsze miały być dla dziecka. I nagle też dostałyśmy taką wiadomość, gdzie po prostu to jedno pomieszczenie powodowało w tej dziewczynie.

    Zosia Mazurek Dudek 00:17:31

    Taką presję.

    Ania Mazur Gajo 00:17:32

    Taką presję i taką rozpacz, że to był nazywany „pokoikiem dziecka”. I w końcu ona sobie zmieniła to na swoje studio do ćwiczeń. I myślę, że to też jest taki moment.

    Ania Mazur Gajo 00:17:43

    Przełomowy. Ile możesz przechodzić obok tego… Jakby sam pokoik po wielu latach, który nawet dostał swoją nazwę, to no też myślę, że tutaj się właśnie ten tlen kończył. I też gratuluję ogromnie i cieszę się niezmiernie, że ten moment nadszedł u tego człowieka i zrobiła sobie ten pokoik dla siebie.

    Zosia Mazurek Dudek 00:18:16

    Przerobić z powrotem na pokoik dziecka, ale robisz to z największą przyjemnością.

    Ania Mazur Gajo 00:18:21

    Ale tak, tak czy tak.

    Zosia Mazurek Dudek 00:18:22

    I zawsze możesz to zrobić.

    Ania Mazur Gajo 00:18:24

    Wygrywasz, no.

    Zosia Mazurek Dudek 00:18:24

    No, a potem wiesz też. Boże, wyobrażasz sobie? Żyjesz w tym miejscu, mijasz ten pokoik tyle razy i tyle razy rozdrapujesz tę ranę.

    Ania Mazur Gajo 00:18:32

    No tak, bo właśnie o to chodziło.

    Zosia Mazurek Dudek 00:18:34

    To nie jest tak, że przypominasz sobie o tym raz na jakiś czas, bo mieszkasz w miejscu, żyjesz w tym miejscu. 

    Ania Mazur Gajo 00:18:42

    Tak, widziałam. On był nazwany nawet „pokoikiem dla dziecka”. To pomieszczenie było tak nazwane, więc jak komunikujesz się z mężem, mówisz: „Idź, odstaw to do pokoiku dla dziecka”. To było bardzo bolesne dla nich, więc musieli coś zmienić, bo już nie dali rady. No, ta dziewczyna, bo to ona z nami się kontaktowała, ona musiała coś z tym zrobić.

    Ania Mazur Gajo 00:19:06

    I chociaż wydaje mi się, że nie znalazłyśmy takiego jednego guziczka, który przyspieszy ten proces i pomoże, natomiast mamy nadzieję, że to, czym się otaczamy i czego słuchamy, i może nasza rozmowa sprawi, że ten moment ukojenia, na różny sposób, przyjdzie do Was.

    Artykuł #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży” pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #108 Czy niepłodność zmienia osobowość

    06.08.2026 | 32 min.
    Czy niepłodność zmienia osobowość? A może po prostu wydobywa z nas cechy, których wcześniej nie znaliśmy?

    W tym odcinku rozmawiamy  jak starania o dziecko zmieniły nas jako ludzi. O zazdrości, której wcześniej nie znałyśmy. O utracie spontaniczności. O relacjach z bliskimi. O poczuciu, że patrzysz w lustro i widzisz tę samą twarz, ale już zupełnie inną osobę.

    Zastanawiamy się też, czy po zakończonych staraniach można wrócić do siebie sprzed lat, czy pewne doświadczenia zostają z nami już na zawsze.

    Jeśli jesteś w trakcie starań, być może po raz pierwszy usłyszysz na głos myśli, które od dawna nosisz w sobie. A jeśli ten etap masz już za sobą, być może lepiej zrozumiesz, dlaczego niektóre emocje wracają nawet po wielu latach.

    Plan odcinka

    Czy niepłodność naprawdę zmienia osobowość?

    Dlaczego podczas starań przestajemy być spontaniczni?

    Jak niepłodność wpływa na poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie?

    Zazdrość, złość i poczucie winy – emocje, których wcześniej nie znałyśmy.

    Dlaczego spotkania z dziećmi i kobietami w ciąży potrafią tak bardzo boleć?

    Jak znaleźć bezpieczne miejsce i „wentyl” podczas starań?

    Praca jako ucieczka od trudnych emocji – czy to naprawdę pomaga?

    Jak wspierać osobę starającą się o dziecko, żeby nie zrobić jej jeszcze większej krzywdy?

    Czy po zakończonych staraniach wracamy do dawnej wersji siebie?

    Jakie ślady niepłodność zostawia w nas na lata – nawet wtedy, gdy jesteśmy już rodzicami?

    Znajdziesz nas również tutaj:

    Podcast VIDEO 

    SPOTIFY



    Ania Mazur-Gajo:

    Cześć, tu Ania i Zosia.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Ania Mazur-Gajo:

    Dzień dobry w kolejnym podcaście.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Dzień dobry, witamy Was! Jesteśmy znowu w Lublinie. Mam nadzieję, że to będzie w takiej spoko kolejności, żeby Wam nie rozwalić główek tym, że… rozumiesz? Bo my czasami, wiecie, zmieniamy kolejność i nagrywamy. Ja Was na przykład trzy razy z rzędu witam w nowym odcinku, a potem: „Witamy Was po przerwie” czy coś tam, bo nagrywamy to wszystko inaczej. Ale może tym razem tak nie będzie.

    Słuchajcie.

    Przyszłyśmy sobie tutaj znowu pogadać z Wami i razem ze sobą podywagować na różne tematy, bo podobno nas lubicie słuchać. To jest niesamowite. To jest niesamowicie fajne, przyjemne i łechcące ego, ale też bardzo fajne, że możemy Wam tym nieść pomoc. I jak się otwieramy przed Wami i mówimy, jak to było u nas, to Wy potem bardzo często piszecie nam, że ktoś nazwał Wasze myśli, nie?

    Ania Mazur-Gajo:

    Tak. Bardzo często dostajemy wiadomości, że jesteśmy z Wami w różnych takich momentach. W samochodzie, na spacerach, sprzątamy z Wami.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    To prawda. Stoimy w korkach. No, fajne to jest.

    Ania Mazur-Gajo:

    Ostatnio jedna słuchaczka napisała: „Szorowałam z Wami nawet kibel”.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    No, szanujemy to. Fajne. A pamiętam, jak jeszcze jedna dziewczyna napisała: „Kiedy nowe odcinki? Bo sprzątam już do starych podcastów”. Że musi zapętlać poprzednie. To jest ekstra.

    Ehm… O czym będziemy sobie dzisiaj rozmawiać, Anna?

    Ania Mazur-Gajo:

    Będziemy rozmawiać o takim roboczym temacie: „Czy niepłodność zmieniła moją osobowość?”.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    No bo tak sobie trochę rozmawiałyśmy o tym, że w sumie był to tak długotrwały i tak mocno… jakby znaleźć słowo… taki mocno…

    Ania Mazur-Gajo:

    Inwazyjny.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Mocno inwazyjny, tak, czas w życiu, że pozostawił takie, myślę nawet, że trwałe zmiany w osobowości. Mojej przynajmniej. Bo to, że wtedy, w trakcie starań, byłam inna, to jestem pewna na tysiąc procent. I zaraz sobie będziemy rozmawiać, dlaczego inna i dlaczego jakby… Bo ja już się zdradziłam, że nie wróciłam do swojego starego „ja”, tego sprzed. Tego Zosinka, który był przed. Albo tak mi się wydaje, ale kurczę, jest to takie graniczące z pewnością.

    Ania Mazur-Gajo:

    Czyli niepłodność zmienia?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Moją zmieniła. W sensie ona potrafi. Nie wiem, czy u Was też tak będzie. Moją osobowość zmieniła.

    Ania Mazur-Gajo:

    No dobra, czyli co zmienia niepłodność? Może zacznijmy od tego. Co u Ciebie zmieniło?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Właśnie może: co u mnie? Bo co ona zmienia? Ona może zmienić wszystko. Może sobie trochę spróbujmy nakreślić, jak siebie postrzegałyśmy sprzed.

    Ja na przykład byłam o wiele bardziej spontaniczna. Można by było powiedzieć, że Zosin to był człowiek spontan. Potem tę spontaniczność zatraciłam ze względu na to, że, tak myślę, trzeba było żyć pod konkretny cykl. Pod cykl, pod leki, pod wizyty u lekarza, co jakby z góry zakładało, że nie mogłaś już sobie tak puścić wodzów fantazji. Teraz też potrafię być spontaniczna, ale to jest level, bym powiedziała, dziesięć poziomów niżej.

    Nie ma takiego spontanu, jak kiedyś ze mną był, co?

    Ania Mazur-Gajo:

    Mhm. No, spontaniczność wynikała z tego, że chodziło o jakieś wyjazdy. Zosin się odpalał jednego dnia, pakował się i był nad jakimś jeziorkiem. Albo był z ziomeczkami na festiwalu. 

    To był taki Zosin?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak, to był taki Zosin. Dokładnie, który wymyślał na takiej zasadzie: „Wow!”.

    Pamiętam, była… Jezu, znowu reklama maca. Ale nie wiem, czy pamiętasz, był taki czas, że w Maku była kawa za jakieś śmieszne pieniądze. Dwa zyla, trzy zyla. Pamiętasz to? No i ja na przykład jechałam po kawę dla wszystkich z mojej grupy, bo stwierdziłam, że to będzie super i im przywiozę, bo oni czekają na przykład na wykłady.

    Ania Mazur-Gajo:

    Aaa, widziałam takie zdjęcie.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    No, pamiętałaś. Takie, jak stoję z tymi wszystkimi kubkami. Wtedy nikomu…

    Albo na przykład pamiętam, jak w Biedrze była wyprzedaż pomarańczy. Kupiłam takie dwie skrzynie tych pomarańczy i wyciskałam soki moim ziomeczkom z grupy. Miałam taki, rozumiesz… taki odpał.

    To oczywiście były też wyjazdy, ale właśnie mówię z przymrużeniem oka, bo mój mąż, który z kolei jest człowiekiem-kalendarzem… Znamy takie osoby, prawda, Ancia? Nie będę pokazywać palcem, ale siedzi tutaj w tym pomieszczeniu, w którym jestem tylko ja i ten człowiek-kalendarz, więc nie pokażę palcem.

    No to Barti na przykład wolał mieć wszystko zaplanowane. Jak ja wyjeżdżałam z tekstem, że kupiłam bilety do Londynu, bo były za 39 zł i lecimy jutro, to on… Wiecie, ja czekałam na taką reakcję, że przynajmniej jest tak samo zapalony jak ja: „Jezu, co zrobiłaś?!”. A on musiał się z tym ułożyć. Miał zaplanowane rzeczy i to było takie…

    Ania Mazur-Gajo:

    Ale Zosin lubi do tej pory taki być.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    To weź to sobie teraz porównaj. Jeśli teraz wydaję Ci się wciąż spontanicznym człowiekiem, to gdybyś poznała mnie sprzed starań, to nie wiem, czy byś ze mną wytrzymała. Tak sobie myślę.

    Ania Mazur-Gajo:

    Myślę, że ciężko by było nadążyć za tym wszystkim.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Mogłoby tak być, no. Bo widzisz, Ty wciąż mimo wszystko postrzegasz mnie jako człowieka spontana, nie? Bo to raczej ja jestem człowiekiem zapalnikiem. Tak, to ma swoje dobre i złe strony. Ma swoje różne konsekwencje, które potem trzeba gasić, ale tak, uważam, że byłam zdecydowanie bardziej spontaniczna i potem mnie to tak przygasiło.

    Ania Mazur-Gajo:

    Ciężko jest być spontanicznym i pozwolić sobie na taką spontaniczność podczas starań, bo trochę szkoda Ci marnować czasu na tę spontaniczność.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Trochę nawet nie masz przestrzeni, gdzie ją zmieścić, rozumiesz? No bo jak masz co drugi dzień monitoringi… Ja tak miałam, najrzadziej co trzeci. No to mało jest w ogóle przestrzeni na tę spontaniczność, nie?

    Ania Mazur-Gajo:

    Nie można sobie pozwolić na taki wyjazd, bo po prostu o tym nie myślisz.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Nawet nie chodzi mi o to. Nawet nie chodzi o to, że Ty nie masz tej przestrzeni w kalendarzu, bo nie masz. Ale nie masz też tej przestrzeni w głowie. Po prostu nie pozwalasz sobie na to. Nie dajesz sobie na to pozwolenia.

    Ania Mazur-Gajo:

    No dobrze, ale jak teraz na to patrzysz, to źle było? Uwierał Cię ten brak spontaniczności?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tęsknię trochę za samym tym Zosinkiem.

    Ania Mazur-Gajo:

    Ale podczas starań Cię uwierało?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Nie wiem, czy Ty byś tęskniła, ale… czy uwierało mnie? Tak. Tylko wtedy, wiesz, teraz ten czas dzieli już dłuższy dystans, więc ja jakby przywykłam do tego i mogłam się z tym obyć. To mogło sobie we mnie wrosnąć mikrokorzonkami i moje życie wygląda teraz tak, że jestem mniej spontaniczna.

    Ale wtedy, kiedy trzeba było to uciąć maczetą… Był sobie spontaniczny Zosin i nagle: bum, leczymy się. I to wymaga od Ciebie po prostu poprzestawiania wszystkich mebelków w Twoim życiu. To było takie… no, wydawało mi się, że życie nagle stało się nudniejsze.

    Po prostu. Oprócz tego, że było bardzo smutno, bo było bardzo dużo porażek po drodze, to jeszcze w międzyczasie niewiele się działo. Przez to też, że… no właśnie, przejdźmy do następnego, bo oprócz spontaniczności przestajesz być też taka bardziej ufna. Rozumiesz? Tracisz grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i przestajesz ufać sama sobie, swoim własnym wyborom. Podważasz je i tak bardzo zjeżdża Ci w dół samoocena, że trochę nie bardzo znasz tego Zosinka, którego wydawało Ci się, że znasz jak własną kieszeń.

    Ania Mazur-Gajo:

    Poznajesz siebie inną. Podczas starań ja mam takie poczucie, że jestem inną osobą. Że pierwszy raz poznaję siebie samą. Nie znam tej dziewczyny.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Kurde, ja miałam tak samo.

    Ania Mazur-Gajo:

    I dosłownie miałam takie poczucie, że patrzę w lustro i widzę tę samą twarz co kiedyś, a to jest inny człowiek. W ogóle nie rozumiem jej myśli. Jakby nas były dwie w środku.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Miałam tak samo. I miałam tak, że nie lubiłam tej drugiej siebie. I to było chyba najgorsze w tym wszystkim. Bo to było tak… Nie wiem, Ty akceptowałaś tę nową siebie, którą poznawałaś? No bo u mnie od razu pojawiał się taki sabotaż.

    Ania Mazur-Gajo:

    No, to jest to, dlaczego ciężko było mi to zaakceptować. Bo ja pamiętałam dawną siebie. Taką pozytywną, serdeczną dziewczynę.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    No właśnie. Jaka była dawna Ania?

    Ania Mazur-Gajo:

    Taka właśnie kochająca ludzi. A bardzo pamiętam, jak destrukcyjnie działało na mnie uczucie zazdrości. Oczywiście wcześniej jakaś zazdrość gdzieś tam była, jakieś takie pierdoły. Ale kiedy dochodziły do mnie wręcz negatywne myśli w stosunku do drugiej osoby tylko dlatego, że ktoś jest w ciąży… No nie poznawałam siebie.

    Ja w ogóle… nawet mówienie źle o ludziach sprawiało mi jakąś satysfakcję. Jak ktoś był w ciąży, to… wiecie… wyrażanie się w dość niepochlebny sposób. Ja się tym karmiłam.

    I to nie byłam ja. Ciężko mi było. Z jednej strony miałam wrażenie, że tego potrzebuję, a z drugiej strony dawna Ania tak nie robiła. Ona tak nie robiła. Ona się tak nie odzywała. Ona nie mówiła złych rzeczy o ludziach. Nie wyrażała się w ten sposób.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    A myślała sobie źle? Tylko po prostu nie była w stanie tego wyartykułować?

    Ania Mazur-Gajo:

    Nie. Nie, absolutnie nie.

    To się zaczęło podczas starań o dziecko. Wtedy poznawałam taką stronę siebie, która wcześniej w ogóle mi się nie pokazała. Raczej byłam życzliwa dla ludzi, również w swoich myślach. I to było dla mnie trochę przerażające. Myślałam sobie: „Kurde, co się ze mną dzieje? To się kiedyś zatrzyma? W ogóle co to jest? Jakiś potwór się we mnie rodzi”.

    Tego się bardzo obawiałam. Bo wcześniej podchodziłam do ludzi dobrze, przynajmniej tak to czułam. A nagle czułam, że podchodzę źle. Że pojawiają się myśli, których wcześniej nie było. „Jesteś w ciąży? Nie lubię Cię. Będę mówiła o Tobie źle.”

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Dlatego, że jesteś w ciąży. Bo tydzień temu, jeszcze jak nie wiedziałam, że w niej jesteś, to było wszystko między nami okej.

    Ania Mazur-Gajo:

    Tak, to było okej, a teraz mam do Ciebie jeszcze takie… no wiesz: „Pogadajmy sobie źle o tej osobie” z moim mężem. No to masakra. Straszne to było. Ale to było silniejsze ode mnie i to było takie… sama nie wiem.

    Może to była jakaś próba poradzenia sobie z tą sytuacją. Bo wolałam robić to w taki sposób, niż powiedzieć na przykład: „Jezu, to mnie tak bardzo boli”. Czegoś takiego nie powiedziałam. Nawet nie pojawiło się to w moich myślach, nie zostało wypowiedziane. Tylko wolałam w taki sposób, nie wiem, gdzieś wywalić ten ból. Tak sobie myślę.

    W inny sposób nie potrafiłam. I bardzo mi się ten sposób nie podobał. Nie podobało mi się to. Po prostu nie podobało mi się to, kim się staję.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Czaję. Ja miałam podobnie i pamiętam też, że bardzo się tego bałam. To też w kontekście tego, jak to zmieniło moją osobowość.

    W pewnym momencie, kurczę, jak pojawiały się na przykład dzieciaczki gdzieś bardzo blisko — w najbliższej rodzinie czy wśród najbliższych znajomych — to było mi coraz ciężej tam być. Miałam też takie wrażenie, że percepcja wszystkich jest tak bardzo nastawiona na te dzieci, że właściwie przy tym stole nie gada się o niczym innym, tylko o dziecku.

    Cały czas wszyscy je monitorują wzrokiem. Co ten mały zrobił, co teraz, jakie są jego kolejne kroki. No i o niczym innym się nie gadało, tylko o tym dziecku. I z każdej wizyty miałam coraz większe poczucie, że ja chyba po prostu nie wytrzymam kolejnych spotkań.

    I nie lubiłam tego Zosinka. Ale też dlatego, że bałam się, co przyniesie jutro. Rozumiesz? Że teraz jeszcze wytrzymuję, zagryzam zęby, to mnie kosztuje coraz więcej, jestem coraz bardziej wściekła, potem muszę się coraz bardziej wyżyć albo wypłakać, albo gdzieś te emocje zostawić. Ale wciąż przychodzę na kolejne wizyty.

    A co będzie w momencie, w którym już nie dam rady? Zadawałam sobie to pytanie. Czy stworzę mojemu mężowi taki zgorzkniały świat jednej laski, którą po prostu zmiotło. Zmiotła ją seria niepowodzeń i teraz nie będziemy spotykać się z nikim, kto ma dziecko. Mimo że to jego rodzina, jego najbliżsi znajomi, to jego żona nie będzie w stanie tego dźwignąć.

    Bardzo się tego bałam. Pamiętam, że to też mocno wpływało na moje takie „ja”.

    To bardziej siedziało w głowie, ale było tak bardzo przejmujące i do tego stopnia przeszywające, że nie wiedziałam, co z tym zrobić. A mogło się tak stać. Mogło się tak stać, że kiedyś po prostu powiedziałabym: „Nie. Teraz już nie dam rady. Możesz jechać sam albo możesz zostać ze mną, ale ja już tam nie pojadę”.

    Ania Mazur-Gajo:

    Zobacz, jak bardzo jest to bolesne. Jak bardzo jest to bolesne, że determinuje nawet Twoje wybory.

    No właśnie, nie możesz się więcej ukrywać. Nie możesz przez, nie wiem… nie życzę oczywiście nikomu tego… ale przez te Twoje dziesięć lat.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak.

    Ania Mazur-Gajo:

    I ciężko jest się zamknąć po prostu na dziesięć lat, bo to jest kawałek Twojego życia. Później patrzysz sobie na to z perspektywy. Nie wiesz, ile to będzie trwało, dopóki się nie obrócisz i nie spojrzysz wstecz.

    Ale dziesięć lat… to jesteś Ty. To jest Twoje życie, które już nigdy nie wróci.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    No, to prawda.

    Ania Mazur-Gajo:

    Ty już nigdy nie będziesz mogła odzyskać tych dziesięciu lat.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Jasne. Tylko że w tym momencie, w którym jesteś w tym epicentrum, jesteś tym Zosinkiem zwiniętym na podłodze, który wraca z kolejnej wizyty, to nie wiem, Aniu, w jakim języku musiałabyś do mnie mówić, żebym ja chciała na to spojrzeć i zobaczyć, że… w sumie mogę spróbować jakoś żyć, chociaż w tym czasie.

    Ania Mazur-Gajo:

    No to masz to w dupie.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Możesz do mnie gadać, rozumiesz? Możesz mówić po chińsku, po angielsku, możemy gadać, ale ja dokładnie mam wtedy to w dupie, bo Ty mnie nie rozumiesz.

    Ania Mazur-Gajo:

    No, prawda.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Bo gdybyś mnie rozumiała, to nie dawałabyś mi takich rad. Rozumiesz? A Ty mi teraz mówisz: „Spróbuj wyrwać tej niepłodności trochę życia”. A ja mówię: „No dobra, to widocznie Twoja była łatwiejsza, skoro mogłaś jej trochę wyrwać. Ja mojej nie mogę. Moja mnie przygniata na tyle, że nie mogę”.

    I najlepiej wyjdź, jeśli masz mi gadać takie rzeczy, bo nie jesteś moim prawdziwym friendem. Czaisz? A jeszcze jak w międzyczasie uda Ci się zajść w ciążę, to już na pewno nie będziesz moim friendem, ziomuś.

    Niestety.

    I bardzo bałam się tego, że… Wiesz, ja z moim mężem znałam się bardzo długo przed ślubem, więc miałam takie wrażenie, że znamy się dobrze. Że jak podejmuję decyzję, że wychodzę za tego typa, a on bierze sobie mnie za żonę, to nie kupujemy kota w worku. Jasne, nigdy nie wiesz, co się wydarzy, zawsze może się coś zdarzyć, ale masz takie poczucie.

    A tutaj bałam się, że on za chwilę będzie miał zupełnie inną typiarę niż tę, którą znał przez tyle lat.

    Po prostu tak bardzo to wpływało na moją osobowość, że ta laska, którą poślubił kilka lat temu, w niczym nie będzie przypominała tej, którą ja się staję. W którą się przepoczwarzam, rozumiesz? I to było takie przerażające, że ja w sumie nie wiem, gdzie wyląduję.

    Ale te miejsca, w których są małe dzieci, są brzuchy ciążowe i są tylko te tematy, o których ja marzę, a które ciągle nie mogą mnie dotyczyć… one mnie po prostu parzyły. Rozumiesz? Ja wracałam z nich poraniona.

    Więc trochę z takiej chęci ochrony samej siebie, żeby nie wracać z jeszcze większą liczbą blizn, stwierdziłam, że muszę po prostu schować się gdzieś do jakiejś nory.

    Później oczywiście przychodzi Ci po latach taka refleksja, że dało się żyć pomiędzy tym wszystkim. Ale wtedy nie potrafiłaś. Ja nie potrafiłam.

    Ania Mazur-Gajo:

    A podczas starań były takie miejsca, w których czułaś się dobrze?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Dobrze… To też jest takie…

    Ania Mazur-Gajo:

    Gdzieś ukociłaś sobie swoje norki i czułaś, że możesz funkcjonować. Że ten nowy Zosin, nazwijmy go tak, który próbuje się ukształtować w tym kryzysie i w tym ogromnym bólu… No bo on w końcu powstanie. Jakiś Zosin z tego wszystkiego się ulepi.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak, tak.

    Ania Mazur-Gajo:

    Więc gdzie ten Zosin był? Gdzie on się chował?

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Chodzi Ci o znajdowanie wentylu? Bo ja bym to raczej nazwała znajdowaniem wentylu i spuszczaniem ciśnienia albo łapaniem powietrza po zbyt długim zanurkowaniu pod wodę.

    To były raczej momenty niż miejsca. Takie chwile, kiedy łapałaś się na tym, że przez chwilę mniej bolało. Albo wracałaś do tej nory, w której bolało, więc to było bardziej takie wyrywanie sobie tych momentów.

    Ale były też miejsca, w których czułam się bezpiecznie. Najczęściej był to dom. To był Dudek, czyli bycie przy nim. To był często internet, w którym łatwo było być anonimową.

    No i ja bardzo dużo uciekałam w pracę. Uwielbiałam to. Czyli takie obracanie się ciągle w temacie płodności, czytanie badań naukowych, bo zawsze możesz dowiedzieć się czegoś nowego, przeczytać o nowym suplemencie, o nowym… Wiecie. Wtedy pojawiało się bardzo dużo badań.

    Z jednej strony byłam ciągle sfokusowana na tym, żeby pomagać pacjentom jak najlepiej, ale z tyłu głowy wciąż miałam, że może to, co wyczytam, pomoże również mnie.

    I to było takie… Fajnie być na bieżąco, ciągle wałkować różne podejścia do żywienia, może testować coś na sobie i może akurat to zaskoczy.

    Ja bardzo dużo wtedy pracowałam. To było takie moje… wrócić po prostu tak urobioną, że właściwie jak się położysz w ubraniu i w makijażu, to już tak zostajesz do rana.

    Ania Mazur-Gajo:

    Ja tylko przypomnę, że ja znam Zosię, która podczas starań pracowała bardzo dużo. Ona nie powiedziała „nie” nawet wtedy, kiedy robiłyśmy live’a o drugiej w nocy.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Ja uważam, że to był świetny pomysł. Troszkę się tego wstydzę teraz. Nie wiem dlaczego ciągle mamy takie…

    Ania Mazur-Gajo:

    No bo chcę pokazać, gdzie zniknął Zosin.

    Praca. Zaszywanie się na trzy dni w domku rodziców i robienie warsztatów.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak. Jakby jutra miało nie być po prostu.

    Ania Mazur-Gajo:

    Tak, jakby jutra nie było. Wstawanie, właściwie przerwa tylko na sen.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I to taki króciutki.

    Ania Mazur-Gajo:

    Pięć godzin, a później znowu tyrka. Ja byłam z nią wtedy.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I Ty nie podeszłaś i nie powiedziałaś: „Zosin, Zosin, to jest właśnie ten moment. Zrobimy Ci kawkę i nauczymy się pić ją w spokoju. To będzie dziesięć minut. Nie od razu Cię tu zgwałcimy tym odpoczynkiem, ale dziesięć minut wypijesz kawkę w spokoju”.

    Ania Mazur-Gajo:

    Akademia Płodności na początku po prostu jechała po bandzie, jeżeli chodzi o czas pracy. Może dlatego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    No może.

    Ale gdybyśmy jechały tak ciągle, to nas by tu już nie było.

    Ania Mazur-Gajo:

    To nas by tu już na pewno nie było, bo to było wręcz chore. Wracanie do domu o czwartej nad ranem. No masakra.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Proszę nie wyciągać takich rzeczy, bo ja się tego naprawdę wstydzę.

    Ania Mazur-Gajo:

    W każdym razie chcę powiedzieć, że ten Zosin właśnie tak starał się o dziecko. Zarobiony. Siedział do późna.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Ale zobacz, jakie to jest irracjonalne. Jak ja teraz patrzę na tamtego Zosinka… Boże, to był taki zmęczony niewyspany człowiek./

    Sen to jest w ogóle podstawa regeneracji. Ja się nie regenerowałam. Zero. Po prostu zero. Rozumiesz? Mi się wydawało, że jak ja zawalę ten kalendarz…

    Jak ja zapraszałam tego maluszka do swojego życia? W czym, przepraszam? Kiedy ja na Ciebie, bobasku, znajdę czas? Ja teraz mam kalendarz zawalony ludźmi na dwa miesiące do przodu i co?

    No ale mamusia musi tak żyć, bo mamusia nie potrafi inaczej. Rozumiesz?

    Ania Mazur-Gajo:

    To był bardzo wyniszczający czas, tak naprawdę.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak, dokładnie. To było takie…

    Ania Mazur-Gajo:

    Dla organizmu.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    To była nora bezpieczna dla głowy, teoretycznie, ale ona była bardzo niehigieniczna.

    Ania Mazur-Gajo:

    Bardzo.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tryb życia był niehigieniczny.

    Ania Mazur-Gajo:

    Bo pamiętam właśnie tego pracowego Zosina. No bo Zosin miał różne etapy. Był dietetyczny Zosin i był niedietetyczny Zosin, kiedy odpalał wrotki.

    Różny był ten Zosin. Ale ten pracowy… tak, prowadził bardzo niehigieniczny tryb życia. Tylko rozumiesz, my prowadziłyśmy Akademię i żadna z nas nie powiedziała temu „stop”. Ja myślałam, że Ty tego po prostu potrzebujesz. Że wiesz, co jest dla Ciebie dobre.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Mi się tak wtedy wydawało. Mnie było z tym bardzo dobrze.

    Ania Mazur-Gajo:

    Zresztą ten Zosin i tak by nie posłuchał.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak. Bo ja bym sobie pomyślała: „Łatwo Ci mówić. Masz teraz dwójkę dzieci i mi gadasz takie rzeczy? Serio? To Ty jesteś moim ziomkiem czy jednak nie grasz w moim teamie?”.

    Na pewno bym Cię nie posłuchała. Mogłabym się jeszcze obrazić na Ciebie.

    Ania Mazur-Gajo:

    Ja nawet nie miałam zamiaru.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    To prawda.

    Byłaś super wsparciem. Muszę to przyznać, naprawdę. Po czasie widzę, że byłaś super wsparciem, bo byłaś taka obecna. Ty byłaś, Aniusia, super, bo potrafiłaś zapytać. I to ode mnie zależało, na ile chciałam Cię w to wszystko wprowadzić i na ile chciałam rozdrapywać temat.

    Pamiętam, że zawsze miałam przy Tobie taki komfort, że Ty zapytasz. To było takie, że dawałaś mi swobodę i nie naciskałaś. Jak nie chciałam mówić, to nie wypytywałaś dalej: „A jeszcze? A jeszcze? Powiedz, bo chcę wiedzieć”.

    To było świetne.

    Od takich ludzi jak Aniusia naprawdę warto się uczyć. Może to jest właśnie pomysł na odcinek: jak można być obecnym i wspierającym, ale nie takim nachalnie obecnym.

    Bo czasami, wiesz… kojarzę takich ludzi, którzy jak już dowiedzieli się o naszych staraniach, to wiem, że wynikało to z troski. To było kochane, ale jednocześnie przytłaczająco męczące. To już było takie, że wręcz chcieli zorganizować mi życie od nowa. Wiem, że z troski i z miłości, ale to było trudne.

    A Ty taka nie byłaś, więc to było wspaniałe.

    I to prawda. Ja bym Cię nie posłuchała, więc dobrze, że Ty to wiedziałaś.

    Bo na pewno pomyślałabym sobie: „Jesteś głupsza, niż myślałam. Myślałam, że jesteś mądrą dziewczynką, a Ty mi takie głupoty gadasz”. A propos zmiany osobowości.

    Czyli wracając do roboczego tytułu, albo już do tego, który zostanie…

    Czy ta Ania sprzed starań kiedykolwiek jeszcze wróciła? Do tego swojego stanu bazowego, zerowego, z którego startowała? Czy jednak mówimy o lasce, która po prostu dojrzewała i ciężko porównywać te dwie typiary?

    Ania Mazur-Gajo:

    Myślę, że złożyło się na to również to, że był to czas kształtowania się Ani jako dorosłej osoby.

    Pomyśl sobie, że starania wypadają w różnych momentach naszego życia. Ja zaczęłam je jako młoda dziewczyna, która jeszcze kształtowała swój charakter, zbierała doświadczenia do tego swojego życiowego garnuszka. Uczyła się życia.

    I już nie byłam tą samą Anią, bo niepłodność dała mi ogromne doświadczenie. To był też pierwszy kryzys w naszym związku.

    Z tego fajnego, frywolnego życia pierwszy raz zderzyłam się z tym, że życie nie jest takie łatwe, jak mi się wydawało. I nie jest takie frywolne, jak mi się wydawało. I nie jest instagramowe.

    Pierwszy raz zderzasz się z tym, że trzeba zarobić pieniądze, bo trzeba kupić leki. A te leki kosztują kupę pieniędzy.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Kupy kasy. Kupy kasy.

    Ania Mazur-Gajo:

    Pamiętam, jak mojemu mężowi powiedziałam kiedyś: „Misiu, my nawet nie mamy mieszkania”. Wynajmowaliśmy wtedy mieszkanie, a później mieszkaliśmy u mojej teściowej.

    I pamiętam, że powiedziałam: „My się nawet nie dorobiliśmy własnego mieszkania”.

    Ania Mazur-Gajo:

    I on tak wtedy stanął i powiedział: „Dorobiliśmy się czegoś ważniejszego, bo mamy dwójkę dzieci”.

    I to jest właśnie… Wiecie, tak mnie to bardzo otrzeźwiło. Zaraz się tu popłaczę, ale… kurczę.

    Tak.

    Ten czas wykorzystaliśmy właśnie na to. Nie żałujemy.

    Jakie było pytanie? Chyba gdzieś odpłynęłam.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Jak warto mieć przy sobie taką osobę, która Cię otrzeźwi w takim momencie.

    Ania Mazur-Gajo:

    No tak. To tak człowiek myśli, nie wiadomo dlaczego, a…

    Zosia Mazurek-Dudek:

    A pamiętaj, że jeszcze dążyłaś i wyobrażałaś sobie: wiesz, teraz mogłabyś być w pięknym, własnym mieszkaniu, ale bez dzieci.

    Ania Mazur-Gajo:

    No.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Perspektywa.

    Ania Mazur-Gajo:

    Tak. Poświęciliśmy tę możliwość na starania. Poświęciliśmy też ogrom czasu. Zawsze czegoś nie mamy, ale mamy coś najwspanialszego.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Ale ja mam wrażenie i wielką nadzieję, że Ty się wzruszasz dlatego, że masz te dzieciaki, a nie dlatego, że nie masz mieszkania. Że to właśnie to wywołało te wzruszenie.

    Ania Mazur-Gajo:

    Nie. To było takie… wiecie… otrzeźwiające. Takie: „Kurde, zatrzymaj się na chwilę”, bo ten świat tak pędzi za posiadaniem wszystkiego. A tak naprawdę czasami zapominamy o takim zwykłym docenieniu.

    Poproszę kolejne pytanie.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Plus, żeby zamknąć to klamrą.

    A propos tego, jak kosztochłonne potrafią być starania. Dorabianie się swojego mieszkania… Owszem, możesz je urządzać na bardzo różne sposoby, z różnymi projektantami wnętrz, korzystając z bardzo różnych rozwiązań, więc widełki cenowe mogą być różne. Ale one kiedyś się kończą. Rozumiesz?

    Masz jakiś cel, ustalasz sobie nawet z górką budżet i wiesz, że jakimś kredytem, jakimś nakładem pracy czy czymkolwiek jesteś w stanie zgromadzić określoną liczbę środków i dopniesz swego. Będziesz mieć mieszkanie.

    Natomiast przy staraniach o dziecko nikt Ci nie da takiej gwarancji. Rozumiesz?

    Nikt nie powie: „Okej, jest jedna metoda. Jest bardzo droga, ale daje gwarancję 100%. Wystarczy, drodzy Państwo, że uzbieracie milion złotych i ja Wam zrobię takie in vitro, które na pewno zadziała”.

    Ania Mazur-Gajo:

    To jest studnia bez dna.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I właśnie o to chodzi, że tam nie ma limitu. To może być tuż za zakrętem, a może to być dziesięć lat bardzo wyniszczającego fizycznie i finansowo procesu.

    Ania Mazur-Gajo:

    Bo to jest wyniszczające. My znamy też wiele takich par, którym nawet, jeśli mogłyśmy, to pomagałyśmy. Czy właśnie wysyłając suplementy, bo gdzieś tam w rozmowie wyszło, że tej parze skończyły się już środki na kolejne wydatki.

    Mówiłyśmy wtedy: „Dobrze, skoro i tak leżą u nas w biurze, to wyślijmy im je. Może akurat to będzie taka dodatkowa śrubka, która coś pomoże”.

    Znamy wiele takich historii.

    Ci ludzie stają na głowie. Dosłownie stają na głowie. Oni zrobią wszystko.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I nie wiedzą, kiedy to się skończy.

    Ania Mazur-Gajo:

    Wszystko. Poświęcą naprawdę wiele. Po prostu wiele.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Na koniec tego odcinka, bo myślę, że zbliżamy się już do brzegu, chciałam jeszcze tylko powiedzieć, a propos zmiany osobowości, że bardzo długo miałam coś podobnego do Ciebie. Więc teraz trochę przemówię Twoim głosem, żebyś mogła chwilkę dojść do siebie.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Pamiętam, jak opowiadałaś mi, że kiedy Twój mąż przychodził do Ciebie z informacją o tym, że ktoś jest w ciąży, i to było jeszcze w okresie starań, to używał takiego określenia: „Mam newsa”. I Ty już po samym haśle „mam newsa”…

    Ania Mazur-Gajo:

    Aż mnie jeszcze do tej pory…

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I właśnie chciałam powiedzieć, że są takie rzeczy, które — mimo że zostawiłaś te starania za sobą… Aż mam gęsią skórkę. Tyle lat minęło, jesteś już spełnioną mamą, temat jest zamknięty. A one tak zakotwiczają się w Twoim serduszku, wręcz w Twoim DNA…

    Ania Mazur-Gajo:

    To chyba…

    Zosia Mazurek-Dudek:

    …że one już chyba zostaną.

    Ania Mazur-Gajo:

    To chyba organizm po prostu tak nauczył się reagować.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Stresem.

    Ania Mazur-Gajo:

    Stresem.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I tworzą się takie hiperłącza do przeszłości.

    Ania Mazur-Gajo:

    On już nie umie… Jak Ty powiedziałaś „hiperłącza”, to sobie to zapamiętam.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Ja mam tak samo. Tekst „mam newsa” i Ty od razu…

    Ania Mazur-Gajo:

    Ja do tej pory, kiedy mój mąż przychodzi i mówi: „Mam newsa”, to… Już teraz coraz mniej, ale nadal wywołuje to u mnie stres. Bo wiem, że kiedyś to była taka bomba dla mnie. Musiałam wziąć głęboki wdech i powiedzieć: „Mów. Kto?”.

    I wiedziałam po prostu, że ktoś jest w ciąży. I że to nie jesteśmy my.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    I powiedz mi teraz, że niepłodność nie zmienia osobowości.

    Ania Mazur-Gajo:

    Mhm.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Po tylu latach, po szczęśliwie zakończonych staraniach, można wciąż tak się stresować. Można wciąż być tam głową.

    Ania Mazur-Gajo:

    Nadzianą…

    Zosia Mazurek-Dudek:

    Tak.

    Ania Mazur-Gajo:

    …staraniami.

    Zosia Mazurek-Dudek:

    One się naprawdę gdzieś wkręcają w DNA.

    To oczywiście są tylko nasze przemyślenia, ale bardzo jesteśmy ciekawe Waszych. Bo skoro siedzą tutaj dwie laski i o tym rozprawiają, a potem czytają w DM-ach mnóstwo podobnych historii, to myślimy sobie, że to jest chyba kolejny wspólny mianownik, który może nas łączyć.

    Jeśli zechcecie podzielić się z nami tym, czy też tak macie, czy macie wrażenie, że niepłodność zmieniła Waszą osobowość… Może jesteście w trakcie starań, może już po. Czy wciąż znajdujecie takie hiperłącza do przeszłości? Albo może oglądacie stare zdjęcia i widzicie siebie sprzed lat, myśląc:

    „Ta laska jest totalnie inna niż ta, która teraz siedzi i trzyma to zdjęcie”.

    No i właśnie — wraca nostalgia? Czy raczej macie poczucie, że po prostu dojrzeliście i coś się zmieniło? Że może brakuje Wam pewnych rzeczy z tamtej wersji siebie, ale są też inne, fajniejsze, które pojawiły się teraz.

    Bardzo jesteśmy ciekawe Waszych doświadczeń. Jeśli znajdziecie przestrzeń, żeby się nimi z nami podzielić, będziemy bardzo wdzięczne. Zawsze miło jest czytać kolejne perspektywy.

    Dziękujemy Wam bardzo za wysłuchanie tego podcastu. Wracamy niebawem z kolejnym odcinkiem, a Wam życzymy udanego tygodnia.

    Artykuł #108 Czy niepłodność zmienia osobowość pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję

    31.07.2026 | 39 min.
    Często dostajemy wiadomości:

    „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?”

    „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?”

    To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie, naszym zdaniem, przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic.

    Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność.

    Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was.

    Plan odcinka

    W tym odcinku rozmawiamy o:

    Naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność,

    Dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem,

    Czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania,

    Dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine,

    Czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania,

    Ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian,

    Dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji,

    Czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności.

    Znajdziesz nas również tutaj:

    Podcast VIDEO 

    SPOTIFY

    Czasami dostajemy wiadomości, które nie są łatwe.

    „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?”

    „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?”

    To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać.

    W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie – naszym zdaniem – przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic.

    Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność.

    Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was.

    Plan odcinka

    W tym odcinku rozmawiamy o:

    naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność,

    tym, dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem,

    czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania,

    dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine,

    czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania,

    ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian,

    dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji,

    czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności.

    Mam wrażenie, że ten wstęp bardzo dobrze przygotowuje słuchacza do odcinka, a jednocześnie nie zdradza wszystkich najciekawszych fragmentów rozmowy.

    Ania:

    Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Zosia:

    Witamy w kolejnym podcaście!

    Ania:

    Witamy, witamy. Za chwilę, po krótkim przywitaniu, porozmawiamy o… Właściwie znowu mam ochotę powiedzieć, że będzie to trudny temat. Za często mówię, że nagrywamy trudne odcinki, ale akurat ten jest dla nas wyjątkowo wymagający. Myślę, że to chyba najtrudniejszy odcinek z całej serii, którą nagrywamy dzisiaj w studiu.

    Zosia:

    To może od razu zdradźmy ten kontrowersyjny tytuł.

    Ania:

    „Sprzedajemy dietę czy nadzieję?”.

    Zosia:

    I właśnie o tym będziemy dzisiaj rozmawiać. O wpływie diety na płodność. Czy dieta naprawdę może pomóc? Czy to rzeczywiście działa? Czy może same sobie coś wymyśliłyśmy? A może to wszystko jest tylko marketing i żerowanie na bardzo trudnym momencie w Waszym życiu?

    Ania:

    No dobrze, to zacznijmy. Jestem ciekawa, skąd właściwie wzięło się u Ciebie przekonanie, że będziesz zajmować się dietą wspierającą płodność. Przecież kiedyś żyłaś sobie normalnie i prawdopodobnie nawet nie miałaś pojęcia, że istnieje coś takiego jak dieta płodności.

    To trochę jak Maciek, który przywitał nas dzisiaj w studiu i zapytał, czy dieta naprawdę ma aż taki wpływ. Albo jak pan w windzie w TVN-ie, kiedy jechałyśmy do studia jako specjalistki od diety płodności. Spojrzał na nas i zapytał:

    – Naprawdę? To ma aż taki wpływ?

    I to jest pytanie, które słyszymy bardzo często. Czy my po prostu dorabiamy do tego ideologię? Czy może ten wpływ jest naprawdę tak niewielki, a my go niepotrzebnie wyolbrzymiamy?

    No więc… skąd to się u Ciebie wzięło? To przecież bardzo niszowy temat. Dzisiaj Wy prawdopodobnie już o nim wiecie, bo obserwujecie nas i jesteście gdzieś na swojej drodze starań o dziecko. Ale wcześniej większość z Was pewnie nawet nie wiedziała, że dieta może mieć z tym cokolwiek wspólnego.

    Skąd więc pojawiła się u Ciebie ta pierwsza myśl: „Hej, istnieje dieta, która może wspierać płodność”?

    Ania:

    To może zacznę od tego, że moimi pierwszymi studiami były studia położnicze. Można więc powiedzieć, że fizjologia człowieka nie była mi całkowicie obca. Wiedziałam już coś o hormonach, insulinie, jajnikach i o tym, jak funkcjonuje organizm. Oczywiście nie byłam wtedy ekspertką, ale miałam już pewne podstawy.

    Później zaczęliśmy starać się o dziecko. I skracając tę historię – okazało się, że mam zespół policystycznych jajników i nie mam owulacji.

    Ta wiedza położnicza bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć własny organizm, ale była dopiero początkiem. Pamiętam, że siedziałam kiedyś w poczekalni, w totalnej beznadziei. Już kiedyś o tym opowiadałam, ale naprawdę tak było. Wtedy trafiłam na informację, że dieta przy PCOS może naprawdę wiele zmienić i pomóc przywrócić owulację.

    Byłam już wtedy bardzo zmęczona staraniami, leczeniem i całym tym stylem życia. Prowadziłam własną działalność, ale właściwie nie miałam kiedy jej prowadzić. Ciągle jeździłam na monitoringi z Siedlec do Warszawy. To były trzy–cztery godziny wyjęte z każdego dnia, nawet jeśli logistycznie udało się to dobrze poukładać.

    Pomyślałam więc: dobrze, przyjrzę się jeszcze dokładniej temu, co ląduje na moim talerzu. Z jednej strony dawało mi to poczucie, że odzyskuję choć odrobinę kontroli nad swoim życiem. Z drugiej – nie ukrywam, że wtedy mocno przejmowałam się też swoim wyglądem i wydawało mi się, że przecież jem całkiem dobrze. Nie sądziłam, że mam tam jeszcze coś do poprawienia.

    Dzisiaj, z perspektywy tych wszystkich lat, widzę to zupełnie inaczej. Widzę błędy dietetyczne, które mogły utrudniać mi zajście w ciążę.

    I pamiętam moment, w którym zaczęłam wprowadzać zmiany. Nagle zobaczyłam, że… naprawdę coś zaczyna się dziać. To brzmi trochę jak scena z filmu, ale miałam wrażenie, że ta dieta faktycznie zmienia coś w moim organizmie.

    Szczerze mówiąc, wierzyłam w to tylko częściowo. Bo przecież wydawało mi się, że i tak odżywiam się całkiem zdrowo. To nie był przypadek osoby, która żywiła się wyłącznie fast foodami.

    Zosia:

    Dokładnie. To nie było tak, że codziennie jadłaś w McDonald’s.

    Ania:

    Nie. Naprawdę starałam się jeść ryby, wybierać wartościowe produkty. Tylko że dzisiaj wiem, że ten talerz nie był jeszcze odpowiednio zbilansowany.

    Pamiętam też, że piłam wytrawne czerwone wino „na endometrium”, choć go szczerze nie znosiłam. Ale pamiętajcie, że to było wiele lat temu. W tamtym czasie naprawdę można było usłyszeć takie zalecenia również od lekarzy.

    Dzisiaj brzmi to dość absurdalnie, ale takie rzeczy naprawdę się zdarzały.

    Zosia:

    Tak samo jak kiedyś ludzie palili papierosy w pracy.

    Ania:

    Dokładnie. Moja babcia była dentystką i opowiadała, że przed wyrwaniem zęba zdarzało się jeszcze zapalić papierosa. Dzisiaj brzmi to niewiarygodnie, ale świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej.

    Wracając jednak do diety…

    Zosia:

    Dobrze, bo trochę odpłynęłaś. Powiedz najważniejsze. Co właściwie zauważyłaś po wprowadzeniu zmian?

    Ania:

    Miałam ogromny problem z endometrium. To była jedna z przyczyn, przez które kolejne próby kończyły się niepowodzeniem.

    Owulację miałam już wywoływaną lekami, więc wiedziałam, że ona występuje. Problem polegał na tym, że endometrium miało około 5 mm i mimo leczenia w ogóle nie chciało rosnąć.

    Pamiętam, ile nadziei pokładałam wtedy w leczeniu. Byliśmy pod opieką renomowanego ośrodka leczenia niepłodności. Robiliśmy wszystko, co było możliwe. To kosztowało ogromne pieniądze. Mój mąż naprawdę ciężko pracował, żebyśmy mogli przez to wszystko przejść.

    I mimo tego… nic się nie zmieniało.

    Na kolejnej wizycie, już po wprowadzeniu zmian w diecie, okazało się, że endometrium zaczęło reagować. Urosło do 8 mm.

    Dla kogoś może to być zwykła liczba. Dla mnie wtedy było to coś nieosiągalnego.

    Pamiętam dokładnie to uczucie. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że odzyskuję sprawczość. Że w moim organizmie naprawdę zaczyna się coś zmieniać. I to było niesamowite. 

    Ania:

    Okazało się też, że owulacja po lekach zaczęła pojawiać się wcześniej niż przed wprowadzeniem zmian w diecie. Potrzebowałam również mniejszych dawek leków. Wcześniej zdarzało się, że owulację udawało się wywołać dopiero około 17. dnia cyklu. A później nagle lekarz mówił:

    – Musimy trochę zmienić schemat, bo jajniki zaczęły pracować.

    To był dla mnie ogromny wiatr w żagle. Pamiętam, że wtedy bardzo trudno było mi mówić ludziom, że dieta naprawdę może mieć znaczenie. Bałam się takich stwierdzeń. Nie chciałam wychodzić i mówić wszystkim: „Dieta działa”, bo sama jeszcze oswajałam się z tym, co działo się u mnie.

    Ale z czasem coraz bardziej zakochiwałam się w tym temacie. Założyłam bloga, zaczęłam pisać o diecie wspierającej płodność i zachęcać inne dziewczyny do tego, żeby spróbowały zawalczyć również w ten sposób.

    Kiedy udało mi się zajść w ciążę, poczułam jeszcze większą potrzebę, żeby mówić o tym głośno.

    Zosia:

    Wiem, czytałam wtedy Twojego bloga.

    Ania:

    Tak, Zosia czytała mojego bloga. I wtedy pomyślałam sobie, że blogowanie sprawia mi ogromną frajdę. Miałam już podstawy położnicze, więc stwierdziłam: dobra, teraz naprawdę zagłębię się w temat diety.

    I wiecie co? Zaczęło się okazywać, że kolejne osoby korzystały z tych wskazówek. Dziewczynom z PCOS udawało się przywrócić owulację, poprawiały wyniki badań. To mnie niesamowicie napędzało.

    Minęło kilkanaście lat, a ja nadal siedzę tutaj i o tym opowiadam.

    Każda kolejna historia dawała mi siłę, żeby iść dalej. Żeby nieść ten, można powiedzieć, „kaganek dietetyczny” i uparcie mówić o czymś, w co sama wierzyłam.

    A wcale nie byłam osobą, która z łatwością przekonywała innych. Byłam raczej cicha, wycofana. Naprawdę trudno było mi występować publicznie czy mówić ludziom, że coś ma sens.

    Później przyszły studia dietetyczne.

    A potem… przyszła Zosia.

    Zosia:

    Czekałam na ten moment! Kiedy w końcu pojawi się Zosia.

    Ania:

    I jakoś tak wszystko się potoczyło. Gdyby nie moje własne doświadczenia i to, jak bardzo dieta odmieniła moje życie, prawdopodobnie nie siedziałabym dzisiaj tutaj.

    Nie potrafię robić czegoś, w co nie wierzę. Jeśli nie czuję jakiegoś tematu, nie jestem w stanie nagrać o nim podcastu. Nie nagram rolki. Nie będę udawać eksperta od czegoś, czego sama nie czuję.

    Zosia:

    To od razu widać.

    Ania:

    Dokładnie. Jeśli nie czuję tematu, to wiem, że to będzie sztuczne. Będzie po prostu cringe.

    Gdybym sama nie uwierzyła w dietę na własnym przykładzie i nie zobaczyła tego wszystkiego, co wydarzyło się u mnie, nie miałabym siły robić tego do dziś.

    Zosia:

    Czyli najpierw było Twoje własne doświadczenie.

    Ale zobacz, u mnie było zupełnie inaczej. Ja uwierzyłam w dietę wspierającą płodność, zanim jeszcze sama doświadczyłam jej wpływu na własne życie.

    Kiedy my się poznałyśmy, Ty miałaś już dwójkę dzieci. Swoją drogą dawało mi to wtedy ogromną nadzieję. Ja natomiast nadal byłam po tej drugiej stronie. Nadal walczyłam o własne dziecko.

    Jednocześnie pracowałam już z pacjentkami, napisałam pracę naukową na ten temat i całe moje zainteresowania zawodowe skupiały się wokół płodności. Byłam dietetyczką, która pomagała innym, a jednocześnie sama każdego dnia zastanawiała się, czy kiedykolwiek zostanie mamą.

    To było bardzo specyficzne doświadczenie.

    Zosia:

    To było też zupełnie inne doświadczenie niż Twoje, bo kiedy zaczynałyśmy, badań naukowych na ten temat było naprawdę niewiele.

    Większość publikacji, z których korzystałyśmy, była anglojęzyczna. W Polsce praktycznie nikt się tym nie zajmował. Mało kto wierzył, że dieta może mieć jakikolwiek wpływ na płodność.

    Ania:

    Dokładnie. To była ogromna nisza.

    Zosia:

    A dzisiaj zobaczcie, jak bardzo to się zmieniło. Gdyby ktoś pokazał nam wykres liczby publikacji naukowych sprzed dziesięciu lat i porównał go z tym, co mamy dziś, to byłby ogromny skok.

    Świadomość tego, że dieta wpływa na płodność, bardzo wzrosła.

    Zmieniło się też to, ilu specjalistów zajmuje się tym tematem. Coraz więcej dietetyków pracuje z parami starającymi się o dziecko. Coraz więcej osób edukuje w tym kierunku. Mamy lepszy dostęp do badań naukowych, większą świadomość pacjentów i lekarzy.

    Naprawdę widać, że poszliśmy do przodu.

    Ania:

    To prawda. Ale początki były trudne. Trzeba było naprawdę walić głową w mur.

    Zosia:

    Robiłaś coś, pokazywałaś badania naukowe, a mimo to słyszałaś:

    – Nie, to nie działa.

    Albo:

    – Przecież opowiadasz głupoty.

    A Ty miałaś wszystko czarno na białym.

    Kiedyś chyba nagramy cały odcinek o tym, jak wyglądały początki diety wspierającej płodność i jak bardzo zmieniło się to przez ostatnie lata.

    Ale wróćmy do naszego tematu.

    Przez te wszystkie lata miałyśmy okazję obserwować naprawdę wiele dietetycznych trendów.

    Co jakiś czas pojawiała się nowa moda, która miała być rozwiązaniem wszystkich problemów.

    Najpierw był szał na dietę bezglutenową. Wiele osób zaczęło odstawiać gluten bez żadnych wskazań medycznych, licząc na to, że poprawi to płodność.

    Nawet lekarze czasami mówili:

    – To proszę odstawić gluten.

    I tyle.

    Bez większego uzasadnienia.

    Potem pojawiła się moda na dietę keto. Przeżyłyśmy również ten etap.

    Nie stosowałyśmy jej u naszych pacjentów, ale obserwowałyśmy, co dzieje się na rynku.

    I wiecie, jaki jest wniosek po tych wszystkich latach?

    My z Anią jesteśmy… trochę nudne.

    Ania:

    To prawda.

    Zosia:

    Bo od lat powtarzamy dokładnie to samo.

    Nie zamykamy się na nowe rozwiązania. Nie mówimy z góry: „to nie działa”.

    Jeżeli pojawia się nowy trend, siadamy do badań naukowych i sprawdzamy, co naprawdę wiadomo na jego temat.

    I jeśli kiedyś pojawią się solidne dowody na to, że jakieś nowe rozwiązanie rzeczywiście pomaga, to po prostu zmienimy swoje stanowisko.

    Powiemy:

    – Słuchajcie, kilka lat temu zalecałyśmy coś innego, ale pojawiły się nowe badania i dziś rekomendujemy już inne postępowanie.

    Nie mamy z tym żadnego problemu.

    Natomiast dopóki nie ma mocnych dowodów naukowych, nie będziemy polecać czegoś tylko dlatego, że jest modne.

    Ania:

    Dokładnie.

    Zosia:

    I właśnie dlatego nasze podejście od lat wygląda tak samo.

    Evidence Based Medicine.

    Jeżeli czegoś nie potwierdzają badania naukowe, to po prostu tego nie zalecamy.

    Dlatego, jeśli widzicie jakiś produkt albo konkretne rozwiązanie w naszych dietach, możecie być pewni, że nie znalazło się tam przypadkiem.

    Nie dlatego, że kiedyś jedna dziewczyna zjadła coś i zaszła w ciążę.

    Tylko dlatego, że stoją za tym konkretne publikacje naukowe.

    Przykładowo – wiemy, że zwiększenie udziału białka roślinnego w diecie kobiet z niepłodnością owulacyjną wiąże się z istotnym zmniejszeniem ryzyka takich zaburzeń.

    Dlatego właśnie w naszych jadłospisach pojawiają się produkty roślinne.

    To nie jest przypadek.

    Tak samo jak nieprzypadkowo w diecie pojawia się kanapka z hummusem na pełnoziarnistym pieczywie czy ryba na obiad.

    Każdy taki element ma swoje uzasadnienie w badaniach naukowych.

    I właśnie takie diety tworzymy w Akademii Płodności. 

    Zosia:

    I właśnie dlatego każda rzecz, która znajduje się w naszych dietach, ma swój konkretny cel. Może nie wiecie, dlaczego w poniedziałek rano na Waszym talerzu ląduje kanapka z hummusem na pełnoziarnistym pieczywie, a we wtorek na obiad ryba. Ale my to wiemy.

    Wiemy, dlaczego pojawiają się tam kwasy omega-3. Wiemy, dlaczego zwiększamy udział białka roślinnego. Wiemy, dlaczego zwracamy uwagę na błonnik. To wszystko wynika z badań naukowych.

    I właśnie takie diety tworzymy w Akademii Płodności. Diety oparte na nauce. I temu chcemy pozostać wierne.

    Ania:

    Dokładnie. Oczywiście nigdy nie powiemy „zawsze”, bo nauka cały czas się rozwija. Jeżeli pojawią się nowe, mocne dowody, to po prostu zmienimy nasze zalecenia.

    Zosia:

    Natomiast chciałabym jeszcze wrócić do tych wszystkich dietetycznych mód. Bo ktoś może powiedzieć:

    – Ale ja odstawiłam gluten i mi pomógł.

    I wiecie co? To jest możliwe.

    Jeżeli ktoś choruje na celiakię, to dieta bezglutenowa jest absolutnie konieczna i rzeczywiście może mieć ogromny wpływ również na płodność.

    Ale to dotyczy konkretnej grupy pacjentów.

    Nie oznacza to, że każda osoba starająca się o dziecko powinna profilaktycznie eliminować gluten.

    To właśnie chcemy podkreślić.

    Są sytuacje, w których konkretne interwencje dietetyczne mają sens. Natomiast powinny wynikać z diagnostyki, a nie z aktualnej mody.

    Ania:

    Dokładnie.

    I właśnie dlatego bardzo ostrożnie podchodzimy do samodzielnego wprowadzania diet eliminacyjnych.

    Wyobraźcie sobie osobę, która ma nierozpoznaną chorobę jelit. Objawy są jeszcze niespecyficzne, więc nie zwraca na nie większej uwagi.

    Słyszy jednak, że dieta bezglutenowa może pomóc, więc odstawia gluten.

    Po kilku miesiącach trafia do lekarza i rozpoczyna diagnostykę.

    Wykonywana jest biopsja jelita i okazuje się, że wszystko wygląda prawidłowo.

    Ale nie dlatego, że choroby nie ma.

    Tylko dlatego, że od kilku miesięcy nie było kontaktu z glutenem i zmiany zdążyły się wyciszyć.

    W efekcie prawidłowe rozpoznanie może się opóźnić.

    To właśnie mamy na myśli, kiedy mówimy, że eliminowanie produktów „na własną rękę” przed wykonaniem diagnostyki może być niebezpieczne.

    Dlatego żywienie jest tak ważne.

    Ale równie ważne jest to, żeby wprowadzać zmiany mądrze.

    Bo dieta naprawdę działa.

    Zosia:

    No dobrze.

    To wróćmy do pytania, od którego właściwie zaczęłyśmy.

    Czy dieta naprawdę działa?

    Ania:

    Tak.

    Dieta działa.

    Natomiast jej potencjał zależy od tego, z czym do mnie przychodzisz.

    Od tego, co dzieje się w Twoim organizmie. Z czego wynikają problemy. Jakie mechanizmy wymagają wsparcia. Wyobraźmy sobie kobietę z zespołem policystycznych jajników. Tutaj naprawdę mamy bardzo dużo możliwości.

    I szczerze mówiąc, kiedy trafia do mnie pacjentka z PCOS, często myślę sobie: „Super. Tutaj naprawdę możemy wiele zrobić dietą.” Zaczynamy chociażby od masy ciała.

    Jeżeli występuje nadwaga lub otyłość, sama redukcja masy ciała może sprawić, że spontaniczna owulacja wróci. I to jest właśnie ten brakujący element.

    Dlatego odpowiedź brzmi: to zależy. Wiem, że to nie jest najbardziej ekscytująca odpowiedź, ale jest najbardziej uczciwa.

    Bo wszystko zależy od punktu wyjścia. Jednocześnie bardzo trudno wyobrazić mi sobie sytuację, w której powiedziałabym komuś:

    – Wie Pani co? Dieta i tak nic u Pani nie zmieni.

    Nie. Po prostu u jednej osoby dieta będzie odgrywała pierwszoplanową rolę, a u innej będzie jednym z elementów całej układanki.

    Może okazać się tym brakującym puzzlem. Na przykład wtedy, gdy potrzebujemy silnie zadziałać przeciwzapalnie albo zmniejszyć stres oksydacyjny.

    Dlatego moja odpowiedź jest prosta. Tak. Dieta działa. Natomiast zakres tego działania zależy od problemu, z którym zaczynamy pracę.

    Zosia:

    Jednym z najczęstszych pytań, które dostajemy od osób trafiających do Akademii Płodności, jest:

    „Czy dieta naprawdę może mi pomóc?” A zaraz potem pojawia się drugie:

    „I jak długo trzeba ją stosować?”

    Jesteś w stanie odpowiedzieć na te pytania?

    Ania:

    Albo po prostu napiszcie do mnie w wiadomości prywatnej. (śmiech)

    Czy dieta jest w stanie Ci pomóc? Kochani… ja tego nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nie jestem wróżką. Nie mam magicznej kuli, do której zajrzę i powiem:

    – Basia, u Ciebie na pewno zadziała.

    A pięć minut później przyjdzie Kasia i usłyszy:

    – U Ciebie nie ma sensu.

    Tak się po prostu nie da. Natomiast wiem, co pokazują badania naukowe. I właśnie na ich podstawie układam diety.

    Wiemy, jak ważnia jest odpowiednia ilość błonnika. Wiemy, jaki potencjał mają kwasy omega-3 – zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Wiemy, że mogą wpływać na ruchliwość, morfologię czy liczbę plemników.

    I właśnie dlatego uwzględniamy to wszystko w naszych jadłospisach.

    Są badania dotyczące likopenu – składnika obecnego w pomidorach. Co ciekawe, jest go więcej w pomidorach przetworzonych niż świeżych.

    Dlatego w naszych dietach pojawiają się sosy na bazie passaty pomidorowej czy zupy pomidorowe.

    Nie dlatego, że po prostu lubimy pomidory. Tylko dlatego, że wiemy, po co one tam są. To właśnie mogę Wam obiecać. Jeżeli zdecydujecie się z nami pracować, zrobimy wszystko, żeby jak najlepiej uporządkować to, na co mamy realny wpływ.

    Ale ile czasu to zajmie? Tego naprawdę nie wiem. Sama chciałabym to wiedzieć. Byłoby wspaniale móc powiedzieć:

    – Wytrzymaj trzy miesiące. Zaciśnij zęby. To tylko kwartał i zobaczysz efekty.

    Ale nie mogę tego obiecać. Po prostu nie da się tego przewidzieć. Wiemy natomiast, że na przykład u mężczyzn po około trzech miesiącach jesteśmy w stanie zaobserwować poprawę parametrów nasienia, jeśli wprowadzimy odpowiednie zmiany w diecie i stylu życia.

    To już widziałyśmy wielokrotnie. Natomiast nie da się wskazać jednego czasu, który będzie odpowiedni dla wszystkich.

    Zosia:

    Dokładnie.

    To samo odpowiedziałabym na pytanie:

    „Jak długo trzeba stosować dietę wspierającą płodność?”

    Nie wiem.

    I naprawdę, po tylu latach pracy nadal nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście są pewne ramy czasowe.

    Na przykład wiemy, że poprawa parametrów nasienia może być widoczna po około trzech miesiącach – o ile problem rzeczywiście wynika z czynników, na które dieta ma wpływ.

    Wiemy też, że wiele kobiet już w kolejnym cyklu zauważa mniejsze dolegliwości bólowe podczas miesiączki. Ale jeśli pytacie:

    – Ile czasu potrzebuję, żeby dieta pomogła mi zajść w ciążę?

    To odpowiedź brzmi: Nie wiem. I bardzo chciałabym móc odpowiedzieć inaczej.

    Ania:

    Bo wszyscy chcielibyśmy znać taki konkretny termin.

    Zosia:

    Dokładnie. Największym celem każdej osoby, która trafia do Akademii Płodności, jest przecież ciąża. Ale zanim ona się pojawi, często warto zauważyć te mniejsze sygnały świadczące o tym, że organizm zaczyna się zmieniać. Pojawia się owulacja, której wcześniej nie było. Endometrium zaczyna rosnąć. Włosy przestają tak wypadać. Jest więcej energii. Spodnie zaczynają być luźniejsze.

    I wiem, że kiedy staracie się o dziecko, możecie pomyśleć:

    „Naprawdę mam się cieszyć z tego, że dopinam spodnie?” Pewnie nie. Bo najważniejszy jest ten jeden cel. Ale może właśnie te małe sygnały są dowodem na to, że w organizmie coś zaczyna się porządkować. Że coś już się dzieje i jesteście coraz bliżej.

    Ania:

    Problem polega na tym, że kiedy działamy na jakość komórek jajowych, nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego procesu. Nie widzimy na co dzień, co dobrego dzieje się w organizmie.

    Przypomniała mi się jednak wiadomość od jednej z dziewczyn. Wysłała nam swoje zdjęcie, bo od lat zmagała się z trądzikiem. I nie chodzi o to, że układamy diety pod poprawę cery, bo tym się przecież nie zajmujemy.

    Napisała jednak:

    – Zobaczcie, co się wydarzyło.

    Miała wcześniej bardzo nasilone zmiany zapalne na twarzy, a po wprowadzeniu naszych zaleceń skóra wyglądała zupełnie inaczej.

    I dodała coś, co bardzo mnie poruszyło.

    Napisała, że nie jest jeszcze w ciąży, ale ten efekt dał jej ogromną nadzieję, że wszystko, co robi, ma sens.

    Zosia:

    Właśnie. To był taki piękny promyk po drodze.

    Dziewczyny często piszą do nas o pierwszej owulacji, o pojawieniu się śluzu płodnego czy o zmianach, które zauważają podczas wizyt u ginekologa. Ale tutaj tym promyczkiem była właśnie poprawa cery.

    A przecież to, co widziała na swojej twarzy, było tylko odzwierciedleniem tego, co działo się wewnątrz organizmu. Jeżeli zmniejsza się stan zapalny, regulują się hormony i poprawia się funkcjonowanie organizmu, to bardzo często widać to również na skórze.

    Tak naprawdę ten trądzik był tylko objawem. A jego poprawa oznaczała, że organizm zrobił już kilka kroków w dobrą stronę.

    I to właśnie są te małe sygnały, które pokazują, że coś się zmienia.

    Ania:

    Dokładnie.

    Zosia:

    Aniu, cały czas powtarzasz jedno. Tworzysz diety w oparciu o badania naukowe. I zamierzasz robić to dalej?

    Ania:

    Tak. I powiem szczerze, że z roku na rok jest mi coraz trudniej. Nawet sam temat tego odcinka wzbudził we mnie duży opór. Pomyślałam sobie:

    „To zainteresuje ludzi. Ktoś to włączy. Ktoś tego posłucha.”

    Ale jednocześnie bardzo trudno było mi zmierzyć się z tym zestawieniem dwóch słów: sprzedaż i nadzieja. Pamiętam nawet newsletter, w którym długo zastanawiałyśmy się nad jednym zdaniem. Czy napisać:

    „Te produkty wspierają płodność.” Czy raczej: „Płodność może Ci za nie podziękować.”

    Cały czas szukamy takiego języka, który będzie zachęcał, ale jednocześnie nie będzie składał obietnic.

    Zosia:

    I myślę, że właśnie dlatego ten tytuł był dla Ciebie taki trudny. Bo zestawił bardzo blisko dwa słowa: sprzedaż i nadzieję. I to po prostu mocno z Tobą zarezonowało.

    Ania:

    Bardzo. Mam z tym ogromny zgrzyt.

    Zosia:

    Ale czy nie wynika to z tego, że słowo „sprzedaż” od razu skojarzyło Ci się z wykorzystywaniem czyichś emocji?

    Ania:

    Tak. Myślę, że właśnie dlatego tak mocno mnie to dotknęło.

    Zosia:

    Bo prawda jest taka, że działamy właśnie na nadziei. Akademia Płodności od początku powstała z nadziei. I mam wrażenie, że gdyby nie ona, to w ogóle by jej nie było.

    Ania:

    Dokładnie.

    Zosia:

    I tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania. Czy sprzedajemy nadzieję?

    Moim zdaniem… w pewnym sensie tak.

    Bo dziewczyny bardzo często dziękują nam właśnie za nadzieję. Nie tylko za dietę. Ta dieta jest dla nich czymś więcej. Jest czymś, czego mogą się uchwycić. Czymś, co pomaga przetrwać naprawdę trudny etap życia. Przypomniała mi się wiadomość od jednej z naszych obserwatorek.

    Ania była po kilku stratach ciąży i cały czas pozostawała pod opieką lekarza. Zawsze powtarzamy, że dieta powinna być elementem opieki nad niepłodnoscią, a nie jego zamiennikiem.

    Napisała do nas coś, co zostało ze mną do dziś.

    „Nie wiem, jak bardzo pomogła mi ta dieta, ale czuję, że to codzienne mielenie siemienia lnianego było dla mnie czymś dobrym.”

    A później dodała zdanie, którego chyba nigdy nie zapomnę:

    „Może ta dieta to jest nic. A może właśnie to nic jest dla mnie wszystkim.”

    I myślę, że dokładnie o to chodzi. Nie jesteśmy w stanie niczego zagwarantować.

    Ale jeżeli dzięki naszej diecie, podcastom, wiadomościom czy zwykłej rozmowie ktoś znajdzie w sobie siłę, żeby zrobić kolejny krok… to ma ogromną wartość.

    Może właśnie dzięki temu łatwiej będzie Wam przejść przez ten bardzo trudny czas.

    Ania:

    Padło tutaj bardzo ważne zdanie.

    My nie możemy Wam niczego zagwarantować. Nie możemy nic obiecać. I myślę, że gdybym kiedyś powiedziała:

    „Jedz naszą dietę, a na pewno zajdziesz w ciążę”, to byłby moment, w którym sama przestałabym sobie ufać. To jest właśnie taki przekaz, którego najbardziej się boję.

    Kiedy widzę gdzieś hasła w stylu: „100% skuteczności”, „na pewno zajdziesz w ciążę”, „ta metoda działa zawsze”, to od razu zapala mi się czerwona lampka.

    Nie można czegoś takiego obiecywać. To jest nieetyczne. To jest żerowanie na emocjach ludzi, którzy znajdują się w jednym z najtrudniejszych momentów swojego życia.

    Ja sama tam byłam. Doskonale wiem, że gdyby ktoś wtedy powiedział mi:

    „Kup ten suplement, zastosuj tę terapię, pij to codziennie i na pewno zostaniesz mamą”, to prawdopodobnie zrobiłabym wszystko. Wydałabym każde pieniądze. Bo desperacja i nadzieja potrafią sprawić, że człowiek chce uwierzyć we wszystko. I właśnie dlatego nigdy nie chciałabym pójść tą drogą. To, co możemy Wam zaoferować, to nauka.

    To badania naukowe,  wiedza. I tylko tyle… albo aż tyle.

    Zosia:

    I wydaje mi się, że właśnie to jest sedno Akademii Płodności. Nigdy niczego nie obiecujemy. Możemy obiecać tylko jedno. Że będziemy z Wami. Na każdym etapie starań. Że będziemy trzymać Was za rękę. Ale nie możemy obiecać ciąży.

    Ania:

    Piękna reklama, co?

    Zosia: (śmiech)

    Ale ja naprawdę w to wierzę.

    Ty chyba też. Obie wierzymy w dietę. Wierzymy, że warto spróbować. Przecież bardzo często odpowiadamy dziewczynom dokładnie w ten sam sposób.

    „Nie wiemy, czy dieta pomoże właśnie Tobie. Ale wiemy, że warto spróbować.”

    To zdanie chyba najczęściej pada w naszych wiadomościach. Natomiast cały czas zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą. Czy sam sposób, w jaki komunikujemy Akademię, nie jest dla kogoś obietnicą?

    Ania:

    To bardzo dobre pytanie.

    Zosia:

    Mam jednak wrażenie, że właśnie dlatego tak długo zastanawiamy się nad każdym tytułem, każdym postem i każdym newsletterem.

    Zawsze staramy się używać sformułowań typu: „może pomóc”, „może wspierać”, „ma potencjał”. Nigdy nie piszemy: „na pewno pomoże”.

    Bo ja wiem, jaki potencjał ma dieta. Wiem, co pokazują badania. Ale nie mogę nikomu niczego zagwarantować. I jeszcze jedna rzecz, którą bardzo chciałabym powiedzieć na koniec.

    Kochani… Wy naprawdę nie musicie nic od nas kupować. Serio.

    Akademia Płodności jest dziś zbudowana tak, żeby ogrom wiedzy był dostępny całkowicie za darmo. Możecie zapisać się na nasz newsletter. Znajdziecie tam dwa pełnowartościowe jadłospisy. Możecie oglądać nasze materiały na Instagramie. Możecie korzystać z naszych przepisów. Możecie słuchać podcastów. Możecie obejrzeć filmy na YouTubie.

    Tam jest naprawdę mnóstwo wiedzy.

    I już samo wprowadzenie tych bezpłatnych wskazówek sprawi, że będziecie o kilka kroków dalej niż byliście wcześniej. Naprawdę.

    Jeżeli potrzebujecie czasu, żeby nam zaufać albo sami przekonać się, czy ten sposób myślenia do Was trafia — zacznijcie od tych darmowych materiałów.

    One właśnie po to powstały. Nie po to, żeby zmuszać kogokolwiek do zakupu. Tylko po to, żeby realnie pomagać. 

    Ania:

    I może właśnie będzie taki moment, jak u mnie. Wyjdziesz z wizyty i zobaczysz, że endometrium zaczęło rosnąć. Że potrzeba mniejszych dawek leków. Że coś się zmienia.

    I wtedy pomyślisz: „Kurczę… może te dziewczyny naprawdę mają rację.”

    Zosia:

    A nadzieja?

    Nadzieja zawsze będzie fundamentem Akademii Płodności.

    Bo wszystkie historie, które pokazujemy,  te o ciążach, które wydarzyły się podczas naszej wspólnej drogi,  są właśnie historiami o nadziei. Ale nie tylko one.

    Pokazujemy również historie dziewczyn, które nigdy nie korzystały z naszych diet. Historie kobiet, które pisały nam, że same podcasty dawały im siłę, żeby iść dalej. Pokazujemy historie osób, które wybrały drogę adopcji.

    Pokazujemy także historie kobiet, które świadomie zdecydowały się na życie bez dzieci. Bo chcemy pokazywać różne drogi. Nie chcemy tworzyć nierealnego obrazu, że istnieje tylko jedno zakończenie tej historii.

    Ania:

    I od lat podpisujemy się pod tym własnymi twarzami i nazwiskami. Właśnie po to, żeby każdego dnia móc spojrzeć sobie w lustro i mieć poczucie, że robimy to uczciwie.

    Zosia:

    I spokojnie zasypiać.

    Ania:

    Oczywiście pokazujemy też historie dziewczyn, którym dieta naprawdę pomogła.

    Bo takich historii jest bardzo dużo. I są pięknym dowodem na to, jak ogromny potencjał ma odpowiednio dobrane żywienie. Naprawdę potrafi zmienić czyjeś życie. I bardzo chciałabym, żeby dieta okazała się również Waszym brakującym puzzlem. To narzędzie, które macie dosłownie na wyciągnięcie ręki. Codziennie robicie zakupy. Codziennie podejmujecie decyzje dotyczące tego, co ląduje na Waszym talerzu. To daje sprawczość.

    I być może właśnie ten element okaże się jednym z wielu, które wspólnie przechylą szalę na Waszą stronę. Może nie jedynym. Ale bardzo ważnym.

    Zosia:

    Tego właśnie Wam życzymy. Nieważne, na jakim etapie starań jesteście. My jesteśmy tutaj dla Was. Do usłyszenia w następnym podcaście.

    Artykuł #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły

    31.07.2026 | 24 min.
    W tym odcinku wracamy do siebie sprzed lat. Do dziewczyn, które godzinami przeglądały internet, kupowały kolejne suplementy, odkładały życie „na później” i próbowały zrobić wszystko, żeby w końcu zostać mamą.

    Rozmawiamy o tym, czego dziś już byśmy nie zrobiły. Nie po to, żeby kogokolwiek oceniać, ale żeby pokazać, że wiele z tych decyzji wynikało z ogromnej nadziei, lęku i miłości do jeszcze nienarodzonego dziecka.

    Mamy nadzieję, że znajdziesz w nim nie tylko wiedzę, ale też trochę spokoju i zrozumienia.

    PLAN ODCINKA:

    Dlaczego dziś wcześniej poszłybyśmy do lekarza i na monitoring cyklu.

    Kupowaniu kolejnych suplementów zamiast skupienia się na podstawach.

    Jak internet pomagał nam podczas starań, ale też potrafił odbierać spokój.

    Czego zabrakło nam w rozmowach z naszymi mężami.

    Dlaczego nie warto odkładać życia na moment, kiedy pojawi się dziecko.

    Czym był Projekt Żyćko i dlaczego do dziś uważamy go za jedną z najważniejszych rzeczy, które wydarzyły się podczas naszych starań.

    Jak odzyskiwać małe kawałki normalności, nawet jeśli niepłodność zajmuje dziś ogromną część Twojego życia.

    Znajdziesz nas również tutaj:

    Podcast VIDEO 

    SPOTIFY

    Zosia:Nie wiem, w jakiej kolejności będziemy Wam puszczać tamte odcinki, więc może się okazać, że będzie teraz więcej Zosi niż mnie. Ale bardzo Was witamy w kolejnym odcinku naszego podcastu. Znowu będziemy sobie tutaj siedzieć jak psiapsi i rozmawiać o tematach związanych ze staraniami o dziecko. A dziś pogadamy…

    Ania:Tak jest.

    Zosia:To będzie też trochę takie spekulowanie. Wiecie, jak to mówią: „Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł”.

    Są rzeczy, które robiłyśmy kiedyś podczas starań, a dziś – z wiedzą, którą mamy i z naszym obecnym podejściem – na pewno zrobiłybyśmy inaczej. Chcemy sobie o tym porozmawiać i zastanowić się, czy dało się pewne rzeczy zrobić lepiej.

    Zosia:Są takie rzeczy, które robiłaś podczas starań, a dziś już byś ich nie zrobiła?

    Ania:Tak. Myślę, że przede wszystkim wcześniej poszłabym na monitoring cyklu.

    Na początku zaczęłam obserwować swój organizm i widziałam, że coś jest nie tak. Zaczęłam więc prowadzić własne obserwacje cyklu, ale to było dla mnie bardzo stresujące. Jednocześnie wszyscy powtarzali – i artykuły również – że do lekarza powinno się iść dopiero po roku starań.

    Dzisiaj wiem, że po prostu poszłabym wcześniej.

    Zaoszczędziłoby mi to mnóstwo czasu, nerwów, płaczu i ciągłego zastanawiania się, co się dzieje. Dużo szybciej dowiedziałabym się, że moje jajniki po prostu nie pracują tak, jak powinny, że nie mam owulacji.

    To, co uważałam za miesiączkę – choć cykle były bardzo wydłużone – tak naprawdę nie było prawidłową miesiączką, tylko plamieniem.

    Naprawdę poszłabym wcześniej.

    Jeżeli widziałabym jakiekolwiek niepokojące objawy albo coś budziłoby moje wątpliwości, nie dałabym sobie wmówić, że muszę czekać rok.

    Pamiętam też rozmowę z jedną z dziewczyn. Opowiadałam jej o monitoringu cyklu i zdałam sobie sprawę, że sama kiedyś bardzo się go bałam. Wydawało mi się, że każda kolejna wizyta będzie kosztowała kilkaset złotych.

    Zosia:A przecież potrzeba ich kilka, żeby monitorować cały cykl.

    Ania:Właśnie. I to był jeden z powodów, dla których odkładałam monitoring. Wyobrażałam sobie, że co dwa dni będę musiała płacić 300 zł za kolejną wizytę.

    Dopiero później okazało się, że w wielu gabinetach płaci się po prostu za cały monitoring cyklu, a kolejne krótkie wizyty kontrolne są już wliczone w tę cenę.

    Zosia:Oczywiście różne miejsca rozwiązują to różnie.

    Ania:Dokładnie. Ale może ktoś z Was też się tego obawia. Dlatego ja po prostu nie czekałabym tak długo.

    Zosia:Okej. Teraz moja kolej.

    Ania:No dawaj.

    Zosia:To jest ciekawe, bo nie wiem, czy ja naprawdę przestałabym to robić. Mam wrażenie, że to leżało bardzo głęboko w mojej naturze.

    Ale gdybym mogła coś zmienić u tej Zosi sprzed lat, to na pewno mniej wierzyłabym we wszystkie cudowne rzeczy wyczytane na forach internetowych.

    Naprawdę wierzyłam, że istnieje jeszcze ten jeden suplement, którego nie biorę, a który będzie właśnie tym brakującym elementem moich starań.

    Wiecie… miesiąc wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu jakiejś egzotycznej rośliny, a nagle czytałam, że jej sproszkowana kora fantastycznie wpływa na płodność i już miałam poczucie, że właśnie tego mi brakowało.

    Ania:Ale czy to nie dawało Ci wtedy nadziei?

    Zosia:Dawało. Oczywiście, że dawało. Tylko dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Skupiłabym się przede wszystkim na rzeczach, które rzeczywiście mają potwierdzenie w badaniach naukowych i realnie mogą coś zmienić. Bo u mnie wyglądało to tak, że kupowałam kolejny suplement, a jednocześnie kolejny miesiąc odkładałam zapisanie się na basen. To nie było tak, że robiłam wszystko, co mogłam, i tylko dokładałam suplementację.

    Ja po prostu liczyłam na to, że tabletka rozwiąże problem i dzięki temu nie będę musiała robić tych trudniejszych rzeczy.

    Ania:A Twoja insulinooporność tylko szalała.

    Zosia:Dokładnie.

    Bardzo nie chciało mi się ruszać. Nie lubiłam aktywności fizycznej i ciągle miałam nadzieję, że może jednak nie będzie konieczna. Brałam metforminę i myślałam sobie: „Ona zaopiekuje moją insulinooporność”. Dzisiaj wiem, że nie robiłam podstaw. To były właśnie te najważniejsze filary, które powinny być mocne. Zamiast tego skupiałam się na drobiazgach i pokładałam w nich zbyt dużą nadzieję. Moja szafka z suplementami była pełna. Dzisiaj też nie brałabym tylu suplementów jednocześnie, zwłaszcza takich, które nakładały się na siebie. Dużo łatwiej było mi połknąć kolejną tabletkę i uwierzyć, że ona zadziała, niż zjeść porządny posiłek albo wieczorem pójść na basen.

    To właśnie zmieniłabym najbardziej.

    Zosia:A Ty? Co jeszcze zrobiłabyś inaczej?

    Ania:Myślę, że mniej czasu spędzałabym w internecie. Choć właściwie… nie do końca. To jest trudniejsze, niż się wydaje. Na pewno mniej czasu spędzałabym tam dlatego, że mój mąż zwyczajnie nie miał wtedy swojej żony. Każdy wolny wieczór siedziałam przed komputerem, czytałam kolejne artykuły, fora i historie innych kobiet. Z drugiej strony wiem też, że dzięki temu dowiedziałam się wielu wartościowych rzeczy. Dlatego dzisiaj nie powiedziałabym już, że całkowicie zrezygnowałabym z internetu. Raczej bardziej bym to zbalansowała. Część tego czasu zostawiłabym na zdobywanie wiedzy, ale część świadomie przeznaczyłabym na mój związek i rozmowy z mężem. Bo to też było bardzo ważne.

    Jednocześnie chcę powiedzieć, że właśnie w tamtym czasie poznałam kobiety, z którymi mam kontakt do dziś. Obserwujemy się na Instagramie, kibicujemy sobie i naprawdę nie zamieniłabym tych znajomości na nic innego.

    Zosia:Czyli nie chodzi o całkowite odcięcie się od internetu, tylko o znalezienie równowagi.

    Ania:Dokładnie.

    Miałam szczęście trafić na naprawdę wspierające kobiety. Są grupy, z których kobieta jest usuwana tylko dlatego, że zobaczy dwie kreski na teście ciążowym.

    To potrafi być bardzo trudne.

    Zosia:Bo idziecie razem…ale tylko do pewnego momentu.

    Ania:Tak. Natomiast ja naprawdę miałam szczęście. Kiedy którejś z nas się udało, pozostałe dalej jej kibicowały. Być może łatwiej było nam się otworzyć, bo byłyśmy anonimowe. Do dziś dostaję od tych dziewczyn wiadomości, zdjęcia spod choinki czy życzenia świąteczne. To naprawdę były wartościowe relacje. Dlatego chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno. Warto obserwować, czy miejsce, w którym jesteśmy w internecie, naprawdę nas wspiera.

    Bo na początku może nam się wydawać, że daje nam bardzo dużo. Dopiero po czasie orientujemy się, czy dzięki temu miejscu naprawdę rośniemy, czy wręcz przeciwnie.

    Ania:No właśnie.

    Bo czasami zaczynamy żyć tylko internetem, a przestajemy żyć prawdziwym życiem. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne.

    Zosia:Może też dlatego, że internet jest pewnego rodzaju ucieczką. Ja nie próbuję tego usprawiedliwiać ani oceniać. Po prostu zauważam, że tak się zdarza.

    Ja na przykład dzisiaj nie robiłabym badań laboratoryjnych tylko dlatego, że ktoś napisał o nich na grupie na Facebooku albo na forum.

    Nie miałam żadnych objawów, nic nie wskazywało na konkretną chorobę, ale wystarczyło jedno zdanie przeczytane w internecie i od razu w mojej głowie pojawiało się:

    „A może ja też to mam?”

    I nagle zaczynałam myśleć:

    „Może mam celiakię? Może chorobę trzewną? Może właśnie to blokuje moje starania?”

    Efekt był taki, że wydawałam kolejne kilkaset złotych na bardzo drogie badania, bo przecież „warto sprawdzić”. I robiłam je bez rozmowy z lekarzem. Po prostu zakładałam, że może mój lekarz jeszcze o tym nie wie, a ja przyjdę na wizytę z gotowymi wynikami i go zaskoczę.

    Ania:Bo zawsze gdzieś z tyłu głowy było takie: „A jeśli właśnie coś znajdę?”.

    Zosia:Dokładnie. To było takie niekończące się „a może właśnie tym razem znajdę odpowiedź”. Patrzyłam na dziewczyny, które zrobiły kolejne badania i miałam wrażenie, że one są już o krok dalej ode mnie. Myślałam sobie: „Może właśnie to było u nich przyczyną. Może ja też muszę znaleźć swoje »to coś«.” A dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Poszukałabym przede wszystkim miejsca i człowieka, któremu naprawdę ufam.

    Takiego specjalisty, z którym mogę spokojnie porozmawiać o swoich obawach, o tym, co przeczytałam w internecie.

    Kogoś, kto powie: „Dobrze, Zosiu, zróbmy to badanie, ale tego nie ma sensu robić i już tłumaczę Ci dlaczego.” To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Bo wtedy czuję, że prowadzi mnie ktoś mądrzejszy ode mnie. A nie próbuję sama być swoim lekarzem tylko dlatego, że przeczytałam coś na forum.

    Przecież mogłam sobie sama coś błędnie zdiagnozować i być o tym święcie przekonana.

    Dzisiaj powiedziałabym sobie tylko jedno: Znajdź mądrego przewodnika.

    Ania:Ale wiesz co? Mam wrażenie, że właśnie teraz zrobiłaś coś takiego u siebie.

    W tej swojej ostatniej historii zdrowotnej mogłaś pójść w stronę samodzielnego szukania odpowiedzi. A zamiast tego naprawdę stanęłaś na głowie, żeby znaleźć specjalistów.

    Zosia:To prawda.

    Ania:Przeczesałaś całą diagnostykę.

    Zosia:I nadal ją przeczesuję. Tylko różnica jest taka, że nie robię tego sama. Mimo że jestem już tym wszystkim bardzo zmęczona, to nie próbuję sama stawiać sobie diagnoz.

    Ania:No właśnie. Nie wchodząc w szczegóły, to jest ogromna różnica.

    Zosia:I pamiętajcie też, że my cały czas rozmawiamy o sobie sprzed lat. Ja nie udzielam teraz rad komuś innemu. Ja mówię do tej Zosi sprzed kilku lat i zastanawiam się, co powiedziałabym właśnie jej.

    Ania:A nie jesteś zła na tę Zosię? Na tę dziewczynę, która wtedy się starała o dziecko? Jak ona słyszy to wszystko, co teraz mówisz, to nie ma ochoty powiedzieć:

    „Dobra, łatwo ci mówić”?

    Zosia:Oczywiście, że tak. Ja jestem pewna, że tamta Zosia byłaby na mnie wściekła.

    Powiedziałaby:

    „Ty się teraz wymądrzasz. Myślisz, że wiesz o mnie więcej niż ja sama?” Przecież nikt nie znał wtedy mojego życia lepiej ode mnie. Dlatego jestem przekonana, że taką radę wsadziłabym sobie wtedy… no, wiecie gdzie. Naprawdę.

    Ale tamtej Zosi już nie ma. Nie zapyta mnie o zdanie, więc mogę tylko powiedzieć to dzisiaj, tutaj, w tym podcaście. Dlatego też doskonale rozumiem, jeśli ktoś słucha tego odcinka i czuje złość. Ja też bym się wtedy oburzyła.

    Powiedziałabym: „No jasne. Łatwo ci mówić: znajdź sobie mądrego przewodnika. Spróbuj go znaleźć.” Rozumiem to.

    Ania:Ja Ci zadaję te pytania specjalnie. Żebyśmy mogły pokazać też tę drugą stronę. Żeby to nie była tylko jedna perspektywa.

    Zosia: (śmiech)Dobrze, już siedzę cicho.

    Ania:Nie, nie. Już widzę tę zamkniętą postawę.

    Zosia:Ja z Tobą rozmawiam, ale moja mowa ciała pokazuje, co właśnie o Tobie myślę.

    (śmiech)

    Ania:Ale wiecie… Mam takie poczucie, że żeby coś zmienić, czasami trzeba trochę potrząsnąć swoim sposobem myślenia. I to nie zawsze jest komfortowe.

    Zosia:No dobrze. Skoro już się tak wymądrzamy, to powiedz teraz Ty. Co jeszcze zrobiłabyś inaczej?

    Ania:To jest naprawdę dobre pytanie. Myślę, że dużo wcześniej zaczęłabym rozmawiać z moim mężem. Nie czekałabym tak długo. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie obraliśmy wspólny kierunek, ale płynęliśmy do niego na dwóch różnych łódkach. A ja chciałabym dużo wcześniej wsiąść do jego łódki. Albo żeby on wsiadł do mojej. Bo wydaje mi się, że wtedy przeszlibyśmy przez to wszystko trochę lżej.

    Mielibyśmy siebie bardziej. Zamiast zamykać się wieczorami w internecie, usiedlibyśmy i po prostu porozmawiali. Powiedzielibyśmy sobie:

    „Jest mi bardzo trudno.”

    Ale też chciałabym, żeby on wtedy bardziej się otworzył. Bo to nie było tak, że ja nie chciałam go słuchać. Po prostu jego sposób pocieszania kompletnie do mnie nie trafiał. Kiedy mówił:

    „Nie płacz. Będzie dobrze.”

    Ja wtedy myślałam: „Ale ja właśnie chcę płakać. Pozwól mi. Daj mi na to przestrzeń.” Po prostu zabrakło nam rozmowy.

    Takiej prawdziwej. I wzajemnej otwartości na siebie.

    To na pewno zrobiłabym wcześniej.

    Zosia:Okej.

    Teraz znowu moja kolej. Mam takie przemyślenie, z którego jestem naprawdę bardzo dumna.Bo mimo że zaraz powiem, że chciałabym zrobić coś wcześniej, to jednocześnie jestem ogromnie dumna z tamtej Zosi. Że ona w ogóle na to wpadła. Domyślasz się, o czym mówię?

    Ania:O Projekcie Żyćko?

    Zosia:Dokładnie. To był moment, w którym dotarło do mnie, że w moim życiu nie dzieje się już właściwie nic poza niepłodnością. Całe moje życie zaczęło się wokół niej kręcić. To przyszło do mnie dopiero po latach starań, ale nikt mi tego nie powiedział.

    Sama do tego doszłam. Pamiętam wyjazd z moimi przyjaciółkami. Na początku było mi szkoda pieniędzy.

    Naprawdę. To był bardzo budżetowy wyjazd. Żadnych luksusowych wakacji. Plecak, który Ryanair pozwala wziąć pod fotel, i trzy dni poza domem. A mimo to miałam ogromne wyrzuty sumienia. Myślałam:

    „Po co wydaję pieniądze na taką przyjemność? Przecież mogłyby pójść na leczenie.”

    Ale kiedy już tam byłam… To wydarzyło się coś bardzo ważnego.

    Zosia:Pamiętam, że spacerowałyśmy wtedy po Florencji. Na jednym z placów jakiś pan puszczał ogromne bańki mydlane. I właśnie wtedy coś do mnie dotarło. Pomyślałam:

    „To jest naprawdę piękny moment.” Jestem tutaj z ludźmi, których kocham. Śmiejemy się, spacerujemy i przeżywamy coś, co już nigdy więcej się nie powtórzy. Nigdy więcej nie będę tą samą Zosią, którą jestem właśnie teraz. To było takie… ożywcze.

    Kilka razy złapałam się na tym, że śmieję się naprawdę szczerze. Bez udawania. Jakby ktoś na chwilę przewietrzył mi głowę. I wtedy podjęłam decyzję. Przestanę mieć wyrzuty sumienia za wydawanie pieniędzy na życie. To nie znaczyło, że nagle wszystkie nasze środki miały iść na podróże. Absolutnie nie. Ale przestałam myśleć, że każde pieniądze muszą być przeznaczone wyłącznie na leczenie.

    Ania:Pamiętam Twój kalendarz z tamtego czasu.

    Zosia:No właśnie! Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że mam ADHD, bo nie miałam diagnozy. Ale pamiętasz ten kalendarz wiszący w kuchni?

    Tutaj wyjazd z mamą. Tutaj Londyn z Dudim. Tutaj Florencja. Potem znowu jakiś krótki wyjazd.

    Wszystko oczywiście budżetowo. Liczenie każdej złotówki, tanie loty, mały plecak. Ale wydarzyło się coś bardzo ważnego. Jeszcze chwilę wcześniej byłam osobą, która praktycznie nigdzie nie wyjeżdżała. A później nagle zaczęłam planować krótkie wypady. I to było cudowne. Dlatego gdybym mogła coś zmienić, nie pozwoliłabym sobie stracić tych wcześniejszych lat. Nie odkładałabym życia na później. I mówię to z ogromnym zrozumieniem dla tamtej Zosi. Jestem z niej naprawdę dumna. Ale jednocześnie myślę sobie, że może po drugiej stronie słucha nas ktoś, kto jeszcze w ogóle nie pozwolił sobie na taki oddech. Na taką przestrzeń. I właśnie tę myśl chciałabym zostawić w czyjejś głowie.

    Ania:Pamiętam nawet relacje z tamtego czasu. One chyba do dziś są przypięte.

    Zosia:Tak. Bardzo stare. Ale pokazują dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło.

    Ania:Projekt Żyćko, choć jego nazwa może brzmieć trochę żartobliwie, naprawdę bardzo dużo wniósł. I wiemy, że u wielu z Was zasiał coś dobrego. Wpuścił do życia trochę światła i trochę powietrza.

    Zosia:Nie rezygnujcie z rzeczy, które tworzą Was jako człowieka. Bo nawet jeśli większość Waszej energii, czasu, pieniędzy i myśli będzie teraz skupiona na staraniach o dziecko… to przypomnijcie sobie, kim byłyście wcześniej.

    Może kiedyś marzyłyście o kursie szycia. Może chciałyście nauczyć się robić ceramikę. Może od dawna planowałyście nauczyć się robić lepsze zdjęcia. Może chciałyście zacząć nagrywać rolki. Może marzyłyście o czymś zupełnie innym. Nie pozwólcie, żeby to wszystko zniknęło.

    Bo właśnie takie małe rzeczy potrafią niesamowicie przewietrzyć głowę. One nie sprawią, że starania nagle staną się łatwe. Nie będzie tak, że pójdziecie na ceramikę, ulepicie kubek i cały Wasz świat się odmieni. Nie.

    Ale zmieni się perspektywa. I może właśnie ten własnoręcznie zrobiony kubek stanie się jednym małym promykiem światła w bardzo trudnym czasie. Albo dwie godziny spędzone wśród wspierających ludzi. Albo zwykły śmiech z błahostek.

    To są momenty, które przypominają nam, że nadal żyjemy.

    Ania:Że można odezwać się do kogoś.  Porozmawiać o czymś zupełnie innym.

    Zosia:I przez chwilę nie myśleć o staraniach. Bo wtedy cała Twoja uwaga skupia się na czymś innym. Na tym, jaki zrobić uchwyt do kubka. Czy ten będzie ładniejszy, czy może tamten. I przez te dwie godziny Twoja głowa naprawdę odpoczywa. A to jest takie małe odzyskiwanie kawałków życia, które niepłodność próbuje nam zabrać. Bo ona i tak wejdzie do naszego życia.

    Naprawdę. Z tymi swoimi ubłoconymi butami. Ale nie pozwólmy jej zabrać wszystkiego.

    Ania:Dziękujemy Wam za obejrzenie i wysłuchanie naszego podcastu.

    Dziękuję Tobie, Zosiu. I nie, wcale się na mnie nie obraziłaś. (śmiech)

    Zosia:Nie no, oczywiście, że nie.

    Ania:Do usłyszenia w kolejnym odcinku! A jeśli po wysłuchaniu tego odcinka pojawiły się u Was jakieś refleksje, bardzo chętnie o nich przeczytamy. Może jest coś, czego już nie chcecie odkładać na później? Może postanowicie zrobić coś tylko dla siebie i przestać mieć z tego powodu wyrzuty sumienia? Napiszcie nam.

    Naprawdę bardzo chętnie to przeczytamy.

    Zosia:Ja jeszcze tylko na koniec chcę przypomnieć kilka rzeczy z Projektu Żyćko. Pamiętasz niektóre z nich?

    Ania:Pamiętam. Na przykład wyjazd jednej z naszych Staraczek na krokusy w górach.

    Zosia:Tak. Pamiętam też tatuaże. Podróże. Paznokcie.

    Takie drobne rzeczy, które wiele z Was odkładało latami. Bo przecież: „Jeszcze nie teraz.” „Szkoda pieniędzy.”

    A później okazywało się, że te małe decyzje dawały ogromną ulgę.

    Ania:Ja pamiętam jeszcze jedną historię. Remont pokoju. Było pomieszczenie, które od dawna miało zostać pokojem dziecięcym. Przez lata stało zagracone, bo przecież „zaraz będzie potrzebne dla dziecka”. I każdego dnia przypominało o tym, na co czekają.

    W końcu podjęli decyzję. Wyremontowali ten pokój i urządzili tam biuro. A kiedy po czasie pojawiło się dziecko, byli naprawdę szczęśliwi, że mogą z miłością przerobić ten pokój na pokój dziecięcy. To już nie było miejsce, które codziennie przypominało o bólu. Tylko przestrzeń, która przez ten czas po prostu dobrze im służyła.

    Zosia:Dokładnie.

    I chyba o to nam dziś najbardziej chodziło. Żeby nie odkładać całego swojego życia na moment, który dopiero ma nadejść. Bo życie dzieje się również teraz. I ono też zasługuje na uwagę. Dziękujemy, że byłyście i byliście dziś z nami. Do usłyszenia w kolejnym odcinku



    Artykuł #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle

    15.07.2026 | 31 min.
    Czy dieta naprawdę może zwiększyć szanse na ciążę? A może to tylko kolejny element, któremu przypisuje się zbyt dużą rolę?

    W tym odcinku opowiadamy nie tylko o badaniach i mechanizmach, ale też o naszych własnych historiach. Bo choć dziś od niemal dekady zajmujemy się dietą płodności zawodowo, same przeszłyśmy bardzo różne drogi. Jedna żyła w przekonaniu, że odżywia się zdrowo. Druga przez długi czas uważała, że skoro są leki, to dieta nie ma większego znaczenia.

    Rozmawiamy o tym, co zmieniło nasze podejście, dlaczego dieta nie jest magicznym rozwiązaniem, ale może być jednym z najważniejszych puzzli podczas starań o dziecko, oraz jak wspiera organizm na poziomie, którego na co dzień nie widać.

    Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę warto poświęcić uwagę temu, co ląduje na Twoim talerzu, ten odcinek jest właśnie dla Ciebie.

    PLAN ODCINKA

    Dlaczego dwie dietetyczki kiedyś same nie wierzyły w moc diety podczas starań o dziecko.

    Co sprawiło, że całkowicie zmieniłyśmy swoje podejście do odżywiania.

    Jak dieta wpływa na komórki jajowe, plemniki i mikrośrodowisko, w którym dojrzewają.

    Dlaczego dieta nie daje gwarancji ciąży, ale realnie może zwiększać szanse na jej osiągnięcie.

    Skąd bierze się stres oksydacyjny i dlaczego ma znaczenie dla płodności.

    Dlaczego nie warto dążyć do „idealnej diety” i co często działa lepiej niż perfekcja.

    Jakie błędy same popełniałyśmy podczas starań o dziecko i czego nauczyły nas własne doświadczenia.



    Znajdziesz nas również tutaj:

    Podcast VIDEO 

    SPOTIFY

    Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry, dzień dobry. Dzisiaj powitam Was ja. Witamy w kolejnym odcinku naszego akademiowego podcastu.

    Dzisiaj spotykają się przed Wami dwie dietetyczki jako dwa różne bieguny. W sumie dalej nimi jesteśmy. Może dlatego ta Akademia wciąż jedzie do przodu. Ale dzisiaj skupimy się nie na wszystkich naszych różnicach, choć jest ich wiele.

    Powiemy sobie o tym, jak to się stało, że dwa skrajnie różne bieguny skończyły w takim punkcie swojego dietetycznego życia, w którym uwierzyły i zrozumiały, jak prawidłowa dieta płodności może przełożyć się na zwiększenie szans na zajście w ciążę.

    Tak. A jeżeli chodzi o zwiększanie szans, to tutaj będzie mała marka własna? Powiemy o dietach?

    No powiemy.

    To powiedzmy o dietach. Sezonowo, cyklicznie wydajemy różnego rodzaju diety, które warto stosować podczas starań o dziecko. Te nowe diety,  jak wejdziecie do naszego sklepu, myślę, że niezależnie od tego, kiedy to klikniecie, ale szczególnie warto zajrzeć teraz – to letnia edycja pełna smaków. Znajdziecie diety dla osób z obniżonymi parametrami nasienia, insulinoopornością, PCOS i wieloma innymi problemami, jeżeli zmagacie się z innymi zaburzeniami hormonalnymi.

    Jak wejdziecie sobie na naszą stronę internetową, to zrobimy Wam tam taką chmurkę z kodem zniżkowym, więc prawdopodobnie w czasie, kiedy opublikujemy ten odcinek, będą jeszcze w promocji i będzie można je przytulić taniej.

    A te dwie typiary, które tutaj siedzą – jeśli nas nie znacie – zajmują się dietą płodności od lat. Niedługo zbliżamy się do dekady, kiedy będziemy mogły powiedzieć, że robimy to od dziesięciu lat. Więc serio wiemy, jak to robić, jak to bilansować, śledzimy badania na bieżąco i komponujemy Wasz talerz tak, żebyście Wy nie musieli martwić się badaniami. Żebyście mieli pewność, że my zadbamy o to, aby odpicować ten talerz – męski i damski – tak, żeby zwiększyć szanse na ciążę.

    A w tym odcinku porozmawiamy sobie o tym, jak dieta w ogóle może to robić i jak to jest możliwe.

    Od tego musimy wyjść, bo moim zdaniem to jest trochę zabawne. Czasami o tym opowiadamy, ale dawno już tego nie robiłyśmy, więc skoro mamy tutaj nowe osoby, to zrobimy taki – tylko nie za długi – long story short.

    Jak to się stało, że dwie laski – jedna, która mogłaby zrobić doktorat z menu w Maka, z promocji, które tam są, z zestawów, którymi najbardziej można się najeść i bywa w Maku często, nieraz kilka razy dziennie…

    Tak.

    ...spotyka się z drugą typiarą, która właściwie przez długi czas swojego życia miała poczucie, że odżywia się zdrowo.

    Może nie całe życie. Pewien czas.

    Dobrze.

    Raczej.

    Zostawmy sobie margines na młodzieńcze błędy, prawda?

    Dokładnie.

    I kopytka mamy.

    Dobrze, ale to wciąż kopytka mamy, a nie szama z Maka.

    To prawda.

    W każdym razie chcę powiedzieć to, że Ania miała takie poczucie… Raczej nie olewałaś tego talerza tak jak ja. Bo ja ciągle jechałam na kredycie swojej młodości. Miałam poczucie, że mam jeszcze dużą nadpłatę tej młodości, która po prostu zniweluje efekt Maczka. Bo jestem jeszcze młoda. Wiem, że kiedyś nie będę mogła tak jeść, ale teraz jeszcze nie musimy o tym rozmawiać, bo mam na tej karcie pewną nadpłatę, z której chętnie korzystam. Tak właśnie jechałam.

    Wiecie co? Ja byłam święcie przekonana, że zdrowo żyję. Ale teraz przypominam sobie na przykład wszystkie imprezy. Pamiętam taki moment, że właściwie nasi znajomi chodzili na imprezy, a my, starając się o dziecko, na początku też jeszcze aktywnie w nich uczestniczyliśmy. Moje znajome jeszcze studiowały, więc to był czas robienia magisterki i była biba za bibą.

    W której ty czynnie brałaś udział czy siedziałaś w kącie i myślałaś sobie: „Boże, ale ten alkohol ma tyle kalorii”?

    Właśnie nie myślałam. Gdzieś wydawało mi się, że jestem świadoma zdrowego odżywiania, bo jednak pilnowałam tego. Ale teraz pierwszy raz mam taką rozkminę, że przecież… No fajnie, tylko że jak chodziliśmy na imprezy, to była gruba biba. To był średnio higieniczny styl życia. Tylko że byliśmy młodsi, więc miałam wrażenie, że procesy naprawcze zachodziły…

    Szybciej.

    Szybciej. Człowiek mniej to odczuwał. Ale jednak był to średnio higieniczny okres życia.

    No dobrze. Ja nie chciałam, kochana, żeby zabrzmiało, że Ania była przykładem moralnego życia dietetycznego. Bardziej chciałam podkreślić to, że wymyślałaś jakieś ciasto z kaszy gryczanej. No serio. Ja nigdy. Rozumiesz? Żebym ja podczas studiów zrobiła ciasto z kaszy gryczanej? No może pod koniec studiów, ale wcześniej?

    To był mój hit podczas starań. Ciasto gryczane. To była moja słodycz.

    Ja mam takie ciężkie doświadczenie, kiedy spotkałam się z nim po raz pierwszy.

    Musisz przyznać.

    Poczekaj, Aniuś, daj mi przejść ten proces. Zosinka, która wpierdziela Maczka, przychodzi do ciebie, a ty stawiasz przede mną ciasto gryczane. I już chcesz, żebym się zachwyciła. Potem prosiłam o przepis, robiłam je i jadłam ze smakiem. Ale pamiętam ten pierwszy raz. Postawiłaś przede mną kawę i ciasto gryczane. Dla mnie ciasto to było coś z czekoladą, a ty mówisz: „Smacznego. Jedz do kawy”.

    Ono nie miało cukru wtedy nawet. Ani grama cukru ani żadnego słodzika.

    No chyba dlatego, że była tam ta gorzka, dziewięćdziesięcioprocentowa czekolada.

    No dobrze, było konkretne. Ciężkie.

    Dla mnie to naprawdę było przeżycie. Ale proces zaszedł.

    W każdym razie – dwie bardzo różne osobowości i dwa zupełnie różne podejścia do diety. I coś dzieje się w ich życiu. Albo zachodzi powolny proces, albo – tak jak u mnie – następuje boom i zderzenie ze ścianą. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że dieta powinna grać w twoim życiu pierwsze skrzypce, bo jesteś w stanie zrobić nią więcej niż lekami, które bierzesz od dłuższego czasu.

    Jak to było?

    Szybciutko, w skrócie.

    Poszukiwanie kontroli. Odzyskanie wpływu na swoje życie i na swoje ciało. Próba powiedzenia sobie: to ja trzymam lejce, a nie ktoś kieruje moim życiem. Odzyskanie takiego poczucia sprawczości.

    U ciebie to był ten moment zwrotny.

    Tak. Pomyślałam sobie: właściwie nic nie pomaga. Czemu nie odpicować tego talerza? Czemu nie spróbować odżywiać się zgodnie z zaleceniami dla PCOS? Bo moje wcześniejsze „zdrowe odżywianie” jednak trochę od tego odbiegało. I dopiero kiedy zmieniłam dietę pod PCOS i wykorzystałam wiedzę, którą już miałam, okazało się, że… o kurde. Tam było co naprawiać. Dało się naprawdę sporo zmienić.

    Ja pamiętam, że ciągle nie doceniałam roli diety w swoim życiu. Wydawało mi się, że skoro wjeżdżam z kalibrem pod tytułem leki, to jakaś kanapka z hummusem na śniadanie nie zmieni mojego życia tak jak zastrzyk z gonadotropin. Miałam poczucie, że dieta jest tak małym kalibrem, że oczywiście coś tam może pomóc, ale to nie jest gra warta świeczki. Najpierw ciężkie działa, a potem ewentualnie reszta.

    No i potem okazało się, że wyciągamy kolejne leki, kolejne leki… i chyba właśnie wtedy przestało mieć sens odkładanie diety na później.

    Wiecie, co było dla mnie odkrywcze? Kiedy spojrzałam na proces starań właśnie jak na proces. I dopuściłam do siebie myśl, że może to potrwać dłużej, niż mi się wydaje. Oczywiście bardzo chciałam wierzyć i bardzo modliłam się o to, żeby było szybko. Żeby scenariusze, o których lekarze mówili mi od nastoletnich lat, nie spełniły się właśnie u mnie.

    Chciałam po prostu schakować rzeczywistość. Ale się nie udało.

    I wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy. Pomyślałam sobie: Zosia, szykujesz się do przebiegnięcia maratonu. Chcesz, żeby twoje ciało stworzyło człowieka. Dla mnie to było coś większego niż wejście na Mount Everest. Więc przecież nie stołujesz się codziennie w Maku i nie wybierasz codziennie na obiad kebaba tylko dlatego, że jest szybciej albo wygodniej. Raczej próbujesz to swoje ciało zaopiekować.

    I miałam takie: „Aaa, wow”.

    I kolejna sprawa, która totalnie zmieniła moją perspektywę, to uświadomienie sobie, że Wasze komórki jajowe i plemniki nie dojrzewają w próżni. One dojrzewają w Waszym organizmie. Wszystkie procesy, które zachodzą w Was, wpływają również na nie.

    Jeśli na przykład w Waszym organizmie stres oksydacyjny nie jest w równowadze z mechanizmami naprawczymi, to w okolicy tych komórek, na których tak bardzo Wam zależy – komórek jajowych i plemników – dzieje się dokładnie to samo. To mikrośrodowisko jajnika czy miejsce, w którym rozwijają się plemniki, to obszary, do których chcemy wysłać jak najwięcej dobrych „żołnierzy” – antyoksydantów, opiekunów, którzy przypilnują, żeby nic tych komórek nie uszkadzało.

    Mówimy o tym trochę obrazowo.

    Bardzo obrazowo.

    Tak, żeby łatwiej było to zapamiętać.

    Bo gdybyśmy znowu powiedziały: „jest coś takiego jak stres oksydacyjny”, to brzmi jak wykład. A chcemy, żebyście mogli to sobie wyobrazić. Że te procesy dzieją się właśnie teraz, w Waszym organizmie.

    I to też nie jest tak, że…

    …łatwo odpowiedzieć na pytanie: „Kiedy dieta przyniesie efekty?”. Po tylu latach nadal nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Wiemy natomiast, że te procesy wymagają czasu. Trzeba im poświęcić uwagę i cierpliwość. U jednych efekty pojawią się szybciej, u innych będzie potrzeba więcej tego „sprzątania” w mikrośrodowisku komórek rozrodczych.

    Może pomoże Wam spojrzenie na to tak, jak pomogło mnie – że to po prostu maraton. Trzeba przygotować środowisko, w którym będzie mogło zamieszkać nowe życie. Stworzyć mu jak najlepsze warunki do rozwoju.

    O co chodzi z tą dietą? Bardzo często dostajemy pytania: „Czy ta dieta na pewno mi pomoże?”. I my tego nie wiemy. Tak samo, jak nie wiedziałyśmy tego w swoich własnych przypadkach.

    U Zosi dieta pojawiała się przecież któryś raz z kolei. Dietetyczny Zosin miał kilka zrywów w swoim życiu.

    Jakie kilka? Kilkanaście, bądźmy szczerzy.

    Kilkanaście zrywów i nie każdy kończył się ciążą.

    No tak, większość się nie kończyła.

    Byłaś tym bardzo rozczarowana.

    To prawda. Ale finalnie zwiększyła się szansa – pojawiła się spontaniczna owulacja.

    Tak. I to było takie: „Jeju, jak to się w ogóle wydarzyło?”. Bo zaczynałam już w to wątpić.

    Nie dziwię się.

    Nawet nie tyle wątpiłam, bo już pracowałam z pacjentami i widziałam efekty u innych, ale myślałam sobie, że może ja jestem właśnie tą osobą, u której dieta nie jest tym brakującym puzzlem.

    Tylko widzisz, Aniu, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Żadna z moich ciąż nie pojawiła się wtedy, kiedy trzymałam dietę na 102%. Były takie momenty, kiedy naprawdę jechałam na maksa. Chyba mogę to zrzucić trochę na moje ADHD. Pamiętasz przecież, jak potrafiłam cisnąć tę dietę.

    Pamiętam.

    To było nierozsądne. I jeśli ktoś z Was jest teraz w takim miejscu, to naprawdę tego nie polecam. Tam było wszystko odpicowane na 102%, ale ja jechałam już tylko na oparach własnej energii. A kiedy ta tama pękała, z tych 102% robiło się minus dwa.

    I wtedy Zosin odlatywał.

    Oj tak.

    To było bardzo nierozsądne. Pamiętam te wszystkie koktajle z milionem przeciwzapalnych przypraw. Jezu… pamiętam jeden taki koktajl. Do dziś nie wiem, jak ja go wypiłam.

    Było ich kilka.

    Tak. Byłam bardzo zdeterminowana, ale to nie było rozsądne.

    Okazało się, że dużo lepiej działał dłuższy dystans – nie na 100%, tylko na jakieś 85%.

    To i tak jest bardzo dużo.

    Tak, ale daje przestrzeń na oddech.

    I właśnie to okazało się u mnie skuteczniejsze. Za każdym razem, kiedy zachodziłam w ciążę, udawało się to naturalnie właśnie przy takim podejściu.

    Przypomnijmy, że Zosia ma jednostki chorobowe, w których dieta naprawdę ma ogromne znaczenie, chociażby insulinooporność.

    To prawda. I to też jest ciekawe, bo insulinooporność sama z siebie zwiększa stres oksydacyjny. W organizmie toczy się przewlekły stan zapalny. I to nie boli. Można z tym normalnie żyć. Tkanka trzewna odkłada się powoli, obwód talii się zwiększa, rośnie ryzyko zespołu metabolicznego, ale nic nie boli. Po prostu kupujesz większe spodnie i żyjesz dalej.

    A tymczasem w organizmie zachodzą procesy zapalne, które wpływają również na płodność. I to było dla mnie odkrywcze. Nie czekasz przecież z działaniem dopiero wtedy, kiedy coś zacznie boleć.

    I do tego właśnie chciałam wrócić. Dla mnie dieta to po prostu kolejny puzzel zwiększający szansę. Częstsza owulacja to większa szansa na ciążę. Nie patrzyłabym na to zero-jedynkowo. Zmiana sposobu odżywiania może przynieść naprawdę mnóstwo korzyści.

    Ostatnio dostałyśmy maila od dziewczyny, która jest już mamą. Napisała, że bardzo chciałaby wrócić do naszych diet, bo wtedy czuła się najlepszą wersją siebie. I ja ją doskonale rozumiem.

    Od stycznia sama jestem na naszych dietach – już bardziej ze względów zdrowotnych – i mam takie poczucie, że po prostu dokarmiam swój organizm. Czuję się dobrze. Czuję, że naprawdę o siebie dbam. I dokładnie rozumiem, co miała na myśli.

    Ale muszę odbić piłeczkę. Czuję, że po drugiej stronie może siedzieć Zosia sprzed lat, która na hasło „najlepsza wersja siebie” odpowiedziałaby: „Mam to gdzieś. Ja chcę być w ciąży”.

    I doskonale to rozumiem.

    Nie chciałabym tylko, żeby ktoś potraktował dietę jako złoty środek. Bo może nim będzie, ale może też nie. I nie chcę, żeby później pojawiło się rozczarowanie.

    Bo właśnie tak było u Zosi. Któryś z kolei zryw okazał się tym najważniejszym.

    I wiem, że te zrywy przychodzą i odchodzą..

    No właśnie – wszystko zależy od tego, jak do tego podejdziemy. Bo mam wrażenie, że tym podcastem niczego nie obiecujemy. Wręcz chcemy pokazać, że dieta ma ogromną moc.

    Ogromną.

    Chcesz z tego skorzystać? Super. Bo zobacz, jakie zmiany mogą zajść w Waszym życiu. Ja byłam człowiekiem, który sabotował dietę właściwie do samego końca.

    No ja zresztą też. Dużo rzeczy sabotowałam.

    Czy musimy teraz wymieniać je wszystkie?

    Nie.

    Tak było.

    Ale o co chcę powiedzieć… Mamy dużo wątków.

    Bardzo dużo.

    A chciałabym to zamknąć jedną klamrą. Chodzi mi o to, o czym rozmawiałyśmy w samochodzie, jadąc tutaj. Pamiętasz, co powiedziałaś o Kinder Bueno?

    Jak wpadło Kinder Bueno?

    No właśnie. Nigdy nie udało mi się zajść w ciążę wtedy, kiedy robiłam dietę na 102%. Może też dlatego, że byłam tak zafiksowana i oczekiwałam od niej, że skoro ja wszystko robię idealnie, to ona po prostu musi zadziałać.

    Może być też tak, że wydaje Wam się, że stosujecie dietę płodności, ale robicie to niezgodnie z zasadami, które naprawdę mają znaczenie. Liczy się ilość białka, proporcje składników, ilość błonnika, jakość tłuszczów…

    Jak to wszystko bilansujemy.

    Indeks i ładunek glikemiczny. Bardzo dużo elementów przenika się wzajemnie i właśnie dlatego dieta jest pierwszym elementem leczenia chociażby w PCOS.

    I czasami naprawdę trudno jest to wszystko samemu spiąć. Dlatego wygodnie jest korzystać z diety przygotowanej przez kogoś, kto zrobił to za Was. Wy po prostu gotujecie i macie pewność, że wszystko jest odpowiednio zbilansowane.

    Bo możecie stosować dietę, która wydaje Wam się dietą płodności, nie pozwalać sobie na żadne odstępstwo, a ona i tak będzie mniej korzystna niż dobrze zbilansowana dieta, przy której raz na jakiś czas zjecie Kinder Bueno.

    Albo pojedziecie do Maka.

    Dokładnie.

    Ania też kiedyś myślała, że odżywia się bardzo dobrze. A dziś, patrząc z perspektywy czasu, mówi:

    „Chryste Panie… naprawdę dało się zrobić to lepiej.”

    Mało tego. Ja pamiętam, jak mówiłam, że nie potrzebuję zmiany stylu życia, bo przecież mój styl życia jest całkiem dobry.

    No tak.

    Musiał przyjść taki moment otwarcia się na zmianę. Bo ja naprawdę myślałam, że robię wszystko.

    Łącznie z butelką czerwonego wina na endometrium.

    Nie wiem, czy wszyscy słuchali poprzednich odcinków.

    To nie jest prawda.

    Brzmiało świetnie, prawda?

    No dobrze, ale wtedy wiedza była zupełnie inna. Mówimy przecież o wielu latach temu.

    Tak.

    Dzisiaj mamy dużo większą świadomość. I ogromnie większe doświadczenie. Dlatego nasze obecne diety wyglądają zupełnie inaczej niż te sprzed lat.

    Dzisiaj zamiast tego wina możecie wypić sok z buraka.

    No właśnie. Chciałaś poprawić endometrium, przeczytałaś gdzieś, że resweratrol działa świetnie…

    …i zupełnie pominęłam fakt, że to jednak alkohol.

    Przy tych wszystkich lekach, które wtedy brałam.

    No właśnie.

    Wiecie co… aż mi trochę głupio, jak o tym myślę.

    Można więc mieć poczucie, że odżywia się zdrowo, a wcale nie robić tego zgodnie z tym, co rzeczywiście wspiera płodność.

    Można też jeść Maczka i myśleć, że jeszcze korzysta się z kredytu swojej młodości.

    I oba te podejścia są błędne.

    Więc… w sumie fajnie, że istnieje Akademia.

    Można też czasami pojechać do Maka.

    Można.

    Bo Kinder Bueno było tylko przykładem tego, że jest miejsce na normalność. Ta dieta naprawdę jest normalna. My tam nie wymyślamy żadnych kosmicznych rzeczy.

    Po prostu zwiększamy ilość wartościowych składników i odpowiednio je układamy.

    Dokładnie.

    I okazuje się, że kiedy cała reszta jest naprawdę dobrze zbilansowana, to taki jeden grzeszek nie robi wielkiego spustoszenia.

    Kinder Bueno.

    Czy wyjście do Maka.

    Czy spotkanie ze znajomymi.

    To naprawdę nie przekreśla całej pracy.

    Bardzo chciałybyśmy, żebyście uwierzyli w dietę płodności choć w połowie tak mocno jak my. Żebyście zobaczyli jej potencjał.

    Bo mnie bardzo otworzyło głowę właśnie wyobrażenie sobie tych procesów. Tego, że wszystko dzieje się we mnie.

    I spojrzenie na to jak na maraton.

    Pamiętasz? Kiedyś robiłyśmy webinar i pokazywałyśmy mikrośrodowisko jajnika.

    Tak.

    Był taki slajd ze sprzątaniem domu, do którego ma wprowadzić się nowe życie.

    I to bardzo zapadło dziewczynom w pamięć.

    Bo właśnie tak można o tym myśleć.

    Dieta wnosi do organizmu mnóstwo składników, które pomagają „sprzątać”.

    Mnóstwo antyoksydantów, które walczą z wolnymi rodnikami.

    Ale pamiętajcie też, że antyoksydanty się zużywają.

    To nie jest tak, że wypijecie jeden koktajl i on będzie sprzątał przez miesiąc.

    Trzeba wypić kolejny.

    Dobrze się wyspać.

    Mogę powiedzieć: rzucić papierosy?

    Możesz.

    Powiedziałam to kiedyś w telewizji i dalej będę to powtarzać.

    Rzućcie papierosy.

    Pomyślcie o ograniczeniu albo odstawieniu alkoholu. Idźcie na spacer. Na siłownię. Na pilates. Na aqua aerobik.

    Znajdźcie coś, co sprawia Wam przyjemność.

    Bo to wszystko są kolejne puzzle.

    A jeśli zaufacie nam i skorzystacie z naszych diet, to możecie być pewni jednego – odpicowałyśmy je najlepiej, jak potrafiłyśmy.

    Mało tego,  ugotowałyśmy je.

    Ja już skończyłam testowanie.

    Kolejna letnia edycja jest gotowa.

    Są przepyszne chłodniki.

    Dobrze, że w tym zespole jest ktoś odpowiedzialny, bo ja jeszcze nie ugotowałam wszystkiego.

    Jestem w trakcie.

    Ale to są przepisy, z których korzystamy od lat. To nie są przypadkowe dania.

    To nasze sprawdzone przepisy.

    Najbardziej dopracowane wersje posiłków.

    A teraz, jak o tym rozmawiamy, to jestem głodna.

    Ja też.

    Myślę o tym ekspresowym chłodniku.

    Mój teść powiedział o nim: „Jo, dobry”.

    A pamiętasz lava cake?

    Nawet Zosia, która nie cierpi jednego ze składników, była zachwycona.

    Siedziałyśmy wtedy na trawie w ogrodzie i jadłam to ciasto z takim poczuciem, że właśnie w takim miejscu chcę być.

    Że dieta płodności daje mi frajdę.

    A wiecie, że ja jestem wybredna.

    Na samo hasło „ciasto z kaszy gryczanej” już się śmiejemy.

    Ale teraz naprawdę te przepisy są pyszne.

    Przypomniało mi się jeszcze burrito.

    Nie wiem jeszcze, w którym tygodniu diety będzie.

    Ale robiłam je chyba pięć razy w ostatnim tygodniu.

    To jest po prostu burrito z mięsem.

    Robi się błyskawicznie.

    I kiedy mam ochotę na fast food, robię właśnie to.

    Bo jest przepyszne.

    A placuszki z cukinii i ricotty?

    Też.

    One zniknęły podczas nagrań tak szybko, że nie miałyśmy już czego dogrywać do rolek.

    Także naprawdę – te diety są po prostu dobre.

    Smaczne i jednocześnie dobrze skomponowane.

    I z tym chcemy Was zostawić.

    Dajcie tej diecie szansę.

    Naprawdę spróbujcie.

    Niewiele ryzykujecie.

    Najwyżej poświęcicie trochę czasu na gotowanie.

    Który i tak poświęcacie.

    A nasze diety dla zapracowanych właśnie po to powstały, żeby tego czasu było jak najmniej.

    Spróbujcie posprzątać swoje… Mikrośrodowiska.

    Dokładnie.

    Stworzyć tam taki mikroklimat, w którym będą mogły dojrzewać jak najlepszej jakości komórki.

    I w którym nowe życie będzie miało dobre warunki.

    My bardzo mocno trzymamy za Was kciuki.

    Kciuki.

    Kciuki!

    Nasza karta od angielskiego mówi, że tak pokazuje się zaciśnięte kciuki.

    A my robimy to po polsku.

    I po międzynarodowemu.

    Jesteście głęboko w naszych sercach.

    Ściskamy Was i życzymy Wam dobrego tygodnia, pełnego nowych wyzwań.

    Artykuł #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle pochodzi z serwisu Akademia płodności.
Więcej Zdrowie i Fitness podcastów
O Akademia Płodności
Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.
Strona internetowa podcastu

Słuchaj Akademia Płodności, Czas na długowieczność i wielu innych podcastów z całego świata dzięki aplikacji radio.pl

Uzyskaj bezpłatną aplikację radio.pl

  • Stacje i podcasty do zakładek
  • Strumieniuj przez Wi-Fi lub Bluetooth
  • Obsługuje Carplay & Android Auto
  • Jeszcze więcej funkcjonalności