PodcastyZdrowie i FitnessAkademia Płodności

Akademia Płodności

Akademia Płodności
Akademia Płodności
Najnowszy odcinek

103 odcinków

  • Akademia Płodności

    #103 Niepłodność zabrała mi więcej niż dziecko

    30.06.2026 | 24 min.
    To właśnie robi z człowiekiem niepłodność. Sprawia, że zaczynasz podważać nawet rzeczy, których normalnie byłabyś absolutnie pewna.

    Nagle przestajesz ufać sobie. Swoim decyzjom i temu co do tej pory było dla Ciebie oczywiste.

    Jedno przypadkowo usłyszane zdanie, jeden komentarz przeczytany w internecie czy jedna nieprzemyślana uwaga potrafią zostać z Tobą na lata. I nie dlatego, że są prawdą. Niepłodność odbiera Ci poczucie własnej wartości i powoli podkopuje zaufanie do samej siebie. Do tego stopnia, że nawet mając przed sobą fakty, wiedzę i doświadczenie, w najtrudniejszych chwilach potrafisz uwierzyć, że jedno zdanie kogoś innego jest ważniejsze niż wszystko, co wiesz o sobie.

    Zaczynasz zadawać sobie pytania, których wcześniej nigdy byś sobie nie zadała. „A może naprawdę nie jestem wystarczająca?”, „A może to moja wina?”, „A jeśli oni mają rację?”.

    Znajdziesz na również tutaj:

    Podcast VIDEO 

    SPOTIFY 

    Ania:

    Witamy w kolejnym odcinku! Dzisiaj w trochę innej formie, bo po raz pierwszy od bardzo dawna widzimy się również na wideo. Kiedyś już były takie próby – może są jeszcze osoby, które to pamiętają – ale minęło od tego naprawdę sporo czasu.

    Specjalnie dla Was przyjechałyśmy do Lublina, żeby nagrać ten odcinek w nowej przestrzeni i z nową energią. Jesteśmy bardzo ciekawe, czy taka forma przypadnie Wam do gustu. Czy jesteście już tak przyzwyczajeni do słuchania nas w słuchawkach, że zostaniecie przy audio, czy jednak ktoś będzie miał ochotę również nas zobaczyć.

    Koniecznie dajcie znać, bo od Waszych opinii będzie trochę zależało, czy zostaniemy przy tej formule.

    Dzisiaj porozmawiamy o tym, co potrafi zabrać niepłodność. A właściwie o tym, co zabrała nam.

    Bo po pewnym czasie obie doszłyśmy do wniosku, że odebrała nam znacznie więcej niż tylko możliwość posiadania dziecka.

    Zosia:

    Myślę, że na początku człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, jak wiele niepłodność potrafi zabrać.

    I mam wrażenie, że gdybym na początku starań usłyszała, że wchodzi ona z buciorami praktycznie w każdą sferę życia, to chyba nie byłabym gotowa tego przyjąć.

    Byłam tak skupiona na jednym celu – zajściu w ciążę – że wszystko inne schodziło na dalszy plan. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „Hej, zobacz, ile rzeczy powoli tracisz”, odpowiedziałabym: „To mnie teraz nie interesuje. Ja chcę po prostu zajść w ciążę”.

    Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, jak wiele wydarzyło się gdzieś obok.

    Zosia:

    Czyli tak naprawdę widziałaś tylko jedno – że niepłodność odbiera Ci dziecko, którego tak bardzo pragniesz.

    Ten cel był tak ogromny, że przesłonił wszystko inne.

    Ania:

    Dokładnie.

    Miałam poczucie, że ona tylko oddala mnie od mojego marzenia.

    A to, że po drodze zdążyła namieszać praktycznie we wszystkich obszarach mojego życia, dotarło do mnie dopiero później.

    Zosia:

    Ja miałam bardzo podobnie.

    Nie potrafię wskazać jednego momentu, w którym nagle zrozumiałam, że oprócz starań trzeba jeszcze próbować żyć.

    Ale pamiętam nasze określenie: „spalone zgliszcza niepłodności”.

    I wtedy przyszła mi taka refleksja. Cofnęłam się pamięcią do życia sprzed starań i uświadomiłam sobie, ile się wtedy działo.

    Spotkania ze znajomymi, podróże, spontaniczne wyjazdy, mnóstwo śmiechu. Wystarczyło otworzyć galerię w telefonie i jedno spojrzenie na zdjęcia z jednego miesiąca przypominało, jak intensywnie wtedy żyłam.

    A później patrzyłam na okres starań…

    Tam też dużo się działo, ale zupełnie inaczej.

    Były wizyty u lekarzy, kolejne badania, następne leki i suplementy, w których pokładało się nadzieję, że może właśnie ten cykl okaże się przełomowy.

    Całe życie zaczęło kręcić się wokół jednego celu.

    Zosia:

    Jakby ktoś po prostu nacisnął przycisk „pauza”.

    Ania:

    Dokładnie.

    I myślę, że dziewczyna, która dopiero zaczyna starania, może jeszcze tego nie dostrzegać.

    Ale kiedy jesteś w tym od dawna i czujesz, że dosłownie czołgasz się przez kolejne miesiące, zaczynasz zadawać sobie zupełnie inne pytania.

    Gdzie podziały się relacje?

    Kiedy ostatni raz byliśmy z mężem na weekendzie?

    Kiedy rozmawialiśmy o czymś innym niż wyniki badań albo kolejny cykl?

    Nagle okazuje się, że małżeństwo zaczyna przypominać zespół realizujący jeden projekt. A przecież obok jest jeszcze drugi człowiek ze swoimi emocjami, lękami i potrzebami.

    Ania:

    Ja doszłam do momentu, w którym czułam, że bardziej już się nie da.

    Byłam całkowicie przesiąknięta staraniami. Każda wolna chwila prowadziła mnie do tego samego miejsca – forów internetowych, artykułów, badań, historii innych kobiet. Cały czas szukałam czegoś, co mogłoby odmienić mój los.

    Miałam wrażenie, że odpoczywam tylko wtedy, kiedy śpię.

    A nawet to nie do końca, bo kiedy przebudzałam się w nocy, pierwsza myśl znowu dotyczyła starań.

    W pewnym momencie człowiek jest po prostu wyczerpany. Nie tylko psychicznie, ale też emocjonalnie. Czujesz, że nie masz już z czego dawać. Że dalej tego wózka po prostu nie uciągniesz.

    I wtedy zaczynasz szukać dla siebie choć odrobiny oddechu.

    Jedni dochodzą do tego po roku, inni po dwóch latach. Są też dziewczyny, które piszą do nas, że dopiero po pięciu latach poczuły, że muszą zawalczyć nie tylko o dziecko, ale też o siebie.

    Zosia:

    I właśnie tego nie da się wyreżyserować.

    Wszyscy mówią: „Odpuść”, „Jedź na wakacje”, „Wyluzuj”.

    Tylko jak?

    Przecież naprawdę próbujesz.

    Próbujesz wrócić do życia, złapać oddech, na chwilę wynurzyć się spod tej wody.

    Ale odpuszczenia nie da się odegrać. Ono przychodzi dopiero wtedy, kiedy człowiek naprawdę dochodzi do swojej granicy.

    I ja też pamiętam ten moment. Nawet kiedy budziłam się w nocy, moja głowa natychmiast wracała do starań.

    Zosia:

    Ja nawet miałam wyrzuty sumienia, kiedy czułam, że na chwilę odpuszczam. Bo od razu pojawiała się myśl: „A może właśnie teraz coś przeoczę? Może czegoś nie dopilnuję?”.

    To było bardzo męczące.

    Każdy miesiąc dawał nową nadzieję. A skoro każdy cykl mógł być tym przełomowym, to bałaś się odpuścić choćby na chwilę. Bo co, jeśli właśnie wtedy wydarzy się coś, co mogło zadecydować o wszystkim?

    Byłam już zmęczona, ale jednocześnie nie potrafiłam przestać. Ciągle z tyłu głowy miałam: „A może to właśnie ten cykl?”.

    Ania:

    To przypomniało mi jedną rzecz.

    Trochę odbiegniemy od tematu tego, co zabiera niepłodność, ale w sumie nadal jesteśmy bardzo blisko.

    Pamiętam, jak próbowałam oszukać własny organizm, że… odpuściłam.

    Wiem, że samo słowo „odpuść” jest dla wielu staraczek jak czerwona płachta na byka, ale naprawdę próbowałam. Myślałam sobie, że jeśli uda mi się wejść w taki stan większego spokoju i odpoczynku, to może właśnie wtedy się uda.

    Pamiętam taki „udawany” cykl przerwy.

    Wmawiałam sobie, że tym razem nie będzie presji. Że nie będziemy żyli od owulacji do owulacji. Że seks znowu stanie się po prostu seksem, a nie zadaniem do wykonania.

    Tylko że… nie dało się.

    Bo nawet jeśli próbujesz zrobić sobie przerwę, to w głowie cały czas masz myśl: „A jeśli właśnie ten jeden cykl okaże się tym właściwym?”.

    I dlatego uważam, że odpuszczenia nie da się wyreżyserować.

    Albo naprawdę jesteś już tak zmęczona, że ono przychodzi samo, albo tylko próbujesz je odegrać.

    Ja wiele razy próbowałam oszukać samą siebie.

    Mówiłam sobie: „Weź oddech”.

    Ale nawet kiedy przestałam korzystać z aplikacji do śledzenia cyklu, to i tak wystarczyło spojrzeć w kalendarz i od razu wiedziałam, który jest dzień.

    Zosia:

    Ja miałam dokładnie tak samo.

    Najbardziej chciałam… nie wiedzieć.

    Naprawdę marzyłam o tym, żeby obudzić się któregoś dnia i zastanawiać się: „Kurczę, kiedy ja właściwie mam dostać okres? A owulacja już była czy dopiero będzie?”.

    Ale to było niemożliwe.

    Ja znałam swój cykl praktycznie co do godziny.

    I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zaczynam zapominać, jak wygląda życie bez ciągłego liczenia dni.

    Bez myślenia, że zaraz będzie miesiączka.

    Że jesteśmy w połowie cyklu.

    Że za chwilę trzeba szykować się do owulacji.

    Ania:

    I jeszcze zadbać o to, żeby atmosfera w domu była odpowiednia.

    Bo przecież seks miał być przyjemny.

    A tak naprawdę najważniejsze było to… żeby w ogóle do niego doszło.

    Wystarczyło pokłócić się z mężem w okolicy owulacji i od razu pojawiało się poczucie: „Przegrałam ten cykl”.

    Więc chodziłaś na paluszkach.

    Robiłaś wszystko, żeby było miło.

    Nie zwracałaś uwagi na rzeczy, które normalnie by Cię zdenerwowały.

    Udawałaś, że wszystko jest w porządku, tylko po to, żeby nie wywołać kłótni.

    Zosia:

    Dokładnie.

    Ja czasami wręcz udawałam przed samą sobą.

    Coś mnie w środku strasznie irytowało, ale myślałam: „Nie teraz. Teraz nie mogę zrobić awantury”.

    Więc odstawiałam taki teatr.

    Przed mężem.

    Ale chyba jeszcze bardziej przed samą sobą.

    Ania:

    Czyli możemy powiedzieć, że niepłodność odbiera też relację między partnerami.

    Zosia:

    Zdecydowanie. Ale ja chyba poszłabym nawet o krok dalej.

    Bo mam wrażenie, że niepłodność zabrała kawałek mnie.

    Tę spontaniczną, prawdziwą Zosię.

    Kiedy jesteś w samym środku tego wszystkiego, nie zauważasz tego. Wydaje Ci się, że to tylko chwilowe. Że jeszcze moment, jeszcze jeden cykl, jeszcze trochę wytrzymasz.

    Zagryzasz zęby, wstrzymujesz oddech i mówisz sobie, że zaraz będzie po wszystkim.

    Dopiero z perspektywy czasu widzisz, ile to kosztowało.

    Ja akurat jestem wdzięczna za jedną rzecz.

    Niepłodność zweryfikowała część moich relacji.

    I dziś nie uważam tego za coś złego.

    Ale jednocześnie to ja sama zaczęłam zamykać się na ludzi.

    Przestałam mieć ochotę spotykać się ze znajomymi.

    Kiedy zastanawiałam się nad tym odcinkiem, doszłam do wniosku, że właśnie to było dla mnie największą stratą. Ten czas jest dla mnie jak czarna dziura. Naprawdę niewiele z niego pamiętam. Potrafię powiedzieć, że byłam we Wrocławiu. Ale nie dlatego, że pojechałam tam odpocząć. Pojechałam, bo przyjmowała tam lekarka, z którą chciałam się skonsultować.

    Tak wyglądały moje wyjazdy. Do lekarzy, na badania, leczenie.

    Nie na wakacje. W mojej głowie po prostu nie było już na to miejsca.

    A jeśli chodzi o relację z mężem…

    Nawet nie wiem, jak to nazwać.

    Powiedzieć, że ledwo się czołgała, to za mało.

    Ona była już tak przygnieciona tym wszystkim, że naprawdę trudno było nam się w tym odnaleźć.

    I co najważniejsze…

    Ja zobaczyłam to dopiero z perspektywy czasu.

    Ania:

    Ja pamiętam Was bardzo dobrze z tamtego okresu.

    Dla osób, które są z nami od niedawna — Akademię Płodności założyłyśmy wtedy, kiedy Zosia jeszcze starała się o dziecko, a ja byłam już po swojej wygranej walce z niepłodnością.

    I pamiętam, że kiedy się poznawałyśmy, mówiłaś, że właściwie jesteście już na etapie ratowania małżeństwa.

    Ja z boku naprawdę widziałam, jak dużo trudnych emocji było między Wami.

    Momentami czułam się wręcz niezręcznie podczas naszych spotkań.

    Nigdy nie jestem osobą, która wtrąca się w czyjeś życie albo je ocenia.

    Ale pamiętam, że wracałam po jednym z takich spotkań do domu i powiedziałam mężowi:

    „Tam jest naprawdę bardzo dużo mroku między nimi.”

    Ania:

    Pamiętam, że wracałam do domu i mówiłam mojemu mężowi:

    „Tam jest między nimi bardzo dużo mroku”.

    I to było coś, czego nie dało się nie zauważyć.

    Wy praktycznie nic do siebie nie mówiliście. Nie było żadnych kłótni ani wybuchów emocji. To po prostu wisiało w powietrzu.

    Wchodziło się do Waszego domu i czuło tę atmosferę.

    Była bardzo gęsta.

    Pamiętam, że było mi po prostu ogromnie przykro.

    Widziałam, jak bardzo oboje jesteście uwikłani w tę niepłodność. Z jednej strony prowadzisz Akademię, wspierasz dziewczyny, które starają się o dziecko, a z drugiej sama jesteś w samym środku tego wszystkiego.

    Naprawdę Wam wtedy współczułam.

    Zosia:

    I wiesz co? Warto powiedzieć jedną rzecz.

    W momencie, kiedy zaprosiłam Cię do swojego domu i poznałaś mojego męża, my byliśmy już naprawdę po ogromnym kryzysie.

    To był etap, kiedy zaczynaliśmy powoli wychodzić na prostą.

    A wcześniej…

    Był moment, kiedy mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach.

    Kiedy decyzja o rozwodzie była dosłownie o krok.

    Poszłam wtedy na terapię właściwie po to, żeby usłyszeć od terapeutki:

    „Tak. Możesz odejść.”

    Więc jeśli Ty czułaś taki ciężar już wtedy, kiedy przyszłaś do nas do domu, to nawet nie potrafię opisać, jak wyglądało to wcześniej.

    Ania:

    Wiem.

    I pamiętam, jak mówiłaś, że jesteście już po terapii.

    Pamiętam też ten garnek rosołu stojący w Twojej kuchni.

    Dla kogoś z zewnątrz to był po prostu rosół.

    A dla mnie był symbolem tego, jak bardzo próbowałaś posklejać Waszą codzienność.

    To nie było romantyczne: „Kochanie, ugotowałam nam rosół”, tylko mozolne wychodzenie z kryzysu.

    Takie codzienne wybieranie siebie na nowo.

    I myślę teraz o wszystkich dziewczynach, które nas słuchają i czują, że ich małżeństwo też jest na włosku.

    Może właśnie siedzi teraz po drugiej stronie ktoś, kto myśli:

    „To jest dokładnie o mnie.”

    Może masz wrażenie, że już nic nie czujesz do tego człowieka. Że wszystko się wypaliło.

    Ale po tych wszystkich latach rozmów z kobietami i obserwowania ich historii wiem jedno.Z takich kryzysów naprawdę można wyjść. Patrzę na Was i wiem, że jest w tym nadzieja. To nie wygląda tak, że nagle wraca wielka miłość i fajerwerki tylko  raczej powolne odradzanie się czegoś na zgliszczach.

    Krok po kroku.

    Zosia:

    I właśnie to jest kolejna rzecz, którą niepłodność mi zabrała.

    Coś znacznie większego niż samo dziecko. Pamiętam, że patrzyłam na mojego Dudka i myślałam:

    „To jest naprawdę świetny facet. Tylko ja chyba już go nie kocham.”

    Dopiero później, na terapii, zrozumiałam, że to wcale nie była prawda. To był sposób, w jaki próbowałam ochronić samą siebie. Najbardziej bałam się tego, że kiedyś zostawi mnie dla kobiety, która bez problemu urodzi mu dziecko.To był mój największy lęk.

    Więc podświadomie chciałam go uprzedzić. To ja chciałam odejść pierwsza.Żeby to była moja decyzja.A nie moment, w którym on kiedyś powie:

    „Odchodzę.”



    Pamiętam też, że myślałam wtedy:

    „On jest takim fajnym facetem.Jeszcze zdąży sobie ułożyć życie. Znajdzie kogoś, kto da mu to, czego ja nie potrafię.”

    A dzisiaj patrzę na tamtą Zosię i mam ochotę ją przytulić.

    Powiedzieć jej: „Dziewczyno… Ty też jesteś wartościowa.”Bo wtedy kompletnie w to nie wierzyłam. Czułam się malutka. Niewystarczająca.

    Jakby brakowało mi jakiegoś elementu, który sprawia, że jestem pełnowartościowym człowiekiem.



    Ania:

    I właśnie to robi niepłodność. Ona odbiera poczucie własnej wartości.

    Zosia:

    Totalnie. Poczucie kobiecości. Poczucie własnej wartości. Takie zwykłe przekonanie, że jesteś dla kogokolwiek wystarczająca. Masz wrażenie, że zawodzisz na każdej możliwej płaszczyźnie.Jako kobieta, żona, synowa. 

    Myślisz sobie:

    „Moja teściowa mogła mieć inną synową. Może już dawno miałaby wnuki.”

    Czujesz, jakbyś zawodziła wszystkich. A przecież jesteś tylko jednym człowiekiem.

    I kiedy jeszcze pojawiają się komentarze z zewnątrz…

    One nie spływają po Tobie, tylko utwierdzają Cię w tym, co i tak już o sobie myślisz.

    Że jesteś niewystarczająca i zawalasz. I to boli potwornie.

    Ania: 

    Pamiętam wpis jednej z dziewczyn na naszej społeczności.

    Napisała:

    „Jak Zosia może prowadzić Akademię Płodności, skoro sama nie potrafi zajść w ciążę? Co to za dietetyczka od płodności?”

    Zosia:

    Pamiętam, że próbowałaś mnie wtedy przed tym ochronić.

    W tamtym momencie pojawiła się tylko jedna myśl:

    „A jeśli ona ma rację?”

    Mimo że wcześniej widziałam już dziewczyny, którym odpowiednia dieta naprawdę pomogła zajść w ciążę. To wszystko przestało mieć znaczenie. Bo kiedy sama walczysz z niepłodnością, takie słowa trafiają milion razy mocniej, wtedy naprawdę czujesz się kompletnie rozwalona.

    I właśnie tak działają takie słowa.

    Na początku wydaje Ci się, że po Tobie spłynęły.

    Myślisz: „Dobra, nieważne”.

    Mijają godziny.

    Kładziesz się wieczorem do łóżka i nagle okazuje się, że ten komentarz cały czas siedzi Ci w głowie.

    Walczysz z płaczem.

    I to nie jest taki płacz, po którym robi się lżej.

    Wręcz przeciwnie. To zdanie wraca do Ciebie raz za razem. Wiecie, od tamtego wpisu minęło tyle lat. Dzisiaj jestem mamą trójki dzieci.

    Na co dzień układam diety oparte na badaniach naukowych. Widzę efekty pracy z kobietami, które zachodzą w ciążę. Mam przed oczami setki historii i dowodów na to, że to, co robimy, ma sens.

    A mimo to…

    W tych najgorszych momentach starań nadal potrafiłam wrócić myślami do tamtego komentarza i zadać sobie pytanie:

    „A jeśli ona miała rację?”

    „Może wszyscy dookoła mnie tylko mnie lubią. Może nie mają odwagi powiedzieć mi prawdy.”

    To właśnie robi z człowiekiem niepłodność.

    Sprawia, że zaczynasz podważać nawet rzeczy, których normalnie byłabyś absolutnie pewna.

    Zosia:

    Jesteśmy bardzo ciekawe, czy Wy też jesteście już w takim momencie swojej drogi, że potraficie zobaczyć, co niepłodność zabrała Wam poza samym dzieckiem.

    Może nadal jesteście w tym miejscu, w którym próbujecie po prostu dotrzeć do dna, żeby w końcu móc się od niego odbić i zaczerpnąć powietrza.

    Jeśli macie w sobie gotowość, zostawcie komentarz.

    Albo napiszcie do nas prywatną wiadomość.

    Po każdym podcaście dostajemy ich naprawdę bardzo dużo i każdą czytamy z ogromną uwagą.

    To właśnie dzięki nim wiemy, że te nasze rozmowy mają sens.

    Że nie są tylko rozmowami między nami.

    Że naprawdę trafiają do Was i czasami pomagają spojrzeć na własną historię z trochę innej perspektywy.

    Dziękujemy Wam, że byliście z nami do samego końca.

    Ania :

    Dziękujemy.



    Artykuł #103 Niepłodność zabrała mi więcej niż dziecko pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #102 Seks podczas starań. Psycholog seksuolog Anna Wietrzykowska

    19.06.2026 | 29 min.
    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności 

    Zapraszamy do wysłuchania podcastu. 

    Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. 



     Seks podczas starań o dziecko

    Ania:

    Dzień dobry, dzień dobry! Witamy w kolejnym podcaście. Dzisiaj gościmy Annę Wietrzykowską, znaną w internecie jako Psycholog Niepłodności.

    Aniu, żeby nic nam nie umknęło, poprosimy Cię, abyś przedstawiła się naszym słuchaczom i słuchaczkom.

    Anna:

    Dziękuję Wam bardzo za zaproszenie.

    Rzeczywiście tematyką niepłodności zajmuję się już od wielu lat. Można mnie spotkać w mediach społecznościowych, ale również w księgarniach, ponieważ jestem autorką książki Niewidzialni Rodzice.

    Tak jak Wy, od dłuższego czasu zajmuję się wspieraniem osób mierzących się z niepłodnością i nie ukrywam, że bardzo czekałam na tę rozmowę.

    Ania:

    Ania jest psycholożką, a także seksuolożką, dlatego również o tym aspekcie będziemy dziś rozmawiać. Tematem naszego odcinka jest seks podczas starań o dziecko.

    Zosia:

    Tak, to jest taki roboczy tytuł naszego odcinka.

    Przywitam się również, bo ja też tutaj jestem. Zazwyczaj chowam się gdzieś za mikrofonem, ale dziś odzywam się także do Was.

    Zastanawiałyśmy się wiele razy, jak podejść do tego tematu. Trochę opowiedziałyśmy Wam już o naszych własnych doświadczeniach, bo tym możemy się z Wami podzielić i jesteśmy gotowe mówić o tym otwarcie.

    Natomiast to wciąż są tylko historie Ani i Zosi.

    Z wiadomości, które od Was dostajemy, i z całej dekady zbierania doświadczeń związanych z niepłodnością wiemy, jak bardzo jest to bolesny temat w życiu wielu par. Wiemy też, że w bardzo wielu domach dzieje się dokładnie to samo i że wiele osób przeżywa podobne trudności.

    Dlatego bardzo się cieszymy, że jest dziś z nami specjalistka. Liczymy na to, że pomoże nam lepiej zrozumieć, skąd biorą się te emocje i mechanizmy.

    Mam więc pierwsze pytanie.

    Dlaczego seks podczas starań o dziecko tak często przestaje być czymś spontanicznym, przyjemnym i po prostu… fajnym?

    Anna:

    Zacznijmy od tego, że seksualność człowieka ma kilka wymiarów. Najczęściej mówi się o trzech.

    Pierwszy to wymiar prokreacyjny – ten, którym najczęściej zajmujemy się wtedy, kiedy myślimy o dziecku. Drugi to wymiar popędowy, czyli związany z realizacją potrzeb seksualnych. Trzeci natomiast to wymiar więziotwórczy – zaspokajanie potrzeby bliskości, czułości, poczucia bycia ważnym, kochanym i akceptowanym.

    Co ciekawe, ten wymiar prokreacyjny jest z nami najkrócej. Pojawia się tylko w określonym momencie życia – wtedy, kiedy chcemy zostać rodzicami.

    I właśnie w chwili, kiedy zaczynamy starania o dziecko, uaktywnia się cała gama skojarzeń związanych z zachodzeniem w ciążę. Pojawiają się historie zasłyszane w rodzinie, doświadczenia znajomych, przekonania wyniesione z domu czy ze szkoły.

    Nagle okazuje się, że seks nie jest już taki jak wcześniej. Pojawiają się nowe scenariusze i nowe oczekiwania dotyczące tego, jak powinno wyglądać poczęcie. Czy zajście w ciążę jest łatwe? Czy jest dostępne dla każdego? Czy wystarczy po prostu przestać się zabezpieczać?

    Moim zdaniem nasze pokolenie ma ogromne braki w edukacji seksualnej. Przez lata wielu z nas żyło w przekonaniu, że wystarczy odstawić antykoncepcję i ciąża pojawi się właściwie od razu.

    Tymczasem okazuje się, że niepłodność, poronienia czy różne problemy zdrowotne wpływające na płodność były obecne od zawsze, a dziś – w dobie chorób cywilizacyjnych – występują nawet częściej.

    Dlatego wiele osób przeżywa ogromne zaskoczenie. Uprawiają seks, a ciąży nadal nie ma.

    I właśnie wtedy, kiedy ten wymiar prokreacyjny zaczyna dominować, para konfrontuje się z własnymi przekonaniami dotyczącymi płodności. Zderza się z faktem, że zajście w ciążę nie zawsze jest proste, szybkie i oczywiste.

    Ania:

    To jest niesamowite, co mówisz.

    Ja naprawdę miałam takie poczucie, że istnieje po prostu jakiś „włącznik płodności”. Wcześniej całe życie słyszałam, że trzeba się zabezpieczać, bo można zajść w ciążę praktycznie od razu. W mojej głowie wystarczył jeden stosunek i właściwie było niemal pewne, że ciąża się pojawi.

    Anna:

    To jest właśnie dokładnie to przekonanie, o którym mówiłaś.

    Wiele osób wierzy, że wystarczy jeden stosunek – właściwie w dowolnym momencie cyklu – i ciąża jest niemal gwarantowana.

    Dlatego dla wielu par ogromnym zaskoczeniem jest sytuacja, kiedy owulacja występuje prawidłowo, parametry nasienia są dobre, a mimo to ciąży przez wiele miesięcy nie udaje się uzyskać.

    Ania:

    Nasunęło mi się teraz jeszcze jedno pytanie.

    Jeżeli mamy parę, która stara się o dziecko i jest już w tym trybie, o którym mówiłaś – kiedy seks staje się przede wszystkim prokreacyjny – to czy taki seks nadal może być przyjemny?

    Bo wiele par, które do nas piszą, i również nasze własne doświadczenia pokazują, że z czasem coś między partnerami zaczyna się zmieniać.

    Ten seks staje się coraz bardziej mechaniczny.

    Na początku jest jeszcze ta ekscytacja, że może właśnie za chwilę pojawi się ciąża. Jest bliskość, radość, nadzieja. To wszystko jest jeszcze przyjemne.

    Ale kiedy starania trwają miesiącami albo latami, seks bardzo często staje się czymś trudnym. Momentami wręcz bolesnym emocjonalnie.

    Anna:

    Myślę, że już samo określenie „seks podczas starań” brzmi bardzo zadaniowo. Jest w nim wpisany ten wymiar prokreacyjny – uprawiamy seks po coś, w konkretnym celu. Chcemy, żeby pojawiło się dziecko.

    Jednak seksualność składa się z trzech wymiarów. Jeżeli zadbamy również o dwa pozostałe – ten związany z bliskością i ten związany z przyjemnością – mamy szansę zrównoważyć konsekwencje seksu, który przez dłuższy czas pełni wyłącznie funkcję prokreacyjną.

    Tak często wygląda praca z parami w gabinecie seksuologicznym. Staramy się zmniejszyć skutki tego, że przez wiele miesięcy czy lat w sypialni dominuje wyłącznie seks „na dziecko”, a dwa pozostałe wymiary zostały zaniedbane. Chodzi o to, żeby znowu było w nim miejsce na przyjemność i bliskość.

    Zosia:

    Przypomniał mi się cytat, który kiedyś bardzo mocno ze mną zarezonował.

    „Kupowałam seksowną bieliznę i udawałam, że naszła mnie ochota na seks.”

    Dopiero teraz, kiedy opowiedziałaś o tych trzech wymiarach seksualności, rozumiem, dlaczego tak bardzo do mnie trafił.

    Patrzę na to z perspektywy czasu i widzę, że kompletnie zaniedbałam dwa pozostałe wymiary. Prokreacja stała się absolutnym centrum wszystkiego.

    Tylko z drugiej strony… zastanawiam się, czy ja w ogóle byłam wtedy w stanie to zrównoważyć.

    Oczywiście mogłam kupić seksowną bieliznę, mogłam próbować stworzyć odpowiedni nastrój, ale miałam poczucie, że trochę odgrywam rolę przed partnerem.

    A ja nie chciałam grać. Chciałam naprawdę to poczuć.

    Podczas niepłodności ona tak bardzo dominuje życie, że człowiek ma wrażenie, jakby całkowicie tracił sprawczość.

    Anna:

    I właśnie tutaj ogromną rolę odgrywa edukacja seksualna w dorosłym życiu.

    Warto wiedzieć, jak działają reakcje seksualne oraz jakie procesy zachodzą w nas zarówno fizjologicznie, jak i psychologicznie.

    Często wyobrażamy sobie pożądanie tak, jak pokazują je filmy – ktoś kogoś zobaczy, spojrzenia się spotykają i nagle obie osoby rzucają się sobie w ramiona.

    To jest tzw. pożądanie spontaniczne.

    Problem polega na tym, że ono najczęściej występuje na początku relacji. Później, w długoletnich związkach, pożądanie wygląda zupełnie inaczej.

    Najczęściej ma charakter responsywny, czyli pojawia się w odpowiedzi na bodźce.

    Nie czekamy, aż ochota pojawi się sama. My ją stopniowo budujemy.

    To może być właśnie założenie ładnej bielizny, zaplanowanie wspólnego wieczoru czy stworzenie przestrzeni tylko dla siebie.

    Można umawiać się na seks i to wcale nie odbiera mu wartości. Wręcz przeciwnie – dla wielu par to działa bardzo dobrze.

    Istnieje świetna książka Ona ma siłę, która właśnie o tym opowiada. Pokazuje, czym jest pożądanie responsywne i jak można je świadomie budować.

    Oczywiście w niepłodności jest to wyjątkowo trudne. Seks bardzo często zaczyna kojarzyć się z cierpieniem, rozpaczą, leczeniem i chorobą.

    Ale trudne nie znaczy niemożliwe.

    Dlatego wiele spotkań w gabinecie opiera się przede wszystkim na psychoedukacji. Wyjaśniamy parom te mechanizmy i bardzo często samo ich zrozumienie wystarcza, żeby coś zaczęło się zmieniać.

    Nie zawsze potrzebna jest wieloletnia terapia.

    Kiedy para rozumie, co się z nią dzieje, może świadomie zadbać o to, żeby czasem seks był rzeczywiście prokreacyjny, ale czasem po prostu służył bliskości.

    Już samo wprowadzenie tej różnorodności robi ogromną różnicę.

    Ania:

    No właśnie… Dziwnie się składało, że ochota na seks zawsze pojawiała się wtedy, kiedy były dni płodne.

    Zosia:

    Ja pamiętam moment, kiedy właściwie myślałam już tylko o seksie prokreacyjnym.

    Szkoda mi było każdej owulacji, która mogłaby się „zmarnować”.

    Jeżeli lekarz mówił, żeby współżyć dwa dni wcześniej albo po inseminacji, to wszystko podporządkowywaliśmy temu planowi.

    Szczerze mówiąc, w mojej głowie w ogóle nie było już miejsca na seks dla bliskości.

    Przy nieregularnych cyklach każde zbliżenie wydawało się potencjalnie „tym właściwym”.

    Może owulacja będzie za dwa dni. A może jutro. A może właśnie dziś.

    Nie potrafiłam odpuścić żadnej okazji.

    Każdy stosunek był „po coś”. Przed owulacją. Po owulacji. „Może jeszcze zwiększymy szansę”. „Może jeszcze więcej plemników zdąży dotrzeć do komórki jajowej”.

    Naprawdę trudno było wtedy myśleć o przyjemności.

    Pamiętam też, że tego nie dało się ukryć.

    Już od rana budowałam odpowiednią atmosferę. Myślałam: „Dobrze, nie pokłóćmy się dzisiaj. Nie powiem nic, co mogłoby go zdenerwować”.

    I nagle uświadamiam sobie, że seks prokreacyjny nie zaczynał się w sypialni.

    On zaczynał się wiele godzin wcześniej.

    Układałam cały dzień tak, żeby partner miał dobry nastrój. Żeby nie był zmęczony. Żeby miał ochotę. Żeby przypadkiem nie powiedział: „Nie dam dziś rady”.

    Wysyłałam miłe wiadomości, byłam wyjątkowo czuła… ale dziś wiem, że nie robiłam tego dlatego, że spontanicznie miałam na to ochotę.

    W mojej głowie trwał już plan.

    I to było niesamowicie obciążające.

    Dzisiaj, kiedy o tym myślę, chciałabym wierzyć, że mogło być choć trochę lżej.

    Ale gdy przypominam sobie siebie z tamtego czasu, wiem, że wtedy nie uwierzyłabym, że da się przeżywać to inaczej.

    Miałam poczucie, że to po prostu misja.

    Anna:

    To, co opowiadasz, przypomina chodzenie po bardzo kruchym lodzie.

    Każdy krok trzeba stawiać ostrożnie. Zastanawiać się: „Czy mogę to powiedzieć? Czy poruszyć ten temat? Czy rozmawiać o rachunkach? Czy lepiej nie psuć atmosfery?”.

    Myślę, że bardzo trudno jest przez wiele miesięcy czy lat funkcjonować w relacji, w której cały czas ma być tylko romantycznie i miło. Przecież życie każdego z nas niesie różne wyzwania i trudności.

    Słuchając Ciebie, mam jednak poczucie, że w pewnym momencie zabrakło rozmowy.

    Seks podczas starań o dziecko wciąż jest ogromnym tematem tabu. Specjaliści często o niego nie pytają, pacjenci sami o nim nie wspominają. Po obu stronach zapada cisza.

    Wielu moich pacjentów nigdy nie usłyszało informacji, że mogą o tym rozmawiać. Ale też sami nie wpadli na to, żeby zapytać, czy to, czego doświadczają, jest normalne.

    Często pojawia się przekonanie: „Może tak po prostu musi być”.

    Tymczasem to, co opisujesz, bardzo często jest konsekwencją choroby.

    Tak samo jak w chorobie onkologicznej zmienia się życie seksualne. Tak samo jak po traumie czy w przypadku niepełnosprawności.

    Niepłodność również jest chorobą i ma prawo wpływać na seksualność.

    Dlatego pacjenci mają pełne prawo szukać pomocy, mówić o tym i szukać rozwiązań.

    Wyobrażam sobie też, że kiedy Ty przez to przechodziłaś, takich treści w internecie było znacznie mniej.

    Zosia:

    W ogóle była cisza.

    Ania:

    Ja sobie teraz myślę, że wtedy sama psychoterapia dopiero przestawała być tematem tabu. Coraz więcej osób zaczynało mówić o tym otwarcie.

    Natomiast pójście do seksuologa?

    To było coś, o czym praktycznie się nie rozmawiało.

    I mam wrażenie, że dla wielu osób nadal tak jest.

    Przecież nawet badanie nasienia dla części mężczyzn jest ogromnym wyzwaniem.

    A co dopiero powiedzieć partnerowi: „Może pójdziemy do seksuologa?”.

    Przecież człowiek myśli: „Po co? Za chwilę i tak będziemy w ciąży”.

    Anna:

    I to jest właśnie jedna z pułapek niepłodności.

    To ciągłe odkładanie momentu, w którym prosimy o pomoc. Jeszcze jeden miesiąc, cykl, transfer. Pacjenci bardzo często trafiają do specjalistów dopiero wtedy, kiedy konsekwencje choroby są już mocno nasilone. Psychiczne, fizyczne i seksualne.

    A przecież – podobnie jak w medycynie – im wcześniej zauważymy problem, tym krótsza i łatwiejsza jest droga do jego rozwiązania.

    Zosia:

    Kiedy opowiadałaś o tym wszystkim, bardzo wiele rzeczy we mnie rezonowało.

    Ja też byłam świetnym strategiem.

    Ale przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl.

    Jest ta jedna Ania, która reżyseruje całe swoje życie.

    Dba o to największe marzenie, które być może spełni się już za chwilę. Bo może właśnie ten cykl okaże się tym szczęśliwym.

    Myśli sobie: „Jeszcze trochę. Potem już nie będę musiała udawać. Wszystko będzie dobrze”.

    Przecież każda z nas miała takie przekonanie, że kiedy pojawi się dziecko, wszystko stanie się idealne.

    Że już nigdy nie będzie narzekania, zostanie tylko szczęście.I wtedy pomyślałam sobie. Ty dbasz o spełnienie swojego marzenia.Dbasz o komfort męża, żeby miał dobry nastrój, żeby nie był zdenerwowany, żeby miał ochotę na seks, żeby nie powiedział: „Nie dam rady”.

    Ale…

    Kto w tym wszystkim dba o Anię?

    Mam poczucie, że taka kobieta płynie cały czas pod wodą.

    Wstrzymuje oddech. Liczy, że już za chwilę wynurzy się na powierzchnię i wreszcie będzie mogła zaczerpnąć powietrza. Tylko to „za chwilę” może nie nadejść.

    Ona cały czas wytrzymuje. Jeszcze trochę, jeden cykl. Jeszcze trochę tlenu jej wystarczy.

    Ale jest już na granicy swoich możliwości. I mam poczucie, że o tę Anię nikt się nie troszczy.

    Ona sama zaciska zęby i robi wszystko, żeby wszystkim wokół było dobrze. Dlatego chciałabym Cię zapytać… Co dzieje się z kobietą, która przez tak długi czas funkcjonuje w trybie ciągłej walki? Ale też z jej partnerem?

    Jakie mogą być konsekwencje życia w takim nieustannym napięciu?

    Anna:

    Tych konsekwencji może być naprawdę wiele.

    U jednej osoby mogą pojawić się epizody depresyjne, u innej zaburzenia lękowe, a u części pacjentów również zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne.

    Nie jest to zaskakujące.

    Osoby starające się o dziecko naprawdę mają o czym myśleć i bardzo wiele rzeczy próbują kontrolować.

    Z czasem jednak część z nich zaczyna tracić poczucie kontroli i właśnie wtedy mogą pojawić się objawy zaburzeń.

    Najczęściej obserwujemy jednak epizody depresyjne.

    To o tyle trudne, że bardzo łatwo je przeoczyć.

    Pacjent zaczyna wycofywać się z życia.

    Wycofuje się z relacji.

    Wycofuje się z różnych ról, które wcześniej pełnił.

    Coraz bardziej zamyka się w sobie.

    A kiedy to się dzieje, pojawiają się kolejne konsekwencje – także dla związku.

    Bo depresja nigdy nie dotyczy wyłącznie jednej osoby…

    Anna:

    Epizod depresyjny wpływa nie tylko na relację partnerską, ale również na stan zdrowia, pracę zawodową i wiele innych obszarów życia. Te konsekwencje zaczynają się stopniowo nawarstwiać. Im dłużej ktoś pozostaje w takim stanie, tym trudniej jest później z niego wyjść.

    Czasami otoczenie jest tak zaabsorbowane własnymi problemami, że tego po prostu nie zauważa. Nawet dwie osoby mieszkające pod jednym dachem mogą przestać się naprawdę widzieć.

    Kiedy pracuję z parami starającymi się o dziecko, bardzo często obserwuję, że on przeżywa wszystko po swojemu, a ona po swojemu. Z czasem te dwa światy zaczynają się od siebie oddalać.

    Dlatego tak ważne jest, aby trudności pojawiające się na etapie starań o dziecko zaopiekować właśnie wtedy, kiedy się pojawiają.

    Każde wyjście z niepłodności oznacza zmianę, a każda zmiana wymaga adaptacji i niesie kolejne wyzwania.

    Jeżeli para zachodzi w ciążę, pojawiają się nowe doświadczenia. Często sama ciąża jest mocno zmedykalizowana i również bywa źródłem stresu. Potem przychodzi rodzicielstwo, które także stawia przed parą nowe wyzwania.

    Są również pary, które wybierają inne drogi – adopcję, rodzicielstwo z wykorzystaniem dawstwa gamet, adopcję zarodka czy adopcję społeczną dziecka. Każda z tych dróg również wiąże się z własnymi wyzwaniami.

    Są też osoby, które podejmują decyzję o zamierzonej bezdzietności.

    Dlatego niezależnie od tego, jaki scenariusz przyniesie życie, odkładanie rozwiązania trudności na później może okazać się bardzo zgubne.

    Najczęściej obserwuję taki schemat: para doczekuje się dziecka, ale problemy, które pojawiły się wcześniej, nie znikają.

    W czasie ciąży często rezygnują ze współżycia. Później rodzi się dziecko, które naturalnie absorbuje ogromną część uwagi i energii. Mijają miesiące, czasem lata, a kiedy para chciałaby wrócić do życia seksualnego, okazuje się, że nie bardzo wie, jak to zrobić.

    Dlatego wszystkie trudności seksualne i relacyjne warto zaopiekować już na etapie starań o dziecko.

    Ania:

    Myślę, że niepłodność bardzo zawiesza człowieka. Ja sama byłam przekonana, że kiedy zajdę w ciążę, wszystkie moje problemy po prostu znikną.

    Że tam, po drugiej stronie, czeka już tylko moje dziecko i szczęśliwe życie.Nie myślałam o tym, żeby zadbać o siebie tu i teraz. Myślałam o sobie jako o osobie, która jeszcze trochę wytrzyma. Zagryzie zęby. A potem wszystko samo się ułoży.

    Nie zastanawiałam się nad tym, jakie mogą być konsekwencje nierozwiązanych problemów w przyszłości.

    Człowiek w trybie przetrwania nie myśli o tym, co będzie dalej. Myśli tylko o tym, żeby przestać cierpieć.

    Zosia:

    To prawda.

    Ale z drugiej strony myślę też, że wtedy do Twoich uszu nie mógł jeszcze dotrzeć taki podcast jak ten.

    Nie chcę też za bardzo upraszczać tego tematu ani udzielać uniwersalnych rad, bo po drugiej stronie są bardzo różne osoby. Każda z nich jest na innym etapie, z inną historią i innym zakończeniem tej drogi.

    Chciałabym jednak spróbować zostawić naszym słuchaczom coś praktycznego.

    Oprócz tego, że wszystkie trzy bardzo zachęcamy do tego, żeby nie zwlekać z wizytą u specjalisty.

    Bo – jak powiedziałaś – czasami nie potrzeba wieloletniej terapii. Czasem wystarczy kilka spotkań i zrozumienie mechanizmów, które właśnie się dzieją.

    Już sama świadomość pozwala inaczej sobie z tym radzić.

    Dlatego chciałabym Cię zapytać…

    Czy jest coś, co osoby słuchające tego podcastu mogłyby wdrożyć już dziś?

    Anna:

    Jak najbardziej.

    Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie istnieje jeden uniwersalny przepis dla wszystkich. Każda historia jest inna.

    Ale myślę, że warto zapamiętać jedną bardzo ważną rzecz. Niepłodność jest chorobą. A każda choroba somatyczna wpływa na wiele obszarów naszego funkcjonowania. Wpływa na seksualność, relacje, zdrowie psychiczne. To nie jest oznaka słabości ani porażki, tylko naturalna konsekwencja choroby. I właśnie dlatego warto szukać sposobów, żeby ten wpływ możliwie jak najbardziej ograniczać.

    Anna:

    Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto pamiętać.

    Nasz mózg bardzo lubi nowość i poczucie nowego początku. Czasami samo wprowadzenie czegoś nowego do życia seksualnego sprawia, że przestaje ono kojarzyć się wyłącznie z niepłodnością i leczeniem.

    Możemy próbować nowych rzeczy. Nowych pozycji, nowych sposobów okazywania bliskości czy nowych gadżetów.

    To wszystko może pomóc odbudować ten wymiar przyjemności, który podczas starań często schodzi na dalszy plan.

    Warto też pamiętać, że spadek libido bardzo często ma podłoże biologiczne.

    Wiele pacjentek przyjmuje leki hormonalne albo choruje na schorzenia, które wpływają na gospodarkę hormonalną. To wszystko może zmieniać reakcje seksualne.

    Dlatego nie warto obwiniać siebie.

    Nie myślmy: „Robię coś źle”, „Za mało się staram”. Spróbujmy być dla siebie bardziej wyrozumiali. Zamiast mówić sobie: „Zawaliłam”, warto pomyśleć: „To było wszystko, na co było mnie dziś stać”. Albo: „Dzisiaj się nie udało, ale jutro też jest dzień”. Bardzo często nasze myśli są pełne zniekształceń poznawczych.

    „Jestem do niczego.”

    „Nic się nie uda.”

    Jeżeli zaczynamy je zauważać, warto od razu próbować zastępować je bardziej życzliwymi i realistycznymi myślami.

    To naprawdę pomaga.

    Rozmawiajmy też z partnerem. Nazywajmy to, co się dzieje. To zupełnie normalne, że na pewnym etapie starań może po prostu nie być ochoty na seks.

    Pamiętajmy jednak, że w długoletnich relacjach znacznie częściej niż spontaniczne pożądanie pojawia się pożądanie responsywne.

    Nie musimy czekać, aż ochota pojawi się sama. Możemy stworzyć przestrzeń, w której będzie miała szansę się pojawić.

    Bardzo polecam obserwować The Gottman Institute. Publikują mnóstwo krótkich wskazówek opartych na badaniach naukowych.

    Jedną z nich jest tzw. sześciusekundowy pocałunek. Okazuje się, że pocałunek trwający dłużej niż sześć sekund może zwiększać poczucie bliskości i pomagać rozbudzać pożądanie.

    To bardzo prosty eksperyment. Spróbujcie dziś pocałować się przez sześć sekund i zobaczcie, co się wydarzy.

    To właśnie z takich drobnych gestów często zaczynają się większe zmiany.

    Zosia:

    Słuchając Ciebie, miałam momentami wrażenie, że odezwało się we mnie jeszcze trochę nieprzepracowanych emocji z tamtego czasu. Ale bardzo chciałabym, żeby ten odcinek trafił do osób, które właśnie teraz przechodzą przez podobne doświadczenia.

    Mam nadzieję, że zasieje w nich choć małe ziarenko.

    Takie, które pomoże zaopiekować się sobą, swoją relacją i partnerem.

    Po prostu… żeby żyło im się trochę lżej.

    Ania:

    Aniu, bardzo dziękujemy Ci za to spotkanie. Nie ukrywamy, że liczymy na kolejne rozmowy.

    Anna:

    Z ogromną przyjemnością.

    Zosia:

    W takim razie mamy nadzieję, że jeszcze nie raz usłyszymy się wspólnie w naszym podcaście.

    Dziękujemy Wam za dzisiejszy odsłuch.

    Ania:

    Dziękujemy, Aniu.

    Anna:

    Dziękuję za zaproszenie.

    Ania i Zosia:

    A Wam życzymy dobrego tygodnia. Do usłyszenia!

    Artykuł #102 Seks podczas starań. Psycholog seksuolog Anna Wietrzykowska pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny

    26.05.2026 | 25 min.
    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności 

    Zapraszamy do wysłuchania podcastu. 

    Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. 

    Ania: 

    Dzień dobry w kolejnym podcaście.

    Naszą gościnią w dzisiejszej rozmowie jest Anna Wietrzykowska, psycholog niepłodności. 

    Zosia: 

    Z Anią mieliście okazję usłyszeć się już wcześniej w naszych podcastach. Mamy nagrany też jeszcze jeden materiał, który opublikujemy prawdopodobnie po Dni Mamy. 

    Super Aniu gościć Cię tutaj dzisiaj. Dlatego że jesteśmy w takim dniu, który wiele z nas, staraczek, obrało sobie jako taki dzień, który jest pełen bólu, który jest bardzo ciężki, o którym marzą, żeby już móc go obchodzić ze swoimi dziećmi, na które tak bardzo czekają. I w sumie to może na początek powinnyśmy Cię zapytać, dlaczego tak to jest, że ten dzień jest taki trudny? 

    Anna Wietrzykowska:

    Myślę sobie o tym, że ten dzień mamy, to jest taki dzień, którym cały świat przypomina właśnie o tym doświadczeniu. I dla pacjentek, dla pacjentów, którzy są w trakcie leczenia niepłodności, którzy właśnie idą w kierunku swojego dziecka, ale jeszcze po drodze nie mają tego swojego dziecka, to ta celebracja tego macierzyństwa, rodzicielstwa jest bardzo trudna, bo to jest trochę takie cały czas przypominanie, gdzie ja jestem, a gdzie są inni.



    Niepłodność to jest ogólnie taka choroba, która bardzo odgradza od innych, od znajomych, od rodziny, która wprowadza pewną różnicę. I myślę sobie, że właśnie w takich sytuacjach świątecznych, tych szczególnych dni, to jest jeszcze bardziej takie oddalające od bliskich. Więc tu na wielu poziomach dochodzi do takich trudności.



    I tych relacji z najbliższymi, i też takich relacji tego, co się dzieje w nas, jak jesteśmy w trakcie leczenia, a jeszcze tego dziecka nie ma i nie wiadomo, czy ono będzie. 



    Ania:

    Dlaczego ten dzień mamy jest takim trochę deadline’em? Wyobrażamy sobie, to jest jeden z takich wielu deadline’ów podczas starań, gdzie na tej osi starań jest właśnie bardzo ważnym momentem, który pojawia się. I dlaczego tak jest? 

    Zosia:

    Ja jeszcze tutaj dodam tylko od siebie, że drugim chyba, który może stawać w konkury, bo nie wiem, czy jesteśmy w stanie to zestawić na równi, ale drugim takim bardzo ciężkim momentem to są święta, kiedy te starania są o wiele bardziej odczuwalne.

    No i wyobrażamy sobie bardzo często też, że dajemy ten wymarzony prezent na przykład z okazji urodzin męża i tam w tym pudełeczku będzie czekał ten test ciążowy w końcu z dwoma kreskami. I ten dzień mamy też jest taki deadline w naszych głowach. 



    Anna Wietrzykowska: 

    To zależy, jak bardzo my się też identyfikujemy z tymi wyobrażeniami, jak mocno w nim wchodzimy, czy my trochę uciekamy w ten świat fantazji i w nim zostajemy, czy my jakoś natarczywie, kompulsywnie na przykład wyobrażamy sobie, że to nas jakoś pominie, że będziemy tylko cierpieć.

    Właśnie jest bardzo ważne przeanalizować treść tych wizualizacji, ale też kontekst, kiedy one się pojawiają, jaką one rolę spełniają. Natomiast jeżeli to są takie wyobrażenia takie bardzo swobodne, po prostu występują przy okazji, na przykład zobaczymy w sklepie jakiś mały bucik i gdzieś tam nasze myśli podążą w tym kierunku, czyli spontanicznie w odpowiedzi na bodziec. Myślę, że to jest łagodne i takie bardzo ludzkie, bo przecież w tą stronę idziemy, w kierunku własnego dziecka.



    Ania: 

    Dobrze, Aniu, a powiedz nam proszę, czy te wizualizacje jest to coś, co może nam pomóc podczas starań, czy raczej staramy się unikać wyobrażania sobie siebie? 

    Anna Wietrzykowska: 

    Ja może dodam, że w medycynie z wizualizacji się korzysta u pacjentów np. onkologicznych, pacjentów przed zabiegami. Wizualizacja jest bardzo dobrym narzędziem, ale np. w psychoonkologii pracuje się z pacjentami w ten sposób, że np. niekoniecznie się bazuje na tym, żeby pacjent wyobrażał sobie, że wyzdrowiał, albo wyobrażał sobie, że to nie idzie w dobrym kierunku. Odrywa się od końca, czyli np. wizualizacja u pacjenta wtedy polega na tym, aby wyobraził sobie, jak gdzieś jest, w jakimś miejscu, jest ta stereotypowa plaża, albo jest w górach, albo znowu jest w jakimś takim miejscu ze swojej przyszłości, które jest dla niego ważne, ulubiony fotel, może jakiś las. Dlaczego to jest ważne? Wówczas układ nerwowy trochę przechodzi z tego trybu walcz lub uciekaj, który często się uruchamia w chorobie i tak samo się uruchamia, gdy my myślimy uporczywie, czy ja będę tą mamą, czy nie, bo to też jest stresogenne na zasadzie tak albo nie. U nas wtedy przechodzi z reakcji walcz lub uciekaj na takie bardzo neutralne funkcjonowanie, takie bezpieczne funkcjonowanie.

    I on się skupia na bodźcach, bo w tych wizualizacjach bardzo ważne jest wyobrażenie sobie bodźców. Co pacjent widzi, co pacjent słyszy, jaki zapach się unosi, czy np. zapach sosen, jak idzie przez tę ścieżkę leśną.

    I takie wizualizacje, które pomagają układowi nerwowemu odpocząć, one są medycznie bardzo wspomagające proces leczenia, więc zakładam, że takie wizualizacje, tak jak ty powiedziałaś może o tych stokrotkach, o kwiatach, które się kojarzą z majem i takie wejście trochę sensorycznie w ten obraz może być jakoś na plus.



    Zosia: 

    Ja jak słucham tak o tych wizualizacjach, to muszę wam powiedzieć, że jest mi, i zawsze było, z nimi tak trochę nie po drodze. Próbowałam je oswoić na pewnym etapie swojego życia, wiedząc, że mogą być jakimś tam narzędziem, które mnie zagrzeje do walki, zmobilizuje, da mi po prostu jakąś inną optykę taką, z której będę mogła skorzystać i wyciągnąć coś dla siebie. Ale tak serio, to albo po prostu nie wiedziałam, jak z nich korzystać i nie robiłam tego właściwie, albo one mi się wydawały takie trochę od czapy, oderwane od rzeczywistości trochę, bo w ogóle sam temat wizualizacji jako czegoś takiego, z czego można korzystać i postarać się przekuć na swoją, jakby wiecie, tę szalę na swoją stronę, pojawił się w moim życiu dawno, bardzo temu, naprawdę bardzo dawno temu, myślę, że to mogło być około 20 lat, może nawet.

    Jak spotykałam się, pamiętam, z takim chłopakiem, który miał bardzo fajną mamę i ja z tą jego mamą spędzałam naprawdę dużo czasu i rozmawiałyśmy sobie otwarcie na bardzo wiele różnych tematów i podczas jednej z takich dyskusji temat zszedł na to, że ona pokonała swój ogromny lęk przed jeżdżeniem samochodem, jeżdżeniem do Warszawy, więc do takiego, wiecie, ruchliwego, dużego miasta, skomplikowanego dość do poruszania się samochodem, szczególnie dla osoby, która ma jakieś opory w tym temacie. I pamiętam, jak ona powiedziała mi wtedy, że tak bardzo zależało jej na tym, żeby jeździć do tej pracy, bo dostała taką naprawdę spoko posadę. Prawie równie bardzo jej zależało na tej pracy, co równie bardzo się bała dojeżdżać do niej samochodem i że wtedy skądś dowiedziała się o takiej metodzie na wizualizację i że bardzo pomogło jej wyobrażanie sobie siebie w jakimś zarąbistym, wypasionym, czerwonym cabrio, w którym właśnie podjeżdża do tej pracy i trochę tak jakby dzięki tej pracy go ma i że, wiecie, że to była taka wizja, która jak się bała, to sobie siebie wyobrażała w tej furze i jakoś tak bardziej się mobilizowała do tego, żeby próbować jej zaciskać zęby i kolejny raz mimo swoich lęków to przezwyciężać.

    I to wtedy zabrzmiało sensownie, chociaż pamiętam, że jak ja próbowałam jakkolwiek z tego skorzystać, to było mi ciężko. I powiem wam, bo chcę wam powiedzieć tę anegdotę w takim kontekście, jeśli nie czujecie się z tym bardzo po drodze, to to chyba też jest okej. Zaraz, Aniu, mam nadzieję, że nam więcej powiesz trochę o tych narzędziach do wizualizacji i może o tym, jak z tego korzystać. Ale chcę wam powiedzieć o tym, że jedyną taką myślą, która naprawdę zagrzywała mnie do walki, to była właśnie podczas starań. Dlatego że ja nie wiem, dlaczego mi się to tak utarło w głowie, natomiast bardzo, ale to bardzo marzyłam o tym, żeby kiedyś to moje jeszcze nieistniejące dziecko przyniosło mi w swoich łapkach taki niedbale zerwany bukiet stokrotek. 

    Taki wiecie, jak to wyobrażałam sobie, że małe dzieci zrywają, czyli jedna to sama główka stokrotki i druga to jakaś łodyga ze źdźbłem trawy, może jakiś kawałek mlecza czy koniczyny i po prostu te łapki, które niosą taki niedbały bukiet stokrotek, wydawały mi się takim moim prywatnym po prostu szczytem Mount Everestu, na który wciąż się wspinałam i wiedziałam, że jeśli tam na górze, na szczycie czeka ta nagroda, to po prostu warto mimo wszelkich przeciwności, które będą gdzieś, jak te kłody pod nogami narzeć i dzielę się z wami tym przemyśleniem, tą anegdotą, dlatego że nie zawsze łatwo w te wizualizacje, tak mi się wydaje, że to nie musi być takie easy game, żeby z tego korzystać.



    Ania: 

    Ja się postawię trochę, stanę się tą Anią, którą byłam powiedzmy w okolicy połowy starań, kiedy musiałabym dojrzeć do tego, co tutaj zostało powiedziane i ja w ogóle nie szukałam żadnych metod pomocy sobie, wręcz przeciwnie, czułam całą sobą, że ja ten stres łyknę, łyknę tą gonitwę, przecież zaraz będę w ciąży, zaraz to minie. Trochę mi się to wydaje takie nieprawdopodobne, nie dla mnie, wręcz czuję taką złość na to, na to, co słyszę, na to, że mam sobie coś wyobrażać. Wiecie, nie wierzę, tamta Ania w to nie wierzy. 

    Anna Wietrzykowska: 

    Ono cały czas zostawia ciebie w stresie, bo zobaczcie, czy to dziecko będzie, czy nie będzie, pacjent idzie dalej w kierunku, jednak będzie wyzwanie, bo nawet jeśli ciąża się pojawi po leczeniu płodności, to to jest ciąża zmedykalizowana, monitorowana, ciąża na polu minowym, więc ta wizualizacja też momentu zajścia w ciążę, bycia w ciąży dla wielu pacjentów nie jest końcem stresu, tylko po prostu przejściem na inny temat.

    Ania: 

    Ja tak bardzo mam gdzieś ten układ nerwowy, tak bardzo nie zdaję sobie sprawy, że to może mi w czymś pomóc, ja jestem tylko skupiona na tym, że jaka relaksacja?! Ja po prostu w to nie wierzę, ja nie chcę, ja chcę być, ja chcę zakończyć ten etap, ja chcę dojść do tej mety, mimo, że plączą mi się nogi i słyszę właśnie takie wizualizacje, wydaje mi się to takie dość frywolne może, tak, myślę, że tak. 

    Anna Wietrzykowska: 

    Myślę, że to jest naturalne, że jednak te myśli się pojawiają, bo jesteśmy tylko ludźmi i jednak w sytuacji niepłodności to jest co miesiąc trochę takie stawianie drugiej osoby na ostrzu noża, bo albo będzie, albo nie będzie i niepłodność jest taka kategoryczna, albo będzie miesiączka, albo będzie ciąża, zazwyczaj w tym kierunku. Więc to jest naturalne, że te myśli będą, kwestia jest taka ile ich jest i co my z nimi robimy.

    I to jest też naturalne nie bombardować ich cały czas, tak, bo to też nie jest możliwe, żebyśmy cały czas byli w takiej wizualizacji, cały czas byli takim zen i cały czas byli w takim rodzaju takiego calm down. No nie da się. Ale wtedy, kiedy możemy, to możemy sięgać po takie metody, na przykład profilaktycznie, raz dziennie, dwa razy dziennie.

    Czasami z pacjentami pracuję w ten sposób, że przed rozpoczęciem pracy albo robią przerwę w pracy, na trzy minuty sobie właśnie puszczają jakiś ulubiony utwór z YouTube’a, siadają głęboko w fotelu, oddychają i sobie wizualizują tak zwane bezpieczne miejsca. To jest takie ćwiczenie z terapii traumy, ale można je też zapożyczyć na użytek różnych innych sytuacji i tematów z życia ludzkiego. I takie trzy minuty w tym bezpiecznym miejscu też robią dobrą robotę dla układu nerwowego, bo pomagają mu troszeczkę właśnie wyjść z tej reakcji stresowej i poczuć się bezpiecznie.

    Myślę, że wizualizacja, relaksacja to są te jedne z metod, ale nie jedyne. Tych metod jest kilka. Myślę, że znajdzie się i można dobrać do siebie, do swojej osobowości, do swojego temperamentu i takiego napędu życiowego.

    Natomiast wyobrażam też sobie, że niepłodność jest tak długoletnią chorobą u większości pacjentów, że są momenty takie jak mówisz, Ania. Są momenty: ja mam totalnie to gdzieś. Ja to rozumiem z perspektywy psychologicznej, bo są takie momenty i mają prawo być up and down. Więc są momenty, gdzie to może być niedostępne dla danej osoby z różnych przyczyn.

    Bo np. otrzymała właśnie taki wynik, że zmiótł ją, bo długo np. dana osoba próbowała coś naprawić w swoim zdrowiu, a okazuje się, że dalej te wyniki badań wskazują na to samo.

    Więc są takie momenty dużego zniechęcenia, takiej małej mobilizacji i takie, gdzie jesteśmy na nie. Są też momenty inne i owa te momenty są ważne. Ale każdy wymaga innych interwencji, innego zadbania o siebie.

    Czasami trzeba poprzyjmować te emocje, pobyć z nimi, poprzetrawiać je, aby móc iść dalej. 



    Zosia: 

    Kurczę, no bo wiecie nad czym się zastanawiam. Zastanawiam się nad tym, że ten podcast, z tym podcastem w ten Dzień Mamy akurat dzisiejszy jesteśmy w stanie trafić w bardzo różny moment w waszych życiach.

    I może to być ten moment, w którym właśnie jesteście u szczytu mobilizacji i wiecie, że następny Dzień Mamy będzie wasz, albo właśnie potrafiłyście oswoić wizualizację i jesteście jakoś tak okej z nimi, albo trafiamy na ten moment, kiedy totalnie w to wątpicie, kiedy macie kryzys w związku, kiedy macie pierwszy dzień okresu, kiedy nie wyszło kolejne podejście do in vitro, kiedy nie wiem, nie idzie wam po drodze z procedurami adopcyjnymi. To może być mnóstwo różnych punktów na drodze i różnych momentów w życiu. I nie wiem jak w sumie, mam Cię o to zapytać Aniu, ale chciałabym, żebyśmy jakoś wspólnie postarały się poszukać jakiegoś uniwersalnego narzędzia.

    Czy jesteśmy w stanie udzielić jakiejś uniwersalnej rady, która: dobijając do brzegu pomoże nam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy w stanie zrobić cokolwiek w ten Dzień Mamy, żeby nie cierpieć tak bardzo? 



    Anna Wietrzykowska:

    Duże pytanie i zastanawiam się nad odpowiedzią. Zachęcam do tego, żeby samemu sobie wewnętrznie też zadać na siebie pytanie. Jak w tym roku, w tym momencie chciałabym, chciałabym w tym dniu funkcjonować? Co chciałabym robić? Co chciałabym robić? Czy mam możliwość iść do pracy? Czy chcę iść do pracy? Czy mam możliwość nie iść do pracy? Czy mam jeszcze jakąś inną możliwość? I w zależności od tego, co się pojawi, tak zareagować na tę rzeczywistość, aby też sobie ułatwić to funkcjonowanie.

    Może jest tak, że na przykład tego dnia w biurze jest takie bardzo huczne wydarzenie. Dużo tych mam jest teraz zemocjonowanych, bo wiadomo, to są ważne dni dla nich? Są wydarzenia w szkołach, gdzie te mamy się cieszą, ale z drugiej strony są też osoby, pacjenci, którzy czekają na swoje dzieci i pewnie u nich emocji też jest dużo. I w zależności od tego, jak my potrzebujemy w tym dniu być w relacjach, też można to jakoś uwzględnić,, bo mamy też różne poziomy bycia w relacjach. Z niektórymi jestem bliżej, z niektórymi jestem dalej.

    Jednym mamy większą otwartość powiedzieć o swoich potrzebach, innym nie, ale jeśli my nie zadbamy o swoje granice i swoje relacje, to jest mała szansa, że ktoś zrobi to za nas. Zachęcałabym do tego, aby nazwać te potrzeby, zobaczyć, czego do tego dnia potrzebujemy i w jaki sposób na to uwzględnić. 



    Ania:

     Ja się zastanawiam, dlaczego Dzień Mamy jest jednym z takich dni, kiedy obserwujemy staraczki, kobiety, które z nami się kontaktują. Nawet często pada w wiadomościach, że może to będzie ten Dzień Mamy, że może w tym roku ten maj będzie naszym majem. Dlaczego akurat ten dzień, ten jeden dzień w roku boli tak bardzo? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego on jest taki, że wręcz kobiety, które starają się dziecko wyczekują, one wiedzą, że on się zbliża, one wiedzą, że zaraz to się stanie. Dlaczego tak się dzieje? 

    Anna Wietrzykowska:

    Bo tutaj mamy do czynienia ze stratami w liczbie mnogiej.

    To nie jest strata tylko dziecka, bo tego dziecka nie ma w tym momencie, w którym jesteśmy na to gotowi. To jest strata też kawałka tożsamości, bo na przykład identyfikujemy się już z mamą, z taką rolą mamy, a jeszcze nią nie jesteśmy. To jest strata też właśnie w relacjach społecznych, strata wejścia spokojnie w przyszłość, bo do tej pory być może życie było dla nas bardziej przewidywalne.

    Kończyliśmy studia, wychodziliśmy za mąż, budowaliśmy domy i nagle pojawia się temat, w którym nasze wpływy są ograniczone, gdzie my nie wiemy z tego punktu, gdzie jesteśmy, jak to się zakończy. Więc to wchodzenie w niepewną przyszłość też jest stratą, stratą czegoś bardzo podstawowego, poczucia bezpieczeństwa w życiu, bo nie wiemy, jak to życie będzie wyglądało, co się w nim wydarzy.

    Tu mamy trochę takie doświadczenie strat na wielu poziomach, w związku z tym to jest trudne. Tu nie chodzi tylko o dziecko i nie chodzi tylko o mamę. Tu chodzi o coś więcej.

    Trochę taka metafora  grypy. W grypie też się różnie czujemy. Czasem mamy siłę i możliwość pójścia do pracy i funkcjonowania, a czasem nie mamy.

    I warto uwzględnić to nasze funkcjonowanie psychiczne też bardzo poważnie, tak jak uwzględniamy fizyczne. Bo mam wrażenie, że kiedy fizycznie mamy dolegliwości, to się robi takie poważne, idziemy do lekarza, w jakiś sposób dbamy o tą rzeczywistość, no bo nie możemy, bo kicham, bo mam rozwolnienie, bo pojawia się objaw z ciała. Natomiast objawy z tej sfery psychogennej, one też są ważne i one też mogą i często wpływają na nasze funkcjonowanie.

    I w zależności od tego, jak w tym danym momencie, w tym danym roku czujemy się, jeżeli chodzi o dzień mamy, tak warto to uwzględnić, że w tym roku mam siłę na to. Nie nakładać na siebie takich oczekiwań, że jak w zeszłym roku byłem w pracy, czy zrobiłem to i tamto, to w tym roku też musi tak być. 

    W chorobie nic nie musi, bo w chorobie człowiek jest bardzo ruchomy, jeżeli chodzi o swoją kondycję psychiczną. Więc trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ok, to będzie wtorek w tym roku, jakie w związku z tym będę funkcjonować? Na co mam siłę i możliwości, a na co nie mam siły? Jak mogę o siebie zadbać na ten dzień? I tak jak dbamy o siebie w chorobie, Spowolniamy, chowamy się pod kocyk, opiekujemy się sobą na różne sposoby, tak zaopiekujmy się sobą, jeśli chodzi o tę sferę właśnie psychogenną.

    Zosia:

    Myślę, że to będzie tylko spoko pomysłem dla części z nas, ale skoro u jednej z Was w wiadomościach się to pojawiło, to może znajdzie jakąś bliźniaczą duszę i będzie mogła się odbić jak w lustereczku w niej i znaleźć jakieś ukojenie. Więc powiem Wam o tym, co napisała Wam nam w sumie, ale teraz się z Wami tym podzielę. Jedna z Was, bo na Instagramie dostałyśmy kiedyś taką wiadomość w okolicy Dnia Mamy albo w sam Dzień Mamy, kiedy właśnie dzieliłyśmy się tym takim trudnym raczej przeżywaniem i pozwalałyśmy Wam na to, żeby ten dzień po prostu pozwolić sobie na przeżywanie trudnych emocji, które są ciężkie.

    Jedna z Was napisała taką wiadomość, że ona rzeczywiście była w takim miejscu, w którym ten Dzień Mamy powodował w niej wiele bólu i takiego jakby rozdrapywania ran, które przypominały o tym, że ciągle tą mamą nie jest i że to jest kolejny Dzień Mamy, w którym ona tylko marzy o tym, żeby tą mamą zostać. A potem uświadomiła sobie i przypomniała sobie, że ona ma na świecie swojego człowieka, tego, który właśnie sprowadził ją na ten świat, czyli swoją własną mamę. I to był chyba drugi ich Dzień Mamy taki wspólny, który celebrowały bardzo razem i dała nam taką perspektywę swoją, którą może warto poszerzyć, że jeśli macie na świecie wokół siebie swoje mamy, to może w ten dzień przelać po prostu tą swoją uwagę, może nie całą, ale chociaż część z niej na mamy Wasze i z nimi zrobić coś fajnego, spędzić czas.

    To tak dzielę się, żeby może gdzieś ta myśl z Wami została i wykiełkowała w tych serduszkach, w których będzie miała grunt do tego, żeby wykiełkować.

    Anna Wietrzykowska:

    Jeśli w danej sytuacji uwzględniamy, że jest to dla nas w tym momencie potrzebne i ważne i mamy taką możliwość, jak najbardziej tak. Ja też nawiążę np. do sytuacji pacjentek po stratach. Mając straty na różnym etapie ciąży, mają też pytanie, co zrobić w tym dniu porodu, który gdzieś został w kalendarzu. Bo mają go w swoim sercu i też przed oczami.

    I często właśnie ten dzień porodu też planujemy np. w terapii. Jako się zachować tego dnia, co zrobić, czego nie robić, na co jest gotowość, bo to też jest taki dzień podobny jak Dzień Mamy wyjątkowy, taki inny niż reszta dni.

    Więc może na bazie tego doświadczenia, takiego planowania, właśnie jak robię  z pacjentkami po stracie, które oczekują właśnie na ten dzień porodu, ale już wiedzą, że są po stracie i tego dnia porodu nie będzie, to można tak samo zareagować właśnie na ten Dzień Mamy. Jakoś go zaplanować, zobaczyć, sprawdzić, czy byłoby możliwe, co nie.

    Może np. można wziąć pracę zdalną, jeśli jest taka możliwość w danym momencie. Albo może jest taki dzień, w który chcemy wyjść, chcemy uczestniczyć, bo mamy takie doświadczenie, że do tej pory zawsze braliśmy wolne albo akurat wypadało w weekend i nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji w pracy. Może być różnie i myślę, że każdy może mieć inaczej w tym roku, tego dnia.



    Zosia:

    Aniu, dziękujemy ci bardzo za to, że zechciałaś przyjąć zaproszenie do naszego podcastu i dziękujemy, że padło tutaj tyle wartościowych słów, które mamy nadzieję, że ukoją ten niewątpliwie trudny dzień nadchodzący. Bądź może odsłuchujecie ten podcast w Dniu Matki. Wiemy, że on może być dla was trudny.

    Anna Wietrzykowska:

    W zeszłym roku też w Skandynawii, chyba w Norwegii, była premiera takiego filmu Mam in Me i to był film o niezamierzonej bezdzietności, w którym bohaterkami były kobiety, które właśnie zakończyły proces starania dziecko i nie są mamami dziś. I akurat ten film miał premierę w Dzień Mamy, tylko ten taki ogólnoświatowy Dzień Mamy, czyli maj, ale nie pamiętam, który dzień, chyba 11. I ta premiera właśnie specjalnie była wyznaczona też w ten dzień dla kobiet, dla osób, których temat niepłodności dotyczy, ale już po tej drugiej stronie niezamierzonej bezdzietności.

    I to też może być jakoś ważne, żeby pamiętać, że obecnie jest dużo takich społeczności, które odpowiadają na potrzeby. I osób, które dzisiaj wiedzą, że tymi mamami nie będą. I osób, które jeszcze są w takim korytarzu trochę do tego macierzyństwa, nie wiedzą, z którą stronę je zaprowadzi.

    I osób, które tymi mamami już są.

    Zosia:

    To chciałam powiedzieć, że wiemy i staramy się bardzo przelać od nas to takie wsparcie i tę taką miłość. I wiemy, że to jest jeden z trudniejszych dni w roku dla Was.

    I poczujcie to, że jesteśmy z Wami. Życzymy wam bardzo tego, żeby kiedyś te małe rączki wam poderwały taki bukiet stokrotek i wierzymy w to, że to będzie już następny Dzień Mamy.

    Dzisiaj szczególnie dbajcie o siebie, ale pamiętajcie o tym, żeby dbać o siebie zawsze.



    ___________________________________________________

    Podczas nagrania tego podcastu napotkałyśmy wiele problemów technicznych, z którymi dzielnie starałyśmy się uporać. Jeśli podczas odsłuchiwania je zauważycie to wybaczcie nam je prosimy. Przyświecał nam cel, by opublikować tę rozmowę terminowo w Dzień Mamy, w który wiele z Was będzie potrzebować otuchy i chociaż takiego wirtualnego utulenia. Mamy nadzieję, że niedogodności techniczne nam tego nie popsują. Ściskamy Was najmocniej, szczególnie dziś.



    Artykuł #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny

    24.09.2025 | 1 godz. 15 min.
    Podążanie za marzeniami czasem brutalnie kładzie na kolana. W mozolnym trudzie podnoszenia się z nich, w obawie przed kolejnym upadkiem szukacie filarów, o które możecie oprzeć swoje nadzieje. W poszukiwaniu drogi do macierzyństwa chcecie zbudować most do źródła, w którym płynie rozpoczęta już wcześniej historia. Historia, która także szuka oparcia dla swoich nadziei na przyszłość.



    Jak połączyć dwa światy, które tak bardzo potrzebują siebie wzajemnie?

    Czy można ugasić pragnienie macierzyństwa i rodzicielstwa, pijąc ze źródła adopcji? 

    Czy podążanie za swoimi marzeniami może być samolubne, szlachetne i altruistyczne jednocześnie?



    Zapraszamy do wysłuchania podcastu. 

    Plan odcinka

    Nasza droga do płodnej nadziei

    Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe? 

    Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami

    Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan?



    Zosia.: Hejka. Dzisiaj wyjątkowo słyszycie tylko mój głos, bo Aniusia zaniemogła i jest troszkę chora, a umówiłyśmy się dzisiaj na nagrywki z wyjątkową osobą, dlatego bardzo nie chciałyśmy ich przekładać.



     Przed chwilą skończyłam nagrywać podcast z Pauliną… teraz, jak to mówię, to się uśmiecham:) (możecie to usłyszeć), ale przed chwilą byłam nieźle spłakana i chciałabym Was na to przygotować, że ten podcast, który nagrałyśmy jest tak bardzo prawdziwy, jest tak bardzo ludzki.



     Paulina jest mamą adopcyjną i o tym właściwie była ta rozmowa, ale jak zdecydujecie się jej zaraz przesłuchać, to usłyszycie, że była również o wielu innych bardzo pobocznych tematach.



    Nagrywam ten wstęp, bo cała nasza rozmowa… w tej całej naszej rozmowie byłam tylko tłem i bardzo nie chciałam się wcinać Paulinie w jej historię, bo Ona po prostu płynęłam z tym tematem. Ona sama była reżyserką tego podcastu – właściwie można tak powiedzieć. I, mimo że wcześniej z Anią przygotowałyśmy bardzo wiele pytań, zostawiłyśmy Wam nawet na Instagramie okienko do ich zdania, to Paulina większość z nich zamknęła w swoim (można powiedzieć) monologu. Więc zrobiła to w swoim tempie, na swoich zasadach, dokładnie tak, jak chciała, do tego stopnia, że muszę Wam dograć ten wstęp, bo po prostu, jak się połączyłyśmy to, zaczęło się flow i zaczęła płynąć i nie miałam nawet serca, żeby jej przerywać. I po to ten wstęp, żeby zaprosić Was do niesamowitej rozmowy i do wspaniałego świata rodziców adopcyjnych, którego głosem dzisiaj – takim frontmanem – była właśnie Paulina, która jest mamą w tym całym zgranym teamie (zespole). 

    Bardzo, bardzo serdecznie zapraszam Was do świata Tej Rodziny i tej drogi do rodzicielstwa, do macierzyństwa, a Paulinie… Paulinko Tobie, (co mówiłam już przed chwilą) jestem Ci szalenie wdzięczna i tak bardzo z Ciebie dumna, za to, że dałaś radę i zechciałaś, i przelałaś tyle Waszej historii do świata Internetu, i do tego, żeby stał się teraz takim publicznym głosem.

    Wierzę w to, że zbierze to przeogromne plony. 



    Zapraszam Was bardzo do rozmowy z Pauliną.



    Cześć. Tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności.

    Miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.



    Nasza droga do płodnej nadziei



    Zosia: No dobrze. To zaczynamy Misiaku dobra?

    Paulina: Dobra. Więc zaczęłam sobie takim pięknym cytatem, że “piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc… Wow! Szybko się zaczyna…

    Z.: Spokojnie, na luziku…

    P.: W sensie… to będzie emocjonujące, bo… to może inaczej….

    Każdy ma plan na swoje życie. Prawda? Więc jak (my) bardzo szybko wzięliśmy ślub, bardzo… W sensie, byliśmy młodziakami i wszyscy wtedy zakładali, że jestem w ciąży, bo kto bierze ślub w wieku 23 lat. 

    Nie byłam w niej (w ciąży)… 

    Nie byłam w niej tak naprawdę nigdy. 

    Plan zakładał bliźniaki i od początku twierdziliśmy, że na pewno kiedyś adoptujemy dziecko. Więc w sumie, w planie początkowym ta adopcja była właściwie naturalna i oczywista. Ten plan legł w gruzach po, tak naprawdę myślę, że takich bitych ośmiu latach takiej walki. Takiego odbijania się od lekarzy. Takiego szukania pomocy właściwie wszędzie.

    No i tak trafiłam na Akademię Płodności.

    Więc Akademia Płodności również była jedną z części naszej walki, bo chyba mogę nazwać to walką. Ale Akademia Płodności pomogła mi (na pewno) w wyregulowaniu moich wyników. Po tak dużej ilości badań, zabiegów i w ogóle. Badań drożności jajowodów, zabiegów u mojego męża, gdzie wykonaliśmy absolutnie wszystko, o co nas lekarze prosili. Akademia Płodności i Wasza dieta pomogła mi na pewno uregulować moje wyniki. Więc tutaj w ogóle było ,,chapeau bas (kapelusze z głów), brawo, super, że Pani tak zrobiła”.

    Więc zadbałam o swoje zdrowie dzięki Wam – to na pewno.

    I tak sobie kiedyś marzyłam, że będę tym jednym, takim puzzelkiem, takim kafeleczkiem na Instastory, że ,,nam też się udało”. A oto proszę… nagrywam podcast, mam swój własny post u Was, na Waszym profilu. Więc to jest ukłon w Waszą stronę, że tak naprawdę działacie po to, żeby wszystkie te pary, które tak marzą o dziecku, mogły spełnić swoje marzenie.

    A my jesteśmy trochę inną historią, a mimo wszystko pamiętacie też o takich osobach. I Instagram łączy ludzi. Czego przykładem jesteśmy teraz, i Instagram łączy ludzi, bo przez przypadek trafiłam na konto jednej z dziewczyn… kobiet. Nie chciałabym podawać nicku (jej danych), bo nawet nie zapytałam, czy mogłabym to zrobić. Więc zostawię ją – jeśli będzie tego słuchała, będzie wiedziała, że to o Niej mówię i wszyscy bliscy moi będą wiedzieli, że to o Niej mówię. Bo dzięki Niej, ta adopcja i to wszystko, co się wokół niej kręciło, cały proces – ciężki proces tak naprawdę, i to co teraz też się dzieje, że wiem, że nie jestem sama, że nie zwariowałam, że to wszystko, co czuję jest oczywiste, że wszyscy ludzie, którzy adoptowali dzieci mogą mieć takie odczucia. Nie jestem dziwnym człowiekiem, jeśli to wszystko czuję i cały ten proces adopcji, też dzięki Niej, był (dla mnie), był taki lżejszy trochę chyba. Mogłam się podzielić, że ja mogłam się zapytać. Ona jest mamą dwóch chłopców. Już takich dużych chłopców. Jeden, to jest nastolatek, a drugi to taki pierwszak albo drugoklasista, ale nie pamiętam już teraz. W każdym razie chłopcy już są starsi, więc Ona jest już bardziej doświadczoną mamą adopcyjną niż ja, bo u nas historia dopiero zatacza swoje dwuletnie koło, więc to dość świeże. Tak naprawdę, wracając do tego wszystkiego, co nas spotkało, no to może… nie to, że się poddaliśmy. Daliśmy sobie chyba spokój. Nie mieliśmy już zasobów chyba też takich zdrowotnych – psychicznie. Trochę nie mieliśmy już też zasobów finansowych, żeby pomyśleć w ogóle… chociaż, może tak powiem. Lekarze odradzali nam in vitro i inseminację, tzn. “in vitro może byście się zastanowili, ale inseminacja to w waszym przypadku jest kompletnie bez sensu”.

    No dobra, no to w takim razie na początku było, że na in vitro nie mamy kasy, a później myśleliśmy: da się tę kasę zorganizować, tylko czy my chcemy? Czy my jeszcze damy radę, czy jakby jeszcze to dźwignę? Bo jak to się nie uda, to ja się już kompletnie załamię i poddam.

    No i daliśmy sobie spokój w ogóle z tym pomysłem. 



    Więc naturalną koleją rzeczy… (przepraszam, użyję chusteczki…), było to, że idziemy w adopcję. Zaczęliśmy szukać ośrodka. Jeden nas tak, może trochę zbył. Trochę rozczarował. A drugi ośrodek był takim strzałem w dziesiątkę. No i w tym ośrodku poznaliśmy pięć cudownych par.

    I uwaga, cała ekipa już jest w komplecie. Cała! Mamy 5 swoich wspólnych takich dzieciaczków, łącznie oczywiście z naszym synem i spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo na początku czerwca. Wszyscy się poznaliśmy. Więc to było takie turbo wzruszające, że jakby możemy się tym podzielić ze sobą. Bo jednak to łączy.

    Nikt Cię nie zrozumie lepiej niż osoba, która wie, co czujesz i przeżywa bardzo podobne kwestie.

    Więc my przeżyliśmy mnóstwo ciąż dzieciaków w rodzinie, u znajomych. Z takich bardzo bliskich znajomych jesteśmy jedyni, którzy taką drogę przeszli. Jedna koleżanka również. Słuchałam wczoraj Waszego podcastu „Jak poinformować o ciąży”, i miałam dosłownie przed oczami to, jak z jedną z nas byłyśmy na tym samym etapie: my wykupowałyśmy Wasze diety wspólnie i jej się udało… A nam nie… I chyba to była dla mnie jedna z takich cięższych informacji, że przecież robimy dokładnie to samo. I absolutnie… Moja najbliższa przyjaciółka, która też się zmaga w ogóle też z zupełnie innymi chorobami i jej też się udało. I tutaj miałam takie: Boże, jak to cudownie (że się udało), bo Ona po prostu też musi tyle pokonać, też jakby poświęca swoje zdrowie, żeby mieć tego Maluszka. I jej córeczka jest piękną czterolatką. I tu było mi dużo łatwiej. A chyba idąc równoległą walką i jedni idą do góry, udaje im się, a ja zostaję w tym punkcie – i jest takie: O! Oł. Jakby… Co ja mogę więcej?! Robiłam dokładnie to samo co Ona i dlaczego ja nie (jestem w ciąży)? Ale wiem, że jej też było trudno nas o tym poinformować i wczoraj ten podcast Wasz, tak sobie odsłuchiwałam, bo tak sobie odsłuchiwałam Wasze podcasty… trochę odświeżałam. Było to takie, kurcze… jej też było trudno. Jakby wiem, że wszystkim, którzy byli koło nas (i są nadal), to też nie musiało być tak łatwo być z nami w tym, nie do końca wiedząc co czujemy, a jednak nas wspierać. I cały proces adopcyjny to trochę zweryfikował ludzi blisko i chyba dobrze. Ja się chyba z tego cieszę, bo tak naprawdę Ci, co mają zostać, tak zostali. I są. Także, tutaj… Boże, jak zacznę płynąć to Ci nie dam dojść do słowa. 



    Z.: To jest Twój podcast i to jest moment dla Ciebie. Ja jestem tu tylko po to, żeby nadawać jakieś tło, ale to Ty jesteś główną bohaterką, więc bardzo się cieszę. Nie zrobiłyśmy nawet wstępu, ale ja go dogram w ogóle na luzie. Ja nie naszykowałam sobie chusteczek, a już dwa razy byłam na skraju (łez), więc powinnam się w nie też tutaj szybciutko zaopatrzyć. Jeśli chcesz… bo ja oczywiście… my przygotowałyśmy sobie ramowy plan z Anią, mamy pytania, ale Ty tak pięknie o tym opowiadasz, że ja chyba nie chciałabym tego upierać w moje sztywne ramki i po prostu chciałabym dać Ci płynąć.



               Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe?



    P.: Ok… Ok. Ok, no to płynę dalej.

    Więc jak już się zdecydowaliśmy na ośrodek, to tam zadałyście mi takie pytanie: co było najtrudniejsze? Więc chyba najtrudniejsze dla nas były te historie na szkoleniach. Te szkolenia trwały… w ogóle ja wspominam, na zasadzie, wracamy po prostu po nocach. Bo my wracaliśmy po 22 drugiej. Wychodziliśmy stamtąd naprawdę bardzo późno. Te szkolenia trwały kilka godzin i nie było ich dużo stricte “zajęć”, ale naprawdę rzeczywiście trwały bardzo długo. I były takie męczące psychicznie. Ja to wspominam, że my stamtąd wychodzimy, przegadujemy sobie w aucie wszystko co było. Na świeżo. Jakby: co o tym myślisz, jak to odebrałeś? I tak dalej, itd. Po czym brałam telefon, zahaczyliśmy o Maczka, bo byliśmy turbo głodni, więc jakiś tam Maczek, jakieś mcflurry, fryteczki i te sprawy. I były dwa telefony. Albo dzwoniłam do mojej mamy, albo dzwoniłam właśnie do mojej przyjaciółki, bo chyba potrzebowałam zdać takich relacji osobie… może nie niezaangażowanej, bo One były zaangażowane i cały czas są, ale takiej na chłodno, że jakby “co Ty o tym myślisz? Bo słuchaj… słuchaliśmy tego, tego. Jest dużo ciężkiej historii. Kiedyś stwierdziłam, że oni chyba chcą nas zniechęcić. Wiesz, jakby tyle nam takich smutnych i ciężkich rzeczy opowiadają, że oni chyba chcą nas zniechęcić. I dziewczyny nam kiedyś właśnie wytłumaczyły, że słuchajcie, my Wam musimy przedstawić wszystko, co jest ciężkie, żeby nie było takiego: O! Oł, one o tym nie powiedziały, a to jest turbo trudne do przejścia, i trzeba to dźwignąć. I trzeba to wziąć na swoje barki. No bo jednak bierzesz na swoje barki historię małego człowieka. Nie zawsze łatwą. Nie zawsze taką, że tak naprawdę to tylko był taki jeden przeskok i jesteś już u nas i masz superszczęśliwe życie. Bo te dzieciaki niosą ze sobą swoje traumy i tak naprawdę te traumy najcięższe jest to dla nich, ale my jako rodzic… każdy rodzic chce zabrać swojemu dziecku wszystkie smutki i chciałaby, żeby Ono miało tylko i wyłącznie szczęśliwe dzieciństwo. Więc One musiały nam to przedstawić i chyba te historie były dla mnie takie najtrudniejsze. Takie smutne. Takie przytłaczające, że czasami stamtąd wychodziłam i myślałam: Boże, czy ja podołam? Czy ja serio tak dam radę? Czy ja mam w sobie jeszcze tyle zapasu sił? No bo jednak dużo z nich poszło na samą walkę.

    Ale tak jak zapytałyście tutaj, czy ja pamiętam pierwsze spotkanie… to trochę jest tak, jak (tak sobie wczoraj o tym pomyślałam), że ten telefon, ten magiczny telefon, że człowiek czeka po prostu i czeka, i czeka, i czasami już było tak, że ja po prostu sprawdzam: a może ja nie usłyszałam, a one do mnie dzwoniły? 

    I zadzwoniły serio w takim momencie, w którym się absolutnie tego nie spodziewałam i byłam w takim ogromnym szoku, że one w ogóle do mnie dzwonią, że nie zapytałam o nic. Ja nie zapytałam o płeć dziecka, ja nie zapytałam o wiek, o imię. O nic nie zapytałam i tylko powiedziałam, że: tak chcemy usłyszeć tę historię. No i po drugiej stronie Pani Dyrektor mówi do mnie: ale to w ogóle interesuje cię to, co to jest za dziecko, cokolwiek? Odpowiedziałam: no wiesz co, możesz mi coś tam powiedzieć, cokolwiek co wiesz. No to usłyszałam, że Mały Człowiek ma trzy lata, że jest chłopcem, i że zaprasza nas, żebyśmy przeczytali Jego dotychczasową historię. Bo sam fakt tego, że ma trzy latka to już oznacza, że już coś tam za sobą niesie. 



    Więc to było trochę tak, jak te dwie kreski na teście. To są te moje dwie kreski na teście. To jest to, że ja to już widzę i się dzieje ej. Coś tu już jest. Coś tu już kiełkuje. Teraz tylko trzeba jechać i… to dźwignąć. W sensie przeczytać. Bo wiadomo, to, że one dzwonią wcale nie oznacza, że my mówimy TAK. To, że one dzwonią, to znaczy, że my czytamy tę historię i my wtedy mówimy… znaczy nawet już nie musimy mówić tego, tego samego dnia, bo mamy jakąś tam dobę, żeby przegadać, przemyśleć i powiedzieć, czy jesteśmy w stanie psychicznie jechać i dźwignąć historię człowieka, i się z nim po prostu poznać. Więc dla mnie to były moje dwie kreski. Taki przyjazd tam i karteczkę tego, co go spotkało. Na szczęście… myślę sobie, że nie miał łatwego początku, aczkolwiek patrząc na zarys historii, które dziewczyny nam pokazywały na szkoleniach, było super. Bo On jednak miał kogoś – mniej bądź bardziej – ale miał kogoś na kim mógł się oprzeć. Miał człowieka, dzięki któremu myślę też jest trochę taki, jaki jest. Z którym na pewno zawiązał jakąś fajną relację i myślę, że za którym czasami też tęskni. Bo On dopiero teraz o tym mówi. Więc pamięta Tego człowieka i Ten człowiek też dał mu bardzo dużo z siebie. Za co mu dziękuję, bo On potrzebował kogoś takiego, musiał mieć bezpieczną przystań. No to, to było moje zdjęcie USG, czyli historia naszego syna i jego oczywiście takie fizyczne zdjęcie, bo również mogliśmy je zobaczyć.

    To było nasze takie zdjęcie USG, no i takie nasze spotkanie pierwsze to dla mnie było, jak taki poród, kiedy się pierwszy raz widzisz. Ja pamiętam dokładnie w co był ubrany, pamiętam każdy jego uśmiech. Pamiętam, jak do nas wybiegł. Wiedziałam, że kocha dinozaury, więc pojechaliśmy z dinozaurem oczywiście – z balonem z dinozaurem, ze wszystkim po prostu, co mogłam znaleźć takiego na już i książką. Z resztą i miś, i książka towarzyszą nam do dziś. Nie wiem, czy kojarzą mu się z tym pierwszym spotkaniem, bo On czasami ma teraz takie przebłyski typu na przykład nie wiem… mięso w Lidlu mu się kojarzy z tamtym domem na przykład albo jakieś słowo gdzieś coś usłyszy i nagle ma takie: 

    – O! A ja tam miałem pieska. 

    Więc gdzieś po prostu takie historie, gdzie On je przeżywał wydaje mi się, że je wymazał z pamięci na czas takiego początku u nas, chyba tak dla bezpieczeństwa głowy (tak mi się przynajmniej wydaje), a teraz wracają. Czasami wracają na takim luzie, że po prostu okej odpowiadam na pytania, na które znam odpowiedź, a czasami walą w serce – tak po prostu do samego dna i powodują morze łez. Takie poczucie niesprawiedliwości, że jakby, dlaczego nie mogłam od początku Cię ochronić przed tym, co czujesz teraz, ale jak na swój wiek (ja wiem, że każdy uważa, że jego dziecko jest najcudowniejsze na świecie, ale uważam, że jak na swój wiek), jest mega mądrym człowiekiem. Naprawdę. Myślę, że historia jego też ukształtowała tę mądrość, ale on tak dużo wie, tak dużo rozumie, tak dużo przyjmuje i tak dużo przeżywa. Jest mega wrażliwy. Mega. Jego wzrusza albo załamuje w bajkach to, że na przykład Smerfetka została sama i ona jest teraz taka samotna, no i w ogóle, jak ona może być sama(?), więc ostatnio, było 20 minut płaczu i uspokajania, że na pewno ktoś ją znajdzie i na pewno ją uratuje. Więc naprawdę ma bardzo delikatne serduszko.



    Ale dla wszystkich mam, które się zastanawiają nad tym momentem, to chcę tylko powiedzieć, że zapominasz, że w pewnym momencie siadam i zastanawiam się jak długo z nami mieszka, że jakby ja: aha no tak, przecież on jest z nami od początku, jakby od samego początku swojego życia to go tutaj nie było. Czasami się pyta nas, gdy ogląda sobie na przykład stare zdjęcia i pyta: byłem tu z wami już czy jeszcze nie? No nie, a bo ja na przykład nie pamiętam, jak ciocia… (nie, też nie będę używać imion) miała swoją córeczkę w brzuszku, ale pamiętam, jak druga ciocia miała swojego synka. Bo synek mojej przyjaciółki drugiej ma dopiero roczek, więc On jakby tutaj to pamięta. Pamięta cały ten proces i chyba to, że moja przyjaciółka była w tym momencie w ciąży, w którym On już z nami był, było też dla nas takim momentem, kiedy On zaczął się otwierać, kiedy zaczął się pytać: a ty mnie nie miałaś brzuszku? A dlaczego ciocia jego ma? A dlaczego tamta ciocia miała swoją córeczkę? A dlaczego ta druga ciocia też miała swoją córeczkę? I jakby na przykład widzi zdjęcia pod telewizorem (u mojej przyjaciółki stoi zdjęcie w ciąży, kiedy była ze swoją córeczką w ciąży) i też czasami pytał: bo ciocia miała ją w brzuszku, a ty mnie nie miałaś, a dlaczego mnie nie miałaś? A czy twój brzuszek będzie tak zdrowy, że będziesz mogła mieć innego dzidziusia, żebym mógł mieć brata albo siostrę? Więc wiecie, że te tematy krążą i krążą, i myślę że gdyby był ciut młodszy, może nie ciut… dużo młodszy w momencie adopcji, to na pewno pytałby inaczej i myślę, że mniej by pamiętał i inne pytania, by nam zadawał. A tutaj, jednak… no tutaj, jednak Go interesuje jego historia i bardzo dobrze, i też to, co nam mówiły dziewczyny na szkoleniach, co jest bardzo ważne, żeby nie ukrywać tej historii, żeby nie wymyślać bajek, bo później z tych bajek nie wyjdziesz, bo się w nich pogubisz. Bo zapomnisz, co mówiłaś, bo zapomnisz, co wymyślałaś. A tak naprawdę wydaje mi się, że każdy ma prawo takiego, do znania swojej historii, no my go wzięliśmy… wzięliśmy… jak to brzmi. Zdecydowaliśmy się na ten krok, wiedząc, że jak kiedyś powie: chcę ich poznać, chcę sobie przypomnieć, chciałbym wiedzieć – no to będę miała takie: Ok, to pamiętasz, że mówiłam Ci to, to, to i to, a teraz pojedziemy do pewnych pań, dzięki którym z nami mieszkasz i poprosimy o kartkę, którą ja kiedyś przeczytałam z tatusiem i będziesz mógł dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebujesz się dowiedzieć. Bo tak naprawdę zmieniliśmy tylko nazwisko. Jest pełnoprawnym naszym synkiem, aczkolwiek był zbyt duży, żeby zmieniać mu imię, to już jest jego tożsamość, to nieważne, czy to imię było moim wymarzonym, czy nie. Drugie imię jest moim wymarzonym. Mogłam mu przy akcie nadać drugie wymarzone imię, więc drugie jest moim imieniem wymarzonym, aczkolwiek to pierwsze nie, bo to jest jego imię i On się z tym imieniem, jakby utożsamia.

    Także trochę kręcę, trochę zawijam, ale tak jakby to, co mi przychodzi do głowy po prostu mówię. Więc to są takie momenty, które absolutnie pamiętasz, nie zapomina się tych chwil i czasami mam wrażenie, że zapomniałam, jak było przed, ale są chwile, kiedy mi się to “przed” przypomina, i to już jest inna historia. Tak, jak na początku próbowałam to powiedzieć, ale się rozpłakałam, to tak kiedyś usłyszałam, taki dość ładny cytat, że piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc napisz go tak, jakbyś chciała go kiedyś przeczytać.



     Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – 

    wszyscy jesteśmy tacy sami



    No więc staramy się bardzo pisać ten rozdział tak, żebyśmy z dumą i z radością kiedyś usiedli i powspominali ale było fajnie i żeby On mógł też przejść kiedyś się powiedzieć: ej fajne miałem z wami życie dzięki. Chociaż czasami teraz to mówi, ale spokojnie, to nie jest tylko tak roztkliwijająco, bo awantury też nam strzela, jak każdy normalny dzieciak, więc żeby nie było, że my tylko tak się wzruszamy i w tej miłości się tak zatracamy, bo się zatracamy owszem ale mamy tak kompletnie, absolutnie normalne życie. Takie – nie ani usłane różami, ani bardzo ciężkie, bo to są momenty. Czasami siadamy i nam się po prostu chce wyć z bezsilności, czasami słuchamy tych pytań i chyba, nie umiejąc na nie odpowiedzieć mamy taki ból w środku, że ja nie umiem, ja nie wiem, co mam Ci w tym momencie powiedzieć. Bywało tak, że zaciskałam pięści i zagryzałam zęby i odpowiadałam, a później szłam i wyłam gdzieś żeby, nie widział. Ostatnio zadał mi takie ciężkie pytanie, a propos swojej mamy biologicznej, a ja niewiele o niej wiem i prowadziłam auto, i nie mogłam zacisnąć pięści, i udawać, że jest okej, tylko się po prostu rozpłakałam przed kierownicą. Prowadząc to auto, tu z Nim rozmawiam, tu te łzy po prostu mimo woli mi płynęły, i chyba nawet nie z żalu tylko z takiego przypomnienia, że ona zawsze będzie częścią naszej historii, że ja nie byłam ta pierwsza. On się mnie zapytał, czy może za nią tęsknić, że on jej nie pamięta, lecz mógłby za nią tęsknić, więc mówię no oczywiście, że byś mógł. 

    I było takie: dziękuję, to troszkę tęsknię. 

    I rozwaliło mnie to na kawałki, i zapytał się: a dlaczego ty płaczesz? A ja mówię: 

    – Wiesz co Misiu, płaczę, bo jest mi troszkę przykro, że tęsknisz za tą panią, a ja nie umiem Ci nic o niej powiedzieć i jest mi troszkę przykro, że nadal to nie ja mogłam Cię mieć w tym brzuszku.

    Więc to było takie trochę rozwalające, ale takie też budujące, że no właśnie, później płynnie do tego przejdziemy, bo my o tym rozmawiamy. Ja po prostu potem Mu tylko przypomnę tę rozmowę: słuchaj byłeś zainteresowany tym, pamiętałeś to, co chciałbyś jeszcze wiedzieć, bo może teraz będę umiała odpowiedzieć Ci na więcej pytań?

    No to to są te takie chwile ciężkie rozwalające, są po prostu kapiące miłością, samym szczęściem, nie tylko i wyłącznie łzami wzruszenia. Ale jest życie. Jest takie życie jak masz Ty i każda inna biologiczna mama i czasami tak siadam, i mówię do mojej przyjaciółki: Boże ja oszaleję, po prostu zwariuję. Co On robi – kolejną awanturę o nic, (dla mnie o nic, dla niego pewnie o koniec świata) i słyszę po drugiej stronie:

    – Ale ja mam to samo chodź na kawę.

     Bo jestem normalną mamą, jestem mamą, która jest zmęczona. Jestem mamą, która… ja się nie mierzę z takim uczuciem: o Boże, nie ja nie mogę mu czegoś tam powiedzieć, nie mogę na niego nakrzyczeć, nie mogę dać mu kary, nie mogę po prostu nie wiem powiedzieć – ej koniec cisza stop, bo jest dzieckiem, które ma swoją historię.

    Nie On jest moim synem, jak mnie zdenerwuje to mnie denerwuje, jak odwala to odwala, jak powinien się uspokoić, to to się uspokaja, także tutaj, jesteśmy normalne drogie mamy.

    Drogie mamy, które się zastanawiacie nad tym, jak będzie wyglądało Wasze życie. Będzie dopełnione, będzie piękne, będzie ociekające miłością, ale będzie też trudne i takie normalne, więc jak Wasze przyjaciółki mają dzieci z brzuszka, a nie z serduszka to będziecie mieć takie same problemy. W pewnym momencie będziecie mieli bunt pięciolatka, awanturę, że nie taką bluzkę mi naszykowałaś do przedszkola i ja w ogóle nigdzie nie idę cześć pa. Tak dokładnie (Zosiu) – tak kiwasz głową, tak znasz to. Także to wszystko jest normalnym życiem, częścią życia normalną. 

    I chyba najbardziej, co mnie wzrusza w tym wszystkim, to jest relacją, jaką nawiązał z Jackiem, moim mężem. Jakby tutaj, to jest po prostu kosmos, bo On w ogóle od początku wolał facetów, On chyba bardziej im ufa i chyba jest taki bardziej do nich otwarty, przywiązany. Jasne są ukochane babcie, ale też jest dziadziuś, jest mój brat, który jest po prostu guru wszystkiego. Absolutnie, jakby – jak już On powie to jest świętość i w ogóle On pozwala mu na wszystko, na wdrapywanie się na drzewa też. Są też dwie ciocie, które dały mu przestrzeń, które były ze mną od początku do końca, właściwie od początku walki do momentu póki nasz syn nie pojawił się w domu i One dały mu przestrzeń. On wszedł do tej ekipy, do tej rodziny i One pozwoliły mu wejść na jego zasadach, czyli to On zdecydował, kiedy przybije im piątkę, kiedy będzie gotowy się przytulić, kiedy będzie gotowy usiąść na kolanach, i po prostu to były takie dobre ciocie z tyłu i czekały. I są ulubionymi ciociami, bo On poczuł, że może wejść taki, jaki jest, że nie musi nic robić na siłę, że nie musi zabiegać o jakiekolwiek względy, bo był traktowany tak, jakby był traktowany, jakby wszedł jako bobas. Więc One zrobiły mu takie piękne wejście, i myślę, że też jest Im za to wdzięczny, i bardzo często o nich mówi. Lubi spędzać z nimi czas, więc wydaje mi się, że tutaj to też było dla nas ważne, żeby bo wiesz… to tak jak się zapytałyście jak społeczeństwo (zareagowało) i nasza najbliższa ekipa. Nie wszyscy weszli z takim… może nie pozytywnym nastawieniem, ale takim zrozumieniem i każdy ma prawo tego nie rozumieć, bo to jest nasza decyzja i nasza droga, a nie każdy musi robić wokół tego „wielkie hura, ja super, super”. Nie. Nie rozumiesz tego, nie do końca… to może nie chcę powiedzieć akceptujesz, bo nie poczułam, że to nie było zaakceptowane, ale takie: 

    Czy wy jesteście pewni? Ale tak na 100%? Wiecie, bo to jest jednak, to jest jednak nie wasze dziecko!

    To było chyba takie przykre, ale później powiedziałam: słuchaj, to nie uczestnicz w tym. Nie musisz w tym być. To ty mi pokażesz, jak jesteś dorosła, jak dużo sama dźwigniesz. No po czasie okazało się, że świetnie sobie z tym poradziła ta osoba, ale miała dużo wątpliwości. Chyba dużo więcej niż my i chyba… i chyba to rozumiem. Znaczy „nie chyba”. Rozumiem to, bo ja nie miałam wątpliwości. To jest tak, jak my przeczytaliśmy całą jego historię i no dziewczyny wyszły, żebyśmy mogli dosłownie na gorąco coś tam przegadać no i one wyszły. My zostaliśmy z tym zdjęciem z tą kartką popatrzyliśmy się na siebie i było takie: TAK. To było takie, tak oczywiste, tak ja chcę, więc zapytałam:

     ale Ty jesteś taki pewien, czy to mówisz dlatego, że ja chcę to usłyszeć, czy rzeczywiście?

    – Tak, ja to czuję. Ja to chcę, ja chcę jak najbardziej. 

    Więc One weszły. No to co do jutra się zdzwaniamy mówimy:

    – Nie. My chcemy już iść. My wiemy dziś.

    Pamiętam która była godzina, pamiętam jaki był dzień tygodnia, po prostu pamiętam datę. Wszystko pamiętam i powiedzieliśmy, że my byśmy bardzo chcieli, tylko jak najszybciej się da. No to chyba umówiliśmy się dosłownie za 3 dni później i mieliśmy blisko, więc mogliśmy jeździć do niego właściwie codziennie, bądź co drugi dzień. Wszystko to, co było najtrudniejsze w tym czasie to było to, że musieliśmy Go odwozić i zostawiać, bo i tak my wracamy w pandemii. My jedziemy razem do tego domu, On tam zostaje i nie zostaje sam fizycznie, ale zostaje sam – zostaje bez nas. Bardzo szybko się przywiązał. Bardzo szybko i chyba najbardziej pękały serca, jak ze łzami w oczach musieliśmy Go po prostu zostawiać. Na szczęście nie trwało to długo, bo historie naszych znajomych właśnie z ośrodka, no były dużo cięższe i tak naprawdę emocjonalnie, i chyba tak też czasowo, a u nas poszło bardzo szybko. Trochę też z uwagi na osoby, które do tej pory sprawowały nad nim opiekę, ale może tak miało być.



    I właśnie dzięki temu to było takie pstryk, więc jak ja poszłam po tych wakacjach do pracy na 3 tygodnie. Pani dyrektor (w pracy) usłyszała, że: to cześć widzimy się za rok, bo ja znikam.

    One… no wiedziały, że my się staramy, ale to już trwało ze dwa lata. Więc jakby nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy ten telefon zadzwoni, Ona wiedziała, że my skończyliśmy kurs, że czekamy na ten telefon, ale przecież nikt mi nie powie, kiedy to będzie. A należał nam się normalnie pełny roczny macierzyński. Więc zniknęłam na rok. Wróciłam już do pracy. To też była nowa rzeczywistość i szczerze mówiąc, to na pewno jest zupełnie inny rok niż z takim bobaskiem. Słodziutkim. Ale to był taki rok właśnie zawiązywania więzi, poznawania się, bycia 24 na dobę i takiego turbo zmęczenia psychicznego. Takiego, że ja po prostu ja wiem, że ja sobie dużo nakładłam do głowy, i to chyba złota rada, nie nakładajcie sobie do głowy nadmiaru, ale tego się nie da nie zrobić. Po prostu no nie da się. I wiem, że wy jako mamy takie biologiczne też sobie za dużo nakładacie… tak, prawda? No dokładnie, no jakby nie ma opcji, żeby nie wymagać od siebie za dużo. I dopiero po tych dwóch latach uczę się tego, że przecież jakby: halo nie jesteś żadną heroską – jesteś człowiekiem. Masz prawo się zmęczyć. Masz prawo powiedzieć:

    – Ej mam dość, muszę usiąść w ciszy. Masz prawo wyjść na spacer i po prostu nie mieć wyrzutów sumienia, że przecież zostawiasz tego rozdyganego małego człowieka, bo się na coś zdenerwował, nie potrafi się uspokoić, przecież zostawiam go z tatą. Nie zostawiam go samego. Halo! Ja też potrzebuję złapać wentyl jakiś.

    Więc no pod tym względem jesteśmy absolutnie normalnymi ludźmi. I po tym roku takiego piękna mieszającego się z trudem, wróciłam do pracy, i to było chyba też takie najlepsze dla nas, że każdy znalazł swoją taką cząsteczkę w rzeczywistości, czyli On ma swoje przedszkole, ulubionych kolegów, ciocie, ja wróciłam do pracy i poczułam, że znowu, jakby mam sprawczość zawodową i lubię to bardzo. No i mój mąż, który cały czas był w pracy, ale odkryliśmy w międzyczasie, że On ma takie prawo do kilku dobrych tygodni takiego właśnie bycia z nami. Więc cały magiczny pierwszy grudzień był z nami. Bo ten grudzień jest taki magiczny. Czeka się bardziej na dwie kreski, w tym grudniu czeka się bardziej na tego bobasa i te magiczne życzenia dotykają bardziej i dobrze wiemy, bo niejeden podcast o tym już nagrałyście, że to jest po prostu najcięższy czas w roku. On wreszcie mógł być najpiękniejszy. Mogliśmy być we trójkę. I tak 24 godziny na dobę. Więc ten pierwszy grudzień był taki nasz kompletnie od pierwszego do ostatniego dnia grudnia. Więc tutaj była taka magia.



    Taka magia, na którą czekaliśmy 8 lat. Więc zadziała się ta magia: pierwsze pieczenie pierniczków, ubieranie choinki – same wzrusze. Tutaj to było piękne. I pierwsza wigilia. To chyba były też pierwsze święta, na które czekali też moi rodzice. I dziadkowie, którzy jeszcze mają okazję Go poznać. Mają prawnuczka. To też było takie, że ja miałam radość w sobie, że ja mogłam Im to dać. Oprócz tego, że oczywiście to jest nasza historia. Nasza część życia, to ja mogłam dać to Im. Ja widziałam, że Oni tak bardzo na to czekają. Wiadomo – nikt nie wie, kiedy Ci rodzice odejdą z tego świata i oby odchodzili jak najpóźniej, przecież nie masz tej pewności, że zdążysz, że Oni poznają Twoje dziecko.

    Na szczęście są. Na szczęście cieszą się tym po prostu niesamowicie, ale bywały dni, kiedy z tyłu miałam głowy:

    – Boże, a jak ja nie zdążę, przecież Oni czekają tak bardzo, jak ja. Co jeśli nie zdążę? Co jeśli kogoś takiego turbo bliskiego mi zabraknie, a nie zdążę podzielić ze mną tego szczęścia?

    Więc to były pierwsze takie święta, kiedy ja miałam takie: ZDĄŻYLI!

    I moja babcia i mój dziadek i Oni jeszcze są i Oni się nim jeszcze cieszą, więc to jest takie: Łoooooł, udało się. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi.

    Więc jeśli któraś para gdzieś w środku czuje, że to jest…, to może być ich droga, to przede wszystkim musicie być tego w 100% pewni. Oboje. Tu nikt nie może nikogo namawiać. Tu nikt nie może nikogo przekonywać. Tu nikt nie może powiedzieć:

     słuchaj, bo może to jednak nie jest dobry pomysł, bo to nie wyjdzie. To nie wypali.

    Tutaj musi być takie 100%. Moje 100%. Twoje 100%. Bo nas też zaskakuje wiele rzeczy, to, że my byliśmy narażeni na najgorsze historie na zajęciach, to że my tak dużo rzeczy słyszeliśmy, to wcale nie oznaczało, że my teraz na lajcie (lekko) podchodzimy do tych naszych historii, bo jest ciężko. Nie. To trzeba wiedzieć, że trzeba się mierzyć z różnymi ciężkimi rzeczami i różnymi ciężkimi tekstami. Jak każdy rodzic w takiej furii dziecka usłyszy: 

    – Ej nie lubię cię, nie kocham cię, nie jest fajnie, że jesteś moją mamą. 

    To nas to boli troszeczkę inaczej. No bo… halo… Jak kiedyś będziesz nastolatkiem i mi wykrzyczysz w buncie nastoletnim:

     nie jesteś moją mamą.

     To może dotknie mnie to troszkę bardziej niż taką mamę, która rzeczywiście fizycznie urodziła swoje dziecko.



    Więc z tym wszystkim trzeba się mierzyć i myślę, że trzeba być takim naprawdę w 100% pewnym. Nie miałam wątpliwości, ja naprawdę nie miałam wątpliwości. I w takich momentach jego krzyku, nie miałam takiego czegoś:

     Boże, po co ja to zrobiłam.

    Tylko miałam bardziej takie:

    Boże, to będzie jednak takie naprawdę ciężkie. Wiedziałaś to, ale jednak czujesz, że to jest ciężkie.

    Więc wydaje mi się, że namawianie męża, albo namawianie żony, bo to nie zawsze musi być tylko sugestia ze strony kobiety, na to, żeby iść tą drogą – nie ma sensu, jeśli ta druga osoba tego nie czuje. Tak samo jak wiesz – nie wszyscy chcą mieć dzieci. No umówmy się – nie wszyscy muszą mieć dzieci. Przecież nikt nikogo nie zmusi do tego, żeby założył rodzinę w której są dzieci. Są osoby, które marzą o tym całe życie i zrobią wszystko, żeby te dzieci mieć. Ale są osoby, które nie czują tego. I myślę sobie, że lepiej, żeby ich nie mieli, jeśli są świadomi tego, że nie będą na to gotowi, niż mieli je na siłę, bo świat albo społeczeństwo od nich tego oczekuje. Myślę sobie, że takie “100% chcę to zrobić”. Z takim założeniem, że OK, mogę mieć chwilę zwątpienia, no ale czy biologiczni rodzice czasami też nie mają takiego:

    – Boże, co tu się w ogóle wydarzyło w tym naszym życiu. Kiedy było mi źle, w tych książkach, czytaniu w spokoju i piciu ciepłej kawy?

    Wydaje mi się, bo mam przyjaciółki, które też mają dzieci zdrowe, normalne, dokazujące, więc wiem, że to, że ja tak czasami odczuwam, nie świadczy o tym, że jestem jakimś złym człowiekiem albo mamą, która nie powinna nią być. Absolutnie. To też mi dużo dało, te moje przyjaciółki, które tak stawały i mówiły:

    – Halo, ja też się tak czuję, ogarnij się, to jest normalne!

    Czasami ten kopniak w przysłowiowe cztery literki był potrzebny, do tego, żeby się otrząsnąć i sama moja przyjaciółka wie, że te kilometrowe wiadomości, albo te godziny wykrzyczane i wypłakane przez telefon były na wagę złota. I myślę, że Ona jest świadoma tego, że dzięki jej wsparciu tak naprawdę (dałam radę), i największemu wsparciu mojej mamy, i chylę jej czoła. To jest taki mój dobry anioł, który stoi dosłownie tutaj z tyłu za plecami i za każdym razem wiem, że jak po prostu jest jakiś taki moment dramy, to jest pierwszy telefon mama albo ta moja przyjaciółka. Więc swoją drogą – nasze dzieciaki są w bardzo podobnym wieku i się bardzo uwielbiają. Mimo różnicy płci się naprawdę uwielbiają.

    Druga przyjaciółka urodziła synka, więc tu jest takie wielkie zaskoczenie, bo jest taki malutki, taki słodziutki, ma roczek – już zaraz będzie tu biegał, ale nadal mój syn jest taki zachwycony nim strasznie. Ma też kuzynów, którzy są w bardzo podobnym wieku, więc On się, tak jakby wstrzelił idealnie wiekowo, datowo – no tak miało być. Gdyby był bobasem, to byłby dużo młodszy od wszystkich tutaj naszych ekipowych dzieciaków. A On jest właściwie w identycznym wieku, no ich różni, czasem pół roku, czasami rok. Także jest to idealny wiek.



     Ja sobie kiedyś powiedziałam, że ja do trzydziestki, po prostu do trzydziestki muszę zajść w ciążę. To musi być ten magiczny rok 2020 i ja po prostu tu muszę być w tej ciąży, bo to jest jakby taki koniec. Trzydziestka i koniec. Zresztą Ty wiesz, 30-tka mi się kojarzą te Twoje baloniki i 30-tka jest to taka meta. I ups. I 2020 rok się skończył. No i ups. I skończył się 2021 i ups…

     I było takie: ej, nie zdążyłaś. Koniec.

    To marzenia wtedy tak prysły i myślałam, że to koniec.



    I co się okazało… MOJE DZIECKO, URODZIŁO SIĘ W 2020 ROKU. 



    Pamiętam, że robiliśmy swoją wspólną 30-tkę, tak jakby pomiędzy moją a Jacka. On kwiecień, ja październik – więc tutaj był taki moment, że my w wakacje sobie zrobiliśmy. A nasze dziecko urodziło się 25 sierpnia. A w sierpniu robiliśmy 30-tkę. I dmucham te świeczki, i myślę: masz jeszcze kilka miesięcy – zdążysz. Na 2020 zdążysz.

     I On się urodził właściwie w momencie, gdy my świętowaliśmy i dmuchaliśmy świeczki “masz zdążyć”.



    Więc powiedz mi, że wszechświat nie ma swojego fantastycznego planu, który jest inny niż Twój – no ma. Ja się tego trzymam.



    Ja wierzę, że ktoś na górze gdzieś już sobie ten plan zapisał dużo wcześniej, niż ja sobie go wymyśliłam. Tak pewnie siedział sobie tam – i myślał, i stukał się w głowę, i mówi:

    dobra weź Paulina, ja wiem, co robię. Ja wiem po prostu, ty tylko ogarnij, ty tylko zaufaj. Daj tutaj swoją przestrzeń, żebym ja mógł podziałać. Bo ciągle mi wchodzisz w drogę.

    To też był taki sprawdzian wiary mojej, jak już tak jestem przy tym temacie, to to był sprawdzian mojej wiary, bo obydwoje z mężem, no tacy jesteśmy wydaje mi się wierzący. Z praktyką bywa różnie, ale dzięki kuzynce mojego męża trafiłam na świetnego księdza. Po prostu takiego wiesz – najpierw człowieka, a później człowieka, który jakby ma swoją konkretną posługę. On udzielał też chrztu naszemu dziecku. Jest taką częścią też naszej historii, bo to On powiedział… pamiętam, jak postawił przed nami taką… nawet nie chusteczki, tylko postawił przede mną rolkę ręcznika papierowego, jak mówiłam, że:

    – Wiesz, że będę wyć.

     odpowiadał:

    – Wiem, smarkaj.

    I po prostu wylałam wszystko, co mogłam, to była taka terapia dla mnie, tylko wiesz, nie u psychologa, tylko u księdza. Ja tam krzyczałam:

    – Co ten Bóg sobie wymyślił, ileż można Go prosić, ileż można się modlić. Halo, On nie słucha. I w ogóle nara i nie będę chodzić do kościoła, bo po co mi to jest – nie słuchasz mnie to cześć.

    Więc się obraziłam, tupnęłam nóżką, odwróciłam się plecami i powiedziałam, że w ogóle – no to sie masz. No i teraz za to “sie masz” mogę dziękować, bo On jakby miał magiczny plan na to wszystko, więc dobrze, że tak zrobił. Myślę, że z czasem się widzi takie rzeczy, w konkretnym kulminacyjnym punkcie masz bunt na wszystko i na wszystkich.

    Na przykład nigdy nie miałam takiego momentu, że irytowały mnie osoby, które są wokół mnie w ciąży, ale strasznie mnie bolało. Ja pamiętam absolutnie każdą informację o ciąży, czy to było 9 lat temu, czy 4. Chyba najłatwiej przyjęłam informację o tej ostatniej ciąży, mojej przyjaciółki, gdzie ten mały człowiek ma już roczek. I to Ona też mi powiedziała:

    – Wiesz, jak ja się cieszę, że ja jestem w ciąży wtedy, kiedy jest już Twój syn z Wami, bo ja się tak bałam o tym powiedzieć, a teraz mówię tak z taką radością, z taką ulgą. Bo jesteś już po tej stronie macierzyństwa i fajnie, że w tym momencie jestem ja (w ciąży).

    Chociaż pytała też, czy nie boli mnie fakt rosnącego jej brzuszka. W ogóle nie. Ja chyba tę jedną, jedyną ostatnią ciążę przeżywałam już z takim… nie chcę powiedzieć, że tamtych nie przeżywałam z radością, bo je się cieszyłam z dziewczynami. Ja wiedziałam, że każdy czeka i wszyscy, którzy chcą, to mają… Mam takie marzenie, że jeśli chcesz, żeby Twoje marzenie się spełniło, no to niech ono się spełnia. Super, że się spełnia. Ja trzymałam kciuki, żeby te dzieciaki były zdrowe, żeby wszystko było ok.

     

    Ale to bolało.



    I wiesz doskonale, co czuję, bo to tak bolało. Każde zdjęcie USG, ja pamiętam, co robiłam w konkretnym momencie, konkretnej informacji. To było takie, że nie czułam tam buntu, ale czułam tam taki żal, że w ogóle fajnie, że Ci się udało, trzymam za Ciebie bardzo mocno kciuki, niech wszystko było ok. Tylko dlaczego znowu nie ja. Halo!

    I wiesz, to były takie ciąże, gdzie nikt nie musiał walczyć: a idę zrobić sobie dziecko. I bach. Dzień dobry, następny cykl – ja jestem w ciąży. Tutaj będziesz ciocią.

    Jak to się dzieje w ogóle. To jest takie niesprawiedliwe. Ja wtedy miałam takie myśli – świat jest niesprawiedliwy i Boże widzisz to? Widzisz znowu. Ona nie chciała… znaczy chciała, ale nie musiała postarać. Jakby po prostu jej to przyszło. No nie jej wina, że mi nie przyszło, ale jednak ból gdzieś towarzyszył. Więc bunt też był oczywiście ogromny.



     A teraz jest już po prostu Żyćko. 



    I myślę, że to żyćko już jest takie… wydawało mi się, że będzie mi się łatwiej podzielić tym, bo to jednak dwa lata już minęły. A to jednak tylko dwa lata. I chyba takie wracanie do początków nie boli mnie już tak. Na przykład mówię o tych ciążach i mam przed oczami takie obrazy, że dobra tu było tak, tu było tak. Od niej dowiedziałam się w taki sposób, a od innej tak. Od jednej przyjaciółki dowiedziałam się listownie – po prostu. Wręczyła mi kopertę, bo nie umiała mi tego powiedzieć prosto w twarz i to była ta, która się z Wami podzieliła swoim testem ciążowym – była na jednej Instastorce? Ona mi wtedy tego nie powiedziała i absolutnie na tym zdjęciu, nie mogłam się w ogóle domyślić, że to mogła być Ona. Ale miałam takie: o ja, to chyba jest Ona? I przepikiwałam sobię cały czas tę Waszą storkę… i mówię: to jest chyba Ona. No ale przecież mi o tym nie powiedziała, przecież by mi powiedziała. Halo. Jakby staramy się razem. No i nie umiała. Dała mi list.

     

    Więc wszystkie te momenty pamiętam. I zastanawiam się, który był najtrudniejszy i chyba ten był jednym z takich, który mocno mi się wyryły w pamięci, bo to była taka równa walka. Szliśmy razem. Te dwie pary. I nam się nie udało, a im się udało. Więc to pamiętam doskonale. Jej córa jest zdrową sześciolatką, równie szaloną jak jej mam i z zakręconymi włosami. Aczkolwiek wszystkie momenty pamiętam i wszystkie się wyryły, ale jak teraz o tym mówię, to myślałam, że gdzieś jeszcze mnie to w środku dotyka, ale chyba już nie. Chyba to jest takie czyste wspomnienia, że to było, że to jest też część naszej historii i super, że te dzieciaki są. I super, że te mamy mogą się cieszyć z bycia mamą. I super, że noszą te same problemy, co ja i słuchają tych buntów.

    Fajnie, że mogłam wejść wreszcie w ich historię. Fajnie, że mogłam być taką częścią… wiesz, fajnie jest być “ciocią na medal”. Super jest być ciocią i w ogóle fajnie jest rozpieszczać te dzieciaki, spędzać z nimi czas. W tych wózeczkach, te spacery, to jest super. I cieszyłam się tym całą sobą, w każdym momencie w którym rzeczywiście, gdy byłam na spacerach i spędzałam z nimi czas. Ale zamykają się ich drzwi, wsiadasz do auta i jest takie: kuźwa, ja też tak chcę. Dlaczego jestem tylko ciocią.



    To teraz mam.

    Co prawda, gdzieś w środku mam takie… znaczy ja się nabyłam w tych wózeczkach, w tych kółeczkach, w towarzyszeniu im jako ciocia. Jak to moja przyjaciółka mówi:

    – Wiesz, ominęła Cię ta orka, tego wszystkiego, wiesz tych ząbków, tego płaczu, tych kupek, tego wszystkiego…

    I niby fajnie, że mnie ominęła, że mnie ta orka ominęła, jakby tutaj – nie jestem tym zmęczona. Wiem, że moja orka (w cudzysłowie oczywiście) jest trochę na innym pułapie i poziomie, ale czasami tak sobie siadam i mam takie: jacie, ja nie widziałam, jak Ci rosną pierwsze zęby. Kurdę, ja Ci nie przewijałam pampersów. Ja nie nosiłam takiego bobaska.

    On teraz czasami chce, żeby Go nosić. Ale już jest ciężki, to nie da się już tak, jak bobasa położyć. Więc nosimy – i nie ma, że nie noś, bo przyzwyczaisz. Po prostu nosimy, bo On tego potrzebuje, ale wiesz tak – ponoszę, ponoszę i muszę usiąść. No to Cię po przytulam na siedząco, chodź tutaj. Jest czasami takie kłucie w sercu – ten Twój pierwszy krzyk, te Twoje płacze w nocy… Ja wiem, że każdy rodzic, no może nie wspomina tego jakoś rewelacyjnie, bo to jest pewnie turbo zmęczenie, ale jest takie trochę uczucie, że zostało mi to odebrane, a właściwie nie…, nie było mi to dane. Nie było mi to dane, że pierwszych kroczków nie widziałam, no nie wiem… wiesz, wszystko takie, co Wy możecie sobie wspomnieć, a ja tego nigdy tego nie wspomnę. Nie opowiem Mu o tym. No i najgorsze jest chyba też to, że On nie ma… żyjemy w XXI wieku, wszyscy mają filmiki, zdjęcia, a my tego nie mamy.

    I On często o to wypytuje: zobacz, ciocia ma takie malutkie zdjęcia swojej córeczki, a ty masz moje jakieś stare?

    Więc tak naprawdę jakieś pierwsze filmiki, nagrania to są z takich pierwszych dni i czasu kiedy u nas był. Pierwsze nasze spotkanie, my oczywiście wszystko to fotografowaliśmy i nagrywaliśmy, bo chciałam, żeby to było taką podstawą do części jego historii, i czymś, na czym się będę mogła podeprzeć, żeby mógł sobie to zobaczyć. Jest kilka filmików, które Go turbo śmieszą, bo był jeszcze takim…:to nie, to nie, daj – nie, noś… wszystko takie, co jest typowo dziecięce. I On się z tego śmieje. On się cieszy, że może to obejrzeć. Czasami sam prosi: pokaż mi jak byłem mały. Ale czasami pyta, czy mam takie zdjęcia jak był małym bobaskiem. A ja nie mam skąd Go mieć. Więc tego po prostu pokazać mu nie mogę, więc to też jest takie czasami przygnębiające. Szkoda, że nie mogę Ci tego pokazać. Nie mogę tego opowiedzieć, nie mogę tego wspomnieć, ale no mówię bardziej w swoim imieniu, ale wydaje mi się, że mój mąż ma bardzo podobne do tego podejście. Czasami o tym po prostu siadamy oboje i przegadujemy. Więc ciężko mi o tym powiedzieć z perspektywy faceta ale uwierzcie kobiety, że facet przeżywa to równie mocno. Myślę, że tak samo jak walkę o dziecko. No nie? Doskonale o tym wiecie, że Wasi mężowie byli z Wami mocno, i wydaje mi się, że też warto o nich mówić, i o nich pamiętać. To jest ten filar, przynajmniej ja mam taki filar w postaci mojego męża. Ja mu tak wielokrotnie powiedziałam, że… wiesz, gdyby nie Ty, to ja bym się tak rozsypała, że po prostu koniec. To jest taka tarcza, nawet teraz:

    – Eej, On Ci nie da tego nagrać, wezmę go na rower. 

    Jakby to jest tak oczywiste, że On jest w tym wszystkim, że On towarzyszy, że spędza z nami czas, że to nie jest, że Mu bardzo dziękuję – bo On jest pełnoprawnym rodzicem. Ale jest takim filarem i taką, jak ja Go nazywam – oazą spokoju i moja mama mówi:

    – Proszę bardzo. Twoje dziecko, jest kopią Ciebie z dzieciństwa. A masz! Bo ty się wiecznie darłaś, że byłaś taka, że ciebie wszędzie było pełno. Wiesz kiedy przestawałaś mówić? Jak spałaś. I On jest identyczny.

    Musiał się z Tobą przywitać, po prostu pomachać, powiedzieć cześć. W ogóle nie odpuściłby. No i mama się zawsze śmieje, że jak Ona Go widzi, to Ona ma mnie przed oczami sprzed 30 lat, że to jest po prostu kopiuj-wklej. Kopiuj-wklej masz po prostu swój taki mini charakterek biegający. Więc najczęściej my się trzemy. Wiesz – ja mam swoją siłę – Ty masz swoją. Z samą sobą walczę czasami. A On jest taką naszą oazą spokoju. On jest taki racjonalny, On jest taki:

    – Dobra weź, już odpuść. Już sobie usiądź. Dobra, ja w ogóle ja się w to nie wczuwam, daj mu niech sobie pokrzyczy.

    Ja się czasami zastanawiam, jak On ze mną wytrzymuje, serio. Do tego wszystkiego mamy psa, o dziwo śpi (obym nie zapeszyła), bo ona ma charakter mój i mojego syn, więc po prostu wiesz – turbo rozdarta i wszędzie jest jej pełno. I On. Jeden. Z całej czwórki domowników jest taki spokojny. Chociaż On też się potrafi wkurzyć (żeby nie było, że On jest takim aniołem chodzącym – bez przesady:)), ale myślę, że gdyby też nie On, to dużo z tych rzeczy też się nie miałoby prawa wydarzyć. Bo jednak… super jest mieć wsparcie w mamie, w rodzicach, w rodzeństwie. Świetnie jest mieć najlepsze przyjaciółki świata, które Cię zawsze wspierają, ale jednak, ta historia zamyka się w czterech ścianach domu i tak naprawdę ona tam się toczy najbardziej. I wydaje mi się, że jeśli nie masz takiego poczucia, że masz kogoś, kto jest 100% za tobą, to czasami jest ciężko. Myślę, że nie tylko w tej kwestii, bo w kwestii każdej życiowej. W kwestii walki. W kwestii leczenia. W kwestii wszystkich lekarzy, badań – wszystkiego. Bo jak nie masz filaru – to leżysz po prostu i czasami ciężko Ci się podnieść. Mnie też ciężko było się podnieść, ale miał jakby kto z tej podłogi podnosić, z tej rozpaczy. Teraz też jest świetną opcją wsparcia w tym życiu, życiu po adopcji.

     I czy się zmieniło (życie)?

    Zmieniło się. Jest pełne. Jest pełne łez wzruszenia i chaosu też, ale jest pełne. Więc na ten chaos też człowiek czekał, więc jakby w ogóle – o co ci chodzi, przecież Ty tego chciałaś. Ten chaos jest wpisany w Żyćko.



    No więc tak, zmieniło się. Zmieniło się, ale czy tak diametralnie? Ja naprawdę czasem mam wrażenie, że ja nie pamiętam czasu przed. To są naprawdę tylko dwa lata, a ja po prostu, sięgając pamięcią… ok, przecież ja wiem, co się działo w naszym życiu, ale czasami tak się pytam: 

    – Ej, też masz tak, że Ty się czasami zastanawiasz, ile On z nami mieszka, że zapominasz absolutnie, że On nie jest z nami od początku.

    – Tak, bardzo często.

    I to nie jest tak, że my siadamy i codziennie pamiętamy – tak, dzień dobry nasz adoptowany synku, jakby witamy Cię po raz kolejny w naszym… Nie. Absolutnie. Zbudzisz się, Boże jest wpół do siódmej, idź do siebie jeszcze na 5 minut. Chociaż teraz to wpół do siódmej jest rewelacyjnie, kiedyś to była 5:30, albo 6:00 i jakby, idź spać synu, masz jeszcze 4 lata, 5 za chwilę – ogarnij spanko. Ale jak śpi do 8:15 to sprawdzam, czy oddycha, bo to jest nienaturalne.

    Więc mówię, mam absolutnie normalne życie.



    Więc drodzy ludzie, którzy czujecie, że wyczerpaliście swoją drogę w staraniu się o dzidziusia w sposób naturalny, bądź w sposób, który medycyna oferuje, albo po prostu medycyna i wszystko inne mówi: przepraszam, ale tu nic się nie da więcej zrobić i macie z tyłu głowy lampeczkę – może by jednak pomyśleć o adopcji? To usiądźcie przy dobrej ciepłej kawce. Przy ciachu, legalnym, żeby nie było – z przepisów Akademii;). I sobie przegadajcie. Nie wiem, może rozpiszcie wszystkie za i przeciw. To na ile jesteście gotowi. Pomyślcie też o tym, kto fajnie by było, żeby Was wsparł. Taki ktoś, kto po prostu będzie z tyłu. Do kogo będziecie mogli wyjść, zadzwonić, pogadać. Naprawdę, to wsparcie jest nieocenione. Ja sobie myślę, że Ci wszyscy ludzie, którzy są za nami,  czasami sobie nie zdają sprawy, jak bardzo cenni są. Bo naprawdę, to, że My jesteśmy dla siebie turbowsparciem, to, myślę, że my też czasami potrzebujemy tego wyjścia na zewnątrz, i tego pogadania o tych domowych takich problemach. Bo my nie jesteśmy ludźmi bezproblemowymi, my nie mamy takiej bańki miłości. Mimo tego, że jesteśmy dla siebie takim turbowsparciem i kochamy się nad życie. Ja sobie nie wyobrażam żyć bez mojego męża. Absolutnie!

    (Mam nadzieję, że On beze mnie też nie).

    Ale potrzebujesz tego wentylu wyjścia z czterech ścian, z tej chałupki, gdzie toczy się normalne życie i są normalne problemy. Wszyscy mamy je podobne bądź zbliżone.

    I ci ludzie, to jest taka po prostu Twoja baza, taka – ej, wychodzę, mam Ciebie, mogę zadzwonić. Przecież moja przyjaciółka już tam przebiera nóżkami i czeka, aż jej napiszę, że już skończyłyśmy nagrywać. Ona się tak jarała, że wczoraj już:

    – Ej, stresujesz się, czy się jarasz, bo ja się tak jaram i będę mogła dziś posłuchać.

    Więc to jest takie fajne. Oprócz tego, że towarzyszysz mi w tych takich ciężkich momentach, to jarasz się ze mną tym. Bo ja się teraz już w ogóle opowiadam, tu sobie trochę popłaczę. Widzę Ciebie (Zosiu), widzę Twoje reakcję, Twój uśmiech i to kiwanie głową – tak, też, jestem mamą, to teraz już czuję taki luz.

    Ale jak się zgodziłam, to miałam takie: ej, co ty w ogóle robisz, skręt żołądka będzie nie z tej ziemi ze stresu, a wczoraj już miałam takie mrowienie i mówię: ale będzie fajnie, ja cię kręce, będę w internetach.



    I to jest takie zataczanie kółeczka o tych magicznych koniczynkach, które zrywałyście i które wysłałyście, i przysięgam Ci, że ja byłam turbo-wzruszona, że ja dostałam ten liścik. Ja go później gdzieś tak wcisnęłam, że nie miałam pojęcia, gdzie on jest. Do swoich przydasi pewnie. Wszyscy mają przydasie i wszystko się przyda, ale nie wyrzucajmy tego – i on gdzieś sobie leżał i ja tak sobie pomyślałam: no tak, te czterolistne koniczynki, to wszystko przecież jest super, że ty tak jakby masz ciągle takie marzenie, ale…no pewnie komuś się spełniło. Ale no nam… znowu nie. Super, że dziewczyny mnie to wysłały, ale jest, kiedyś sobie o tym wspomnę… i serio ja to znalazłam w momencie, kiedy ogarnialiśmy tutaj pokój. 

    Tak jak Wam napisałam, po prostu usiadłam, otworzyłam tę kopertę, mówię, co tu jest? Co to jest za koperta, jakiś dokument? Otwieram. Mówię: 

    – Ej koniczynko, spełniłaś swoje zadanie. Dzień dobry bardzo. Fajnie, że jesteś. 

    I to była pierwsza myśl, że ja muszę do Was napisać. 

    Te koniczynki serio – to jest magia w najczystszej postaci. 

    Teraz wiem gdzie jest ten list. Ma swoje magiczne miejsce. Ja czasami sobie do niego tak zaglądam i jak odezwałyście sobie storkę (rolkę na Instagramie) wtedy też, właśnie o tych koniczynkach, że ja do Was napisałam i później zobaczyłam ten post, i się tak zalewałam łzami, że w ogóle: 

    – Ej, hi (cześć), wiesz ile lat temu marzyłaś o tym, żeby móc mieć jedną storeczkę, że ci się udało, a ty jesteś… ty masz post, pokazują to, że naprawdę – to nie jedno ma imię. To imię “adopcja”, też jest macierzyństwem, rodzicielstwem. Rodzicielstwem przede wszystkim. Też możesz mieć swoją historię i wcale nie musisz zakończyć jej Akademiowo-dietowo idealnie, że możesz pokazać też, że jest inna opcja, że ta opcja jest super. 

    Nie wiem, czy jest dla wszystkich – myślę sobie, że nie. 

    Ja ostatnio usłyszałam taki głos od osoby jednej z rodziny, że: 

    – Wiesz, ja bym się nie zdecydowała, ja bym nie dała rady. Jakby podziwiam Was, ale ja bym nie dała rady.

    Ja sobie wtedy myślę, co tu podziwiać. Ja po prostu spełniam swoje marzenia. To nie jest nic do podziwiania. Bo my też nie chcemy takich wiesz… ja powiedziałam na początku – ukłon w Naszą stronę, ale nie w stronę nas, konkretnych dwojga ludzi, że trzeba wielce się kłaniać, wynosić nas na piedestał, bo halo, ja spełniam też swoje marzenia. Jestem samolubna, ja chciałam mieć to dziecko. Nie jest tylko tak – o kochany synu, teraz jestem fantastyczna, bo mogłam Ci dać inne życie. Ja wiem, że tak jest oczywiście, ale nie oczekuję oklasków. 



    My chcieliśmy mieć dziecko. My po prostu chcieliśmy być rodzicami, to jest trochę samolubne. 



    Halo, ja chciałam, żeby ktoś mówił do mnie mamo, nie tylko ciociu. Jestem mamą chrzestną, owszem. Dwóch shogunów. W ogóle mam samych facetów. Samych. Jacek ma jednego i za chwilę drugiego chrześniaka, właśnie tego roczniaka. Ja mam dwóch chrześniaków. Mamy syna. W ogóle wszędzie są faceci, a moje przyjaciółki mają córki. Idealnie się to dopełniło. No w każdym razie, to było trochę samolubne. To nie jest na oklaski, ale przyznała (ta osoba), że ona by się nie zdecydowała, bo wie, że to nie jest tak jakby dla niej. Nie dla jej charakteru. I ok. I super to jest. Tak samo jak ja zrezygnowałam z opcji in vitro, tak? A wiele par dzięki temu ma po prostu biegające szczęścia. Więc też super, że się na to zdecydowali. Wydaje mi się, że każdy ma swoją drogę i nikomu tego oceniać, bo rewelacja, że się udało samą dietą… znaczy samą, tutaj robię duży cudzysłów, bo my doskonale wiemy, że to jest kawał roboty dla Was. I tego, że same jesteście pięknymi żywymi przykładami, że się da.



    Ale nawet jak się okazuje, że nawet jeśli się totalnie poddaliśmy diecie, wszystkim opcjom lekarzy, zrobiliśmy naprawdę wszystko. Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wyprostuję się i powiem, że ja naprawdę zrobiłam wszystko. Słuchaj synu, ja naprawdę zrobiłam wszystko. Ja sobie nic nie zarzucę. Po prostu podjęliśmy świadomą decyzję, że opcja in vitro nie jest dla nas, a inseminacje no kazali nam sobie odpuścić.



    Tutaj była kolejna z dróg. Dla nas oczywista, ale nie musi być oczywista dla wszystkich. I nawet ci, którzy jak twierdzą, nas podziwiają nas, ale by nie dali rady, no to ok.

    Tak samo, jak wiesz, nie wszyscy muszą nam mówić, ale super, że to zrobiliście, tylko mogą sobie pomyśleć, czy oni są tego pewni? I też mają do tego prawo. Tylko jedno – ja tego nie muszę słuchać. Nie musisz mi tego mówić. To tak samo jak wiesz, takie dobre rady cioć, wujków i przyjaciół, i nie tylko, właśnie w całym procesie leczenia, że niejedną „dobrą radę” w dużym cudzysłowie słyszałaś i słyszy je mnóstwo kobiet, bo nawet na Waszym profilu jest o tym – wystarczy kliknąć i tego posłuchać, i się załamać. Przeczytać to i powiedzieć: Jezu, żyjemy w takim świecie… serio?! Postukać się w głowie, tak, jak Ty w tym momencie, więc naprawdę to jest. Ja też tego nie muszę słuchać.



    A stereotypy społeczeństwa o które też tutaj pytałyście – są też jakby.

    Np. a wiesz jakie to geny? A wiesz, co z tego wyrośnie? Jesteś pewna? Wiesz no bo wychowanie, wychowaniem ale no gena nie oszukasz. 

    To nadal to jest, mimo tego, że o adopcji się już mówi dużo głośniej i Bogu Dzięki.

     I dzięki też tej dziewczynie, o której ciągle myślę, i mówię bez nicku na Instagramie, ale ona też ma wiele historii. To trochę tak, jak Akademia Płodności, i tak piękne kafelki, że „się udało” i testy, i te małe bobasy to ona tam ma sporo ma tam swoich, jak ona mówi “dzieciaków”, bo dzięki jej wsparciu też wiele osób się naprawdę zdecydowało na to, żeby jednak tą drogą iść. Ona też jest super. Jak na nią mówię “żmija”?. Super, superwsparciem jest, więc naprawdę i myślę, że ona też ma takie właśnie swoje dzieciaki, i dzięki temu, że była wsparciem, to też dużo osób się zdecydowało.

    No i tak jak powiedziałam na początku nikt Cię nie zrozumie bardziej niż ktoś, kto przeżył. Więc jeśli tylko ktoś chciałby porozmawiać, to ja służę oczywiście pomocą.

    Nie wiem, czy jestem odpowiednią do tego osobą, aczkolwiek – my też mamy taką swoją mini grupkę wsparcia z tych ludzi z ośrodka. Każdy z nas ma troszkę innego dzieciaczka, z trochę inną historią, i inaczej też wiekowo, chociaż są w podobnym wieku. Dwóch chłopców jest dużo młodszych, ale ogólnie dzieciaczki są w podobnym wieku. Wiesz, pewnie to spotkanie by głównie polegało na morzu łez, ale takich wzruszenia, takich też trochę bólowych, że jednak te nasze dzieciaki musiały tyle przejść, żeby z nami być.

    I to jest takie super, że możesz o tym z kimś porozmawiać, ten ktoś wie, co w ogóle myślisz, co czujesz, tylko wiesz to jest takie spojrzenie na siebie, i yhmm, I know (ja wiem), też to mam, też to czuję, więc to…



     poczekaj, bo śmieciara wyrzuca śmieci…

     

    Z.: Żyćko.



    P.: Będzie to słychać.



    Z.: Żyćko.



    P.: Niby usiadłam w najcichszym pomieszczeniu, no ale oczywiście Żyćko.



       Więc wydaje mi się że tutaj chyba takie, to jest takie turbowsparcie, ale takie wsparcie ludzi totalnie z zewnątrz. Totalnie laiczków, którzy… 



    (upewniam się, że się nagrywam… Dobra nagrywa się, bo wiesz godzinka rozmowy minęła…:))



               Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan?



    P.: (Wsparcie) Ludzi takich kompletnie, takich też na chłodno (oceniających), bo ja też potrzebowałam takich, że ja usiadłam, wyryczałam się, opowiedziałam i na przykład słyszałam:

    – Wiesz co, jakby nie do końca to rozumiem. Też nie do końca wiem, co czujesz. Ja nie umiem ci tego w jakiś inny sposób wytłumaczyć, ale słuchając tego, wszystko jest okej. Wiesz, wszystko jest okej.

    Ja potrzebowałam tylko takiego “wszystko jest okej” i bywały momenty, kiedy ja siadałam, wyłam w poduszkę i sobie myślę: boże ile jeszcze dźwignę, czy ja naprawdę dam radę. 

    A później sobie myślałam, że każda mama ma swoje momenty, kiedy się zastanawia, czy po prostu da radę. Są mamy…, zresztą Ty też jesteś tego przykładem i a propos historii, że nie zawsze te początki są kolorowe. Nie? Że nawet jeśli masz wymarzony cud i Go rodzisz, to, to nie zawsze jest tak instagramowo. Nie zawsze jest tak pięknie. Nie zawsze jest tak, jakby się chciało, żeby było. I mimo też robisz wszystko absolutnie, żeby było idealnie, żeby te wyniki były świetne, żeby to dzieciątko się urodziło zdrowe to… „Żyćko”.  To Żyćko.



    Więc też nie na wszystko miałam wpływ, ale Żyćko zatoczyło piękne koło i ja się bardzo cieszę, że ono tak wygląda, naprawdę.

    Ja jestem szczęśliwą mamą z problemem, jak każda normalna mama.

    Z radościami, jak każda normalna. Ze wzruszkami, jak każda normalna. Wiesz, już pierwsza laureczka gdzieś tam “kocham Cię mamo” napisana najkrzywiej na świecie i podpis, po prostu kaligrafia kompletna, ale pięknie. Najpiękniej i oczywiście włożona w magiczne pudełeczko ze swoją drogą kopertą z koniczynką, i mam swoje magiczne pudełeczko wszystkich pierwszych rysunków.

    Te stokroteczki w tych rączkach przeniesionych, wyczekane. To jest kolejny symbol oprócz koniczniki, więc to są momenty na które człowiek czeka i ile razy sobie ich nie wyobraża. Boże, to takie historie w głowie pisane, że po prostu kosmos i one się dzieją. Może nie są utkane dosłownie z marzeń, ale są takie, jakie miały być. Dokładnie, po prostu nie mogły być inne.



    Więc wiesz, On jest kompletnie nasz. Absolutnie. W ogóle nie myślę o tym, że nie. Po prostu On jest nasz od A do Z, z turbo wrażliwym sercem taty i z podłym charakterem mamy;).



    Ludzie czasami mówią, że te dzieciaczki, które są adoptowane one się upodabniają wizualnie i charakterem. On ma swój charakter. Nie jestem przekonana, że od początku był charakterny mocno i jestem przekonana, że od początku miał, turbo dobre serduszko, i myślę, że teraz po prostu jest moment, w którym On może rozkwitać, i się rozwijać, i cieszę się, że się to dzieje w czterech ścianach naszego domu. Bardzo.

    I myślę sobie, że rzeczywiście się trochę upodabnia. Bo po prostu jest nasz. Cieszę się, że po tych dwóch latach naprawdę wszedł kompletnie w rodzinę i jedną, i drugą. Jest absolutnie zaakceptowany przez jedną i drugą rodzinę, i naprawdę jest takim… (jak to nasi sąsiedzi się śmieją) jest taką iskiereczką. Wiesz mamy wszystkich sąsiadów, którzy są albo starsi, albo no mają już takie duże dzieci, więc zbiega tak z tego 3 piętra po prostu i hałasuję, i wszyscy cześć, cześć, cześć! Dzień dobry, dzień dobry! Więc On, jakby jest taką iskiereczką tutaj. Serio. I tak jak powiedziałaś, jak go zobaczyłeś, „Boże co za uśmiechnięty człowiek”. Tak. To jest dziecko, które albo się śmieje całym sobą albo się wkurza całym sobą. Więc ze skrajności w skrajność idealnie, ale naprawdę jest pogodny jest naprawdę… czasami sobie myślę… synku ile Ty nosisz w tej swojej główce, a Ty tak potrafisz się z wszystkiego cieszyć.

    Pamiętam pierwszy tort, bo teraz będzie nasz drugi wspólny. Właściwie przeżyliśmy te jego trzecie urodziny też z nim, ale nie tak, jakbyśmy chcieli to przeżyć. Po prostu byliśmy tego dnia razem. Więc jakby ten pierwszy tort spidermanowy był bardzo istotny dla Niego i On tak skakał z radości, jak mógł zdmuchnąć tę świeczkę, że po prostu… jest takie: ahhh. Każde dziecko, jak ma urodziny, chcesz mu dać wszystko w ten jeden dzień po prostu takie wymarzone. A ten tort był taką radością wiesz takim „wow! To jest mój, jakby kompletnie moja impreza”. Chrzciny też miał, jak miał prawie 4 lata, trzy i trochę więc absolutnie było to dla nas istotne. Bo ta dam, obraziłam się na boga, więc jakby przyjęłam na klatę jego fajny plan, więc ok, już jesteśmy. Już mamy sztamę. Więc oczywiście było to dla nas bardzo istotne, żeby On również miał swojego anioła stróża i on też bardzo dla niego to było istotne, że teraz nawet mówi tata będzie chrzestnym, a moim chrzestnym jest…. i tutaj wypikuje imiona, bo dla niego też to było takie istotne, że to była też jego impreza, i to byli jego goście. Szykujemy się na piąte urodziny, więc tutaj też jest oczywiście konkretna tematyka, i wszystko, i serwetki i wszystko musi być tak, jak trzeba.

    I cieszę się, że mogę to robić. Bardzo się cieszę, bo ja o tym marzyłam i bardzo się cieszę, że mogę spełniać jego małe marzenia. To jest takie super, że jakby „Ty” (synku) jesteś chodzącym spełnionym moim marzeniem, i teraz jakby naszym zadaniem jest, żeby spełnić wszystkie Twoje małe, i duże marzenia. Jakby “cześć witaj w świecie szczęścia i normalności mały człowieku i żyj tak, żebyś chciał przeczytać później tę historię aby naprawdę… żeby powiedzieć, że się udało…”



    (Nie wiem, ile z tego [nagrania] Karol poskłada? Będzie musiał moje wzruszki wyciszać. Kawał ciężkiego masz zadania.)



    Z.: Absolutnie, Karol nie pozwalam. Nawet nie próbuj tutaj nic wycinać. Zabraniam. Ewentualnie moje chlipanie, po drugiej stronie, żeby nie dokładać.

    P.: Ja się bardzo staram odsuwać od tego mikrofonu, jak sobie wiesz tutaj… wzdycham, ale myślę, że nie zawsze mi się udaje, no wiedziałam że się…, o poczekaj nawet mi słuchaweczka wypadła.

    Wiedziałam, że się wzruszę, ale no to jest ogrom emocji i rzeczywiście dostałam pytanie, jak się dowiedziała moja przyjaciółka, zresztą nie tylko moja przyjaciółka, bo jeszcze jedna osoba też się dowiedziała, że to nagrywam… mam nagrać.

    To obydwie zadały pytanie:

    – Czy jesteś gotowa, żeby opowiedzieć tę historię?

    Ja mówię: wiesz co? Chyba jestem, znaczy jakby ja ją ciągle przeżywam, ale na pewno będę wyć… i to było oczywiste.

    Jakby ja wiedziałam, że ja wiesz… ja jestem miękka pupa po prostu. Ja tyle razy czytam wasze historie i o Jezus, ja tak chlipię po drugiej stronie. No w ogóle no ja jestem taki mocno emocjonalny człowiek, więc wiedziałam, że będę wyć, ale z drugiej strony sobie tak pomyślałam, a jeśli jedna osoba to odsłucha i ta jedna osoba usłyszy o tym, że naprawdę jest happy end (szczęśliwe zakończenie) i jest super życie. Normalne, nie odbiegające od rzeczywistości, jest super życie. Da się. No i jeśli mogę być taką małą cegiełką do tego, że ktoś jednak pójdzie do tego ośrodka, i chociaż po prostu zapyta, i nie wiem, i nawet skończę kurs, i pomyśli o tym, a może ktoś jednak zamieszka w kolejnym domu, i będzie miał piękną historię? To czemu nie? To jestem.

    Z.: Paulinka, ja Ci bardzo dziękuję. Bardzo. Naprawdę, bo Twój głos w ogóle, wiesz Ty jesteś takim naszym akademiowym człowiekiem. My po prostu tyle lat, ile my wymieniamy wiadomości. Mamy niewiele takich dziewczyn jak Ty z którymi przez tyle czasu…

    P.: Powiedz mi, ile lat jest Akademia, bo próbowałam tak policzyć…?

    Z.: Akademia jest 7 lat.

    P.: No to jestem od początku.

    Z.: Jesteś naszym człowiekiem, który mam wrażenie, że tak towarzyszymy i jestem Ci tak bardzo wdzięczna, że poświęciłaś kawał swojego serducha na to, bo wiesz może tego po drugiej stronie właśnie słucha jakaś inna Paulinka. Może Ona jest te trzy kroki za Tobą i może miała te same pytania, które rodziły się w Twojej głowie. Ja myślę, że zasiałaś bardzo wiele takich małych ziarenek, które sobie zaczną kiełkować w głowach osób, które dla których może adopcja to nie była ta od zawsze oczywista droga, tylko może właśnie życie pisze swoje scenariusze, i zaczynamy o tej gałązce, o tej odnodze myśleć.

    A ja teraz patrzę na Ciebie cały czas i widzę to Wasze zdjęcia z tyłu. Przyklejone tą Waszą taką pełnią i wzruszam się na maksach i jesteście piękną rodziną, i pięknymi ludźmi, i to, że my jesteśmy w Was zakochane z Anią, od lat, to wiemy, ale teraz możemy to wyznać publicznie.

    Więc ja sobie pozwalam na ten przywilej, który mam, żeby Ci powiedzieć, Tobie i Twojemu mężowi, i Temu małemu roześmianemu człowiekowi, który tutaj machał jakiejś obcej cioci (którą po prostu widzi) – hej! Jesteście pięknym obrazkiem tego, że macierzyństwo, rodzicielstwo może wyglądać też tak, i być tak totalnie normalne. Dziękuję.

    P.: Zdecydowanie, teraz mi zabrakło głosu…

    Z.: Dziękuję.

    P.: … bo się po wzruszałam, też dziękuję bardzo i bardzo dziękuję za to, że Akademia Płodności zrobiła powiem taki ukłon w stronę naszą. Naszą w sensie mam na myśli wszystkich mam i tatusiów, którzy są tatusiami adopcyjnymi, mamusiami adopcyjnymi. Może to nie jest tak, że my chcemy o tym trąbić na lewo i na prawo, bo wiesz na przykład my mieszkamy w małym społeczeństwie, i no kurcze nagle się pojawił trzylatek, nikt nie pomyślał o tym, że przecież, halo – ona nie była w ciąży. Więc niby się nie mierzę z tym wzrokiem, absolutnie, ale oni wiedzą. To też nie chodzi o to, że mamy strasznie głośno o tym mówić, że konsultacje są jakieś super, i wszyscy muszą adoptować dzieci. Nie. Ale chcemy, żeby wiedzieć, że tak też można i że to jest też super historia, i plan na rodzinę. 

    Więc bardzo dziękuję, że miałam tę możliwość, mam nadzieję, że wychlipanie nie będzie jakoś tak bardzo słyszalne, ale no nie dało się inaczej.

    Z.: Ty jesteś prawdziwym człowiekiem. Naszym. Z każdym chlipnięciem nosa. Ale też jestem pewna, że nie tylko my dwie chlipiemy, tylko czuję, że będzie innych chlipnięć po drugiej stronie też sporo.

    Dziękuję Ci.

    P.: Cieszę się, niech sobie pochlipią i niech mają ten plasterek na serduszko, jeśli rzeczywiście potrzebują tego, to bardzo proszę.

    Z.: Dzięki.

    P.: Rozgośćcie się w tej części adopcji.

    Z.: Miałam bardzo dużo pytań, ale wiesz jak sobie je wyobrażałam, że muszę Cię o coś zapytać to dosłownie trzy zdania później Ty zaczynałaś o tym mówić. Naprawdę…

    P.: Bo ja jestem Wasza, no.

    Z.: … I potem nawet przekręcałam oczami i myślę sobie: Boże, naprawdę serio? Właśnie chciałam o to… , chciałam o ludzi zapytać, a Ty zaczynasz mówić o ludziach. Chciałam o TO, Ty zaczynasz O TYM… więc nie mam więcej pytań. 

    Nie mam więcej pytań, dziękuję wyczerpałaś ten temat. 

    Dzięki za nakreślenie Waszej historii i życzę Wam tego, żeby to Żyćko dalej było po prostu normalne. Z wyzwaniami, które na Was czekają ale również z tymi bukietami stokrotek i innymi cudownościami, które na pewno czekają.

    P.: Tak, z tymi pięknymi „dniami mamy” i tymi wszystkimi cudownymi dniami. 

    Dziękuję bardzo, bardzo, bardzo, bardzo.

    Z.: My również.

    P.: Do zobaczenia i do usłyszenia na pewno, bo My się już spisujemy.

    Z.: Mamy nadzieję, że ten kontakt cały czas będzie.

    P.: Ależ oczywiście, możecie na to liczyć. Jesteście na mnie skazane.

    Z.: Dzięki Paulinka, dzięki. 

    A Wam dziękuję Wam bardzo za odsłuchanie naszego podcastu.

    Artykuł #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #099 – Jak powiedzieć o ciąży

    10.07.2025 | 27 min.
    Dotykamy dla Was niełatwego tematu, o tym gdy coś Wam ciąży na wieść o CIĄŻY.  

    Zdarza się, że w życiu Staraczy pojawia się pewnego rodzaju emocjonalny dysonans za sprawą “ciąży” bardziej lub mniej bliskiej Wam osoby. Kiełkująca wówczas radość, wpada na jedną szalę z zazdrością, chwiejąc dobrze wyważoną dotychczas relacją. Odnalezienie równowagi może być trudne, szczególnie gdy o tak ważnym momencie informuje Was świat lub powiększający się obwód w pasie, a nie bliska (jak Wam się wydawało) osoba. Często pytania “jak powiedzieć” i “jak przyjąć” wiadomość o ciąży sprawiają wiele trudności po obu stronach tej niecodziennej barykady.

    Czy jednak trud ten się opłaca? Czy warto walczyć o relację, gdy ktoś stawia pomiędzy Wami mur? Jak podzielić przestrzeń do wzajemnych emocji i nie zamieniać jej w przepaść nie do przejścia.

    Zapraszamy do wysłuchania podcastu.

    Plan odcinka

    „Chcę Ci coś powiedzieć…” co czujemy, gdy ktoś mówi o ciąży

     Czy da się powiedzieć tak, żeby nie bolało?

    Radość spotyka ból i co wtedy?

    Gdy szczerość boli mniej niż cisza

    Dwie historie, dwa zakończenia

    Relacja czy mur

    Nikt nie ma jednej recepty…

    Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI 

    Ania: O jakie masz skarpety w serca.

    Zosia: Bo ja jestem pełna miłości dla świata.

    A.: No fajne, fajne – ładne skary. Tu się bardzo dużo dzieje w tym biurze.

    Z.: I pan za oknem też kosi trawę, więc mamy nadzieję, że tego nie słychać…

    A.: Buła (piesek) walczy z posłaniem.  

    Z.: Bułę to możemy eksmitować stąd w każdym momencie, ale pana za oknem…

    A.: Nie bardzo… ale słychać, że wiosna…

    Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Wartość rozmowy i pokładane w niej nadzieje, gdy ktoś jest “przy nadziei” 

    A.: Dzisiaj poruszymy temat tego, jak powiedzieć komuś o ciąży i o tym porozmawiamy, bo pytań (jest wiele), a to pytanie pojawia się na naszej skrzynce często i uznałyśmy, że fajnie by było mieć możliwość odesłania do naszej rozmowy na ten temat. Pytania, które zadają te osoby dane, są w ciąży na przykład po długich staraniach i zachodzą w ciąże, i boją się powiedzieć osobie, która towarzyszyła im podczas starań, i również stara się o dziecko. Czyli również mierzy się z tematem niepłodności. Często piszą również do nas osoby, które nie mierzyły się z niepłodnością, a które chcą podzielić się informacją o ciąży z osobą właśnie która się mierzy z niepłodnością, natomiast nie wiedzą właśnie, w jaki sposób to zrobić, żeby było jak najlepiej.

    Z.: No i teraz po takim pięknym wstępie pasowałoby tutaj teraz powiedzieć, że: ale my znamy na to sposób i dzisiaj Wam powiemy, w jaki sposób możecie się tym podzielić, żeby to było lekkie łatwe, i przyjemne. I teraz takie tutututu… Nie ma takiego sposobu.

    A.: Myślę, że tak. Myślę, że każdy po naszej rozmowie – być może znajdziecie po prostu odpowiedni sposób na to, jak to zrobić w Waszym życiu, natomiast czy jest taki złoty środek? Nie wydaje mi się.

    Z.: Ja bym w ogóle powiedziała od razu, że go nie ma. Od tego bym zaczęła, bo ten podcast mógłby się spokojnie nazywać: jak nie zrobić tego najgorzej na świecie, ale nie wyobrażajcie sobie please (proszę), chociaż bardzo byśmy chciały być w posiadaniu takiej wiedzy, że my tutaj Was dzisiaj oświecimy – jak powiedzieć o tym osobie starającej się o dziecko, tak żeby jej to nie dotknęło i żeby była zadowolona. Bo sorry (przepraszam), na 99% mogę powiedzieć, że na pewno będzie to dla niej druzgocąca (w pewien sposób) informacja, bo to będzie także ta jej jedna z osobowości, jedna z jej stron będzie się bardzo cieszyć z Wami, a druga będzie bardzo cierpieć, bo to nie ona będzie tą osobą dzielącą się tym szczęściem. To jest wydaje mi się, że zrozumienie tego i nie oczekiwanie od siebie, i od tej drugiej strony tego, że my to zrobimy najlepiej na świecie, a ta druga strona to przyjmie najlepiej na świecie – będzie chyba najbardziej odpowiednim podejściem po prostu. 

    Chcesz coś dodać jeszcze?  

    A.: Tak, bo wyobrażałam sobie taką sytuację i teraz zwizualizowałam sobie w swojej głowie… natomiast ta sytuacja się wydarzyła. Ponieważ jedna (z naszych obserwatorek), bo być może poruszyłyśmy to w mailu bądź w innej formie naszych działań – teraz nie przypomnę sobie, czy – na rolkach na naszym Insta ten temat i tak mi utkwił w pamięci. Jedna osoba, jedna z Was napisała do nas, że informując o ciąży swoją bliską kobietę starającą się o dziecko powiedziała jej (później będziemy jeszcze rozmyślać na dalszym etapie, czy w ogóle niemówienie o tym jest dobre) powiedziała o tym, jednocześnie mówiąc: jeżeli masz ochotę, to płacz teraz razem ze mną, będę przy Tobie. Zrobiła miejsce na wszystko to, co może się kryć za tą informacją. Myślę, że takie zrobienie przestrzeni na emocje tej drugiej osoby i jakby zaakceptowanie tego, że jakby dzielimy te emocje na pół, że to nie będzie samo moje szczęście i nie oczekuje od Ciebie tego, że Ty będziesz skakać ze mną ze szczęścia tylko spotkania się na środku emocji każdej z nas. Może, nawet jeżeli nam na tej osobie bardzo zależy to zrobienie przestrzeni na jej emocje, że tę radość możemy przeżywać, może np. z mężem. 

    Fajnie by było, gdybym mogła cieszyć się wszystkim z tą drugą osobą, ale może tak nie być. Myślę, że jakimś takim właśnie powiedzmy jednym z punktów, które warto przemyśleć przed taką rozmową, było by zrobienie miejsca na emocje tej drugiej osoby.

     Z.: Dwóch stron, prawda?

    Przestrzeń do wzajemnych uczuć

    A.: To by było super, gdyby można było zrobić, ale też żeby nie oczekiwać (za dużo), żeby wziąć sobie właśnie takie pół na pół. Dajmy jej… powiedzmy i poinformujmy daną osobę o tym, i dajmy jej moment na to, żeby właśnie (przestrzeń na towarzyszące emocje). Chociaż nie wiem (w pełni), jak czujesz się z tym, to wiem, że czujesz radość z tego, że może mi się udało i że możesz czuć szczęście, ale w Tobie mogą być emocje, które są okej. Fajnie, że się udało, ale wiem też, że czujesz ogromny smutek dlaczego “nie ja”. Jeżeli masz ochotę płakać, to może lepiej, że żyjemy razem, spotykamy się, czy nasza przyszłość jest taka, że chcemy być w tej przyszłości razem w naszych życiach i może lepiej będzie po prostu być przy sobie nawzajem, i zrobić miejsce na to wszystko, a jeżeli masz ochotę płakać ja wiem że to jest taki etap w twoim życiu więc płacz. I to nie znaczy, że nie jestem dla ciebie ważna ale rozumiem też, że ten płacz może pozwoli nam przejść dalej przez tę trudną sytuację, w której właśnie mówienie, i rozmawianie, i informowanie o ciąży (po prostu) jest.

    Z.: Fajne Aniusia, jak sobie słucham, to tak sobie myślę, że WOW (super), tak mogłaby się zachować doświadczona Staraczka, która dobrze wie, że to ona w tej loterii jest pierwsza.  

    A.: Ale są dziewczyny, które starają się razem i które właśnie też piszą do nas. Czyli, skoro szukają czegoś, szukają jakiegoś sposobu, czyli One chcą tej osobie zapewnić jakiś komfort, tak?

     Z.: Nie no ja wiem, bo w ogóle myśl…

    A.: Myślą o tej osobie….

    Z.: … Nagrania tego podcastu się z tego wzięła, ale bardziej mi chodzi o to, że to jest bardzo ambitne co Ty teraz mówisz, że to jest super, ale mam wrażenie, że to jest taka trochę sytuacja o której czytam gdzieś w książkach i ona się zdarza raz na 10 – rozumiesz? Fajne i dążmy do ideałów tylko one są bardzo trudne do spełnienia, bo jak Ciebie słucham, to to jest bardzo ok, i to jest bardzo w porządku, i kochane, że Ty myślisz to tym, żeby zostawić te 50% przestrzeni na to, żeby dać swobodę tej osobie drugiej, po drugiej stronie w ekspresji emocji, które w tym momencie będą w niej dominować, tak albo się przelatać, bo to może być bardzo różne. Ta radość może być przepleciona z rozczarowaniem, ze strachem bardzo dużo emocji może się w nas kotłować wtedy. Ale myślę sobie też, że no kurcze – no, żeby było sprawiedliwie, to fajnie by było też pozwolić się cieszyć tej drugiej osobie, która w tę ciąże zaszła, czy po staraniach – czy nie, ale ona też tak samo jak Ty masz prawo odczuwać swój smutek, tak samo ona ma najświętsze prawo się z tego cieszyć, rozumiesz, więc chyba najfajniej (co też jest turbotrudne, ale najfajniej) by było te emocje po prostu nazywać, rozumiesz. Bo sytuacja, w której przyklejasz do buzi uśmiech 5 i nic więcej nie daje mi tak naprawdę pełnego obrazu tego, co dzieje się w twoim sercu, a jeśli przyklejasz ten uśmiech numer 5 i mówisz mi o tym, że słuchaj uśmiecham się, ale tak naprawdę… no bo bardzo się cieszę z jednej strony, ale z drugiej jest mi bardzo trudno, bo spełnia Ci się właśnie jedno z moich największych marzeń, tak bardzo nie osiągalne dla mnie. To już jest zupełnie inny wymiar przyklejonego uśmiechu numer 5 też, też trudne wydaje mi się.

    A.: Trudne, bo też ludzie nie rozmawiają o emocjach.

    Z.: No sami ze sobą nie rozmawiamy.

    A.: Pary nie rozmawiają ze sobą o emocjach. Dokładnie, my sami przed sobą podczas starań ganimy się za swoje emocje.

    Z.: To prawda.

    A.: I stłumiamy to wszystko nie rozumiejąc tego, że tak, jak w jednym z podcastów ostatnich powiedziałaś Ty Zosin, że człowiek może czuć wiele emocji w jednym czasie. To było takie piękne, że jednocześnie możemy życzyć jak najlepiej tej lasce, która jest w ciąży – jednocześnie czując zazdrość smutek i ból w sercu. 

    Dlaczego nie pozwolić sobie na to wszystko?

    Oczyszczająca moc szczerości

    Z.: No dlatego, że one się wykluczają i głowa jakby sama to podpowiada. Poza tym wiesz –  jakieś z tych odczuć wychodzi jako main (główne) rozumiesz? Main uczucie na przód, ono jest tym wiodącym, prowadzącym, ale fajnie próbować to chociaż nazwać, bo w ogóle samo nazwanie tego przynosi ulgę.

    A.: Tak.

    Z.: Chociażby samo wyrzucenie tego z siebie na zasadzie: cieszę się, ale jednocześnie pęka mi serce i tyle. To już też jest stanięcie takie w prawdzie. Wydaje mi się, że to już bardzo punktuje, jeśli chodzi o przyszłość tej relacji między Wami dalej.

    A.: Chociaż jest niekomfortowe.

    Z.: No tak. No bo w ogóle chyba powinniśmy wyjść z założenia nagrywając ten podcast, że to będzie jedna z trudniejszych rozmów ever (kiedykolwiek) – wydaje mi się, że tu nie będzie recepty na to, jak to zrobić pluszowo.

    A.: To nie jest tak. To nie będzie tak, że wyjdziecie i super…

    Z.: Mówimy o czymś trudnym bardzo i w ogóle ja bym z góry chyba Was na to nastawiła, że po prostu przygotowując się do tej rozmowy załóżcie, że to będzie bardzo trudne – po prostu.  Bo prawdopodobnie takie będzie i w ogóle możecie nawet tak zacząć: że wiem, że to będzie bardzo trudna rozmowa, ale bardzo bym chciała żebyś dowiedziała się tego ode mnie. 

    I ja tak sobie myślę, bo mam dla was taką anegdotkę – chyba już ją w ogóle opowiadałam, ale nie wiem czy robiłam to na zasadzie takiego porównania. Bo mam takie dwie pary w swoim otoczeniu no i właśnie jedna jest trochę bliższa, a druga jest trochę dalsza i wydaje mi się, że to też mogło się wziąć trochę z moich oczekiwań, które czy miałam prawo sobie stawiać (?) to też zostawiam na razie bez odpowiedzi. W każdym razie wydawało mi się, że ta para z którą jesteśmy bliżej, z którą jesteśmy spokrewnieni i spędzamy paradoksalnie ze sobą więcej czasu na różnych imprezach, kiedy dobrze wiedzieli, że staramy się o dziecko i im się udało, nie powiedzieli nam o tym. Wiecie i była takie awkward situations (niezręczna sytuacja), kiedy byliśmy na tych samych imprezach rodzinnych, i na przykład inni członkowie rodziny im zaczynali gratulować, a my mieliśmy takie wtf?! (co jest:)). Wiecie, to było takie głupie, bo pamiętam była to komunia jednego z mojego rodzeństwa ciotecznego i było takie – no widzimy co się dzieje tak, ale no nie wiemy, no bo w sumie się od nich nie dowiedzieliśmy tego, czy podejść mimo, że stoimy daleko i widzimy, że tam się coś dzieje czy nie. Potem po czasie już miałam rozmowę z tą wtedy dziewczyną w ciąży i zapytałam się, dlaczego nie mogliśmy się tego od was dowiedzieć po prostu bezpośrednio. Czemu, jakby nie zasłużyliśmy na tę informację tak, jak inni i ona powiedziała wprost, że liczyliśmy, że nas po prostu z tego wyręczy, liczyliśmy na to, że życie was poinformuje. I prawdopodobnie (ja sobie to teraz tak dopowiadam, bo) było to dla nich trudne, po prostu. Bo rozumiem, że podejście do nas w momencie, w którym oni wiedzą, że się staramy i poinformowanie o tym swoim wielkim szczęściu… może ona się bała, że nam sprawi ból – nie wiem, bo to już dalej jakby nie szło. W ogóle ta relacja potoczyła się bardzo później oschle i przez jakiś czas było tak sucho między nami myślę, że właśnie głównie przez to, i chciałabym to zestawić w tych swoich opowieściach, i powrotach do przeszłości wspomnieniami. Z kolei z inną parą, która totalnie nie jest z nami spokrewniona spotykaliśmy się z nimi jakoś tak bardzo z łapanki. Oni też wiedzieli o tym, że staramy się o dziecko, bo w pewnym momencie to było bardzo wiadome everywhere (wszędzie). To byli znajomi Dudka i oni pamiętam, jak tacy dalecy dla mnie ludzie w sumie, potrafili dokładnie ubrać to w taki sposób: bardzo wiemy, że się staracie, ale też nie chcielibyśmy żebyście się dowiedzieli gdzieś z zewnątrz no i właśnie spodziewamy się synka – jestem w ciąży. I to było takie… ja też opowiadałam chyba na jakimś podcaście, że ja wtedy czułam się zaproszona do świata w ogóle tego dzieciątka, że to, że w ogóle mieli w sobie tę odwagę tę siłę, tę taką… no nie wiem nawet jak to nazwać – że mieli w sobie tyle empatii do nas, żeby nas właśnie zaprosić do tego świata w ten sposób otworzyło mi też drogę do tego, żeby po tym pierwszym takim szoku cieszyć się z nimi tym. Tak jakby wiecie, że to dzieciątko było mi paradoksalnie bliższe niż to dzieciątko z mojej rodziny, która po prostu… wiecie, no tak sobie jest, bo jest i może jego rodzice też by chcieli o czymś innym, żeby nas świat poinformował – tak na zasadzie wiecie, że zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że albo to było dla nich za trudne takie naprawdę turbotrudne, albo po prostu my byliśmy na tyle mało istotni dla nich, żeby jednak nie spiąć tego pośladka i nie stanąć na chwilę w takiej niekomfortowej sytuacji, ale właśnie z myślą taką, że jesteś dla mnie na tyle ważna, że muszę teraz zagryźć zęby i po prostu zrobić to, bo wiem, że to zaprocentuje w przyszłości. 

    I z takim przemyśleniem bym Was chciała zostawić, że wydaje mi się, że nawet jeśli w danym momencie to będzie bardzo trudne, bo będzie i nie spodziewajcie się, że będzie inaczej – to dajcie tym emocjom ostygnąć, niech one sobie osiądą na dnie, niech dojdą do głosu inne emocje i zobaczycie, że zawsze szczerość jest po prostu lepsza.

    Budowanie relacji czy budowanie muru – świadomy wybór

    A.: I teraz przechodzę do innego punktu – kolejnego, który chciałabym poruszyć. Mianowicie niemówienie o ciąży albo unikanie osoby, która stara się o dziecko, bo jestem w ciąży i doprowadzenie do momentu, w którym na przykład dzielimy się nowiną z tą osobą po czasie, kiedy na przykład jest widoczny brzuch. Ja tak myślę, ale też moje myślenie wynika z obserwacji już wielu lat tych różnych relacji Waszych, moich osobistych również, że nie jest to dobre rozwiązanie, żeby ukrywać ciąże i unikanie spotkań. Wiem, że niektóre dziewczyny robią to ze względu na to, że po prostu nie chcą się dzielić tym faktem do określonego momentu i myślę, że nie mogę tutaj też tak patrzeć zero jedynkowo na wszystko, że tak, zawsze warto się dzielić, gdyż właśnie stoją za tym różne historie czasami tragiczne doświadczenia związane z poprzednimi stratami ciąż. Natomiast jeżeli to wynika właśnie z tego, że wolimy nie mówić i jakoś samo się wyda, to nie jest do końca dobry kierunek moim zdaniem. Jeżeli spotykamy się gdzieś i udajemy, że wcale nie rośnie nam brzuch – takie sytuacje też mają miejsce i też coś takiego na pewno część Słuchaczek to dotyka i znajdzie się taka, która doświadczyła, że udajemy, że ta osoba nie jest w ciąży. Nazwijmy to tak, że ja jako osoba, która jestem (w ciąży) i nie informuję Cię, po prostu traktuje to jako powietrze. Wracając do tej szczerości właśnie, że jeżeli jesteśmy ze sobą blisko, jeżeli się spotykamy, jeżeli jest to siostra albo jest to żona brata, to lepiej jest jednak ze sobą rozmawiać, niż zamiatać wszystko pod dywan, bo to i tak trzeba będzie kiedyś wymieść spod tego dywanu, że tak powiem – no nieładne może porównanie. Natomiast wiem, że mogą przychodzić takie właśnie rozwiązania na informowanie o ciąży, że kiedyś, kiedyś powiem.

    Z.: Ale “kiedyś”, kiedy? Kiedy już będę miała ten brzuch tak ogromny, że nie będzie się go dało ukryć, czy kiedy już będę trzymała to dzieciątko w rękach i jak wyobrażasz to sobie wtedy? Bo to też jest totalnie jakaś patowa sytuacja, wiesz no wyobrażasz sobie pierwsze spotkanie po czasie unikania się przez 9 miesięcy na przykład spotykasz koleżankę z wózkiem i co mam udać teraz zdziwienie, gdzie tak naprawdę, prawdopodobnie o tym wiedziałam wcześniej czy co mam się dowiedzieć z fejsa, bo wstawisz post? To jest takie… no właśnie…

    A.: Czym jest ta relacja? Ja sobie myślę od razu, że jeśli nie widzimy się tyle czasu no to jaka ta relacja jest nasza, to też o tym świadczy. To trochę tak rzutuje na to wszystko i może Wam pokazuje, kto jest kim. Kim Wy jesteście dla tej osoby? Ja myślę, że ci tacy ludzie, którzy Was kochają tym którym zależy na Was, jednak dzielą się takimi informacjami z Wami i ja bym to potraktowała nie jako złośliwość, tylko to, że zaproszenie, podzielenie się częścią życia z Wami – jeżeli jesteście ważni dla tych ludzi. Tak sobie myślę oczywiście, pewnie to nie będzie tak dla wszystkich, bo myślę, że w ciąży informujemy nie tylko osoby, na których Wam zależy w sensie nie tylko osoby, którym zależy na Was.

    Z.: No tak. Ja myślę, że to jest też idealna okazja do tego, żeby wbić szpilę, skoro wiedziałam, że się starałaś teraz jestem tą pierwszą to też mogę o tym poinformować w taki sposób, że wiem, że zaboli Cię to bardziej niż mniej. Więc to też jest to, jest taki bardzo wrażliwy obszar – odsłonięty brzuch, w który łatwo zrobić krzywdę.

    A.: Tak, ale wierzymy w to, że tego podcastu szukają osoby, które chcą przeprowadzić ten moment jak najbardziej (komfortowo) dla dwóch stron.

    Z.: Tak i ja bym też chciała waszą optykę trochę przekuć na to. Ja teraz trochę gadam jak taka doświadczona koleżanka, bo już jestem za tym takim bardzo aktywnym okresem starań, kiedy nigdy nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę miała dziecko, to się przeciągało latami i dużo osób z moich znajomych, i z mojej rodziny zaczęło już mieć te swoje małe domy, w których biegały małe stópki, a u nas ich jeszcze nie było. Nie chce tak się mędrkować tutaj i wychodzić na taką wiecie Zosię samosię, która wie najlepiej, ale z drugiej strony chciałabym Wam powiedzieć, że teraz po latach tego wszystkiego, tak jak Wam powiedziałam też niektóre z moich relacji, które wydawały się mi istotne – one jednak życie je mocno zweryfikowało, i ta niepłodność, chociażby sposób informowania o ciążach bądź ich brak mocno zweryfikowało kilka z relacji, które kiedyś uważałam za istotne w moim życiu, więc to też pozostawiam do przemyślenia. Ale chciałabym przekuć Waszą optykę dzisiaj na to również, żebyście mieli taką świadomość, jeśli ten ktoś przychodzi do Was z taką informacją, to dla niego to też jest bardzo stresujący moment i że to nie przychodzi mu też tak just like that (tak po prostu/łatwo), że osoba, która ma Was poinformować, a bardzo jej na Was zależy, to będzie szukała odpowiedniej okazji, będzie szukała odpowiedniego momentu, odpowiednich słów, żeby zranić Was, jak najbardziej, jednocześnie licząc na to, że…

    A.: Jak najmniej…

    Z.: Jak najmniej, przepraszam. Tak, żeby zrobić to jak najbardziej delikatnie, to mam na myśli, że jednocześnie licząc na to, że tam po prostu powstanie jakiś taki… wiecie no, że nie wszystko jest czarno białe i powstanie jakaś taka skala szarości, której on dostanie też odrobinę empatii. To nie jest tak (kurcze nie wiem, jak to nazwać), bo wiesz wyobrażam sobie jedną stronę – psiapsi, która zachodzi w ciąże i dobrze wie, że jej ukochana psiapsi cholernie o tym marzy. Z jednej strony wie, że musi ją o tym poinformować, bo jest dla niej turboważną psiapsi, a z drugiej strony wie, że po prostu rozerwie jej to serce i też wyobrażam sobie, i od razu pierwsze o kim myślę to ta osoba, która się stara o dziecko, bo od razu wyobrażam sobie, że jestem to ja. Z drugiej strony widzę tę dziewczynę drugą, która jest w ciąży i bardzo stresuję się tym, żeby powiedzieć to swojej przyjaciółce, bo po prostu cholernie jej na niej zależy, i nie chce jej zrobić krzywdy, więc dla niej to też jest taki ciężki czas. Może to być bardzo trudna rozmowa dla obu stron.

    A.: No i trudna też przyszłościowo taka (myślę sobie) relacja, bo jakby nie wiem często ciężko jest uczestniczyć właśnie w tym życiu, kiedy rośnie brzuch, to wszystko w późniejszym czasie (ciąży), typu np. czy byłaś na badaniach? Gdy jedna osoba bardzo by chciała się dzielić tym ze swoją ukochaną osobą, a z drugiej strony ta druga osoba niekoniecznie może też chce słuchać takich rzeczy.

    Z.: Nie no jasne, ale to już jest temat na kolejny podcast. Bo to chyba trzeba kolejnej rozmowy wydaje mi się i określenia jakiś granic, bo wiesz dla niektórych może to być ciężkie inni mogą wręcz chcieć się czuć nie pomijani. Kojarzysz mnogość informacji, które mamy w wiadomościach z Instagrama – niektórzy się czują bardzo pominięci a bardzo by chcieli być zaproszeni do tego świata, a niektórzy wręcz się czują po prostu przeładowani informacjami o nowych śpioszkach, badaniach, wyborze szpitala, wyprawce itd.

    A.: Tak, tak. Na grupach jakichś takich (to się zdarza).

    Spectrum osobistych doświadczeń

    Z.: Takie dominujące tematy w życiu, no i pamiętajmy też o tym, że życie jest bardzo dynamiczne, i bardzo przewrotne, więc to w jakim jesteś teraz miejscu w swoim życiu nie znaczy, że za miesiąc, za pół roku, za rok możesz być w zupełnie innym miejscu w swoim życiu. Trzeba to mieć zawsze gdzieś tam z tyłu głowy nie?

    A.: Wiesz trudno jest też myśleć… ja sobie myślę tak o sobie podczas starań, że ciężko mi było znaleźć… ciężko mi było znaleźć wtedy Anię, która dysponowała takimi zasobami, która nie potrafiła nazywać swoich emocji, która nie potrafiła mówić o tym też, o swoich jakichś takich oczekiwaniach wobec samej siebie, a co dopiero świata. Trudno mi było wtedy zrobić też miejsce właśnie na ciąże innych ludzi z otoczenia, że inaczej też ja rozwiązuję teraz konflikty, problemy, trudne rozmowy. Jestem w stanie to inaczej troszeczkę przeprowadzić niż ta Ania, którą byłam kilkanaście lat temu.

    Z.: Tak, dlatego super, że jesteś pełna empatii dla kogoś, kto jest dzisiaj taką Anią, którą Ty byłaś sprzed lat, ale mówisz też tutaj dzisiaj w tym podcaście jako Ania ze swoim całym bagażem doświadczeń. Więc z Twojego doświadczenia i tego, że jesteś w tym miejscu w swoim życiu niech płynie też jakaś nauka, jeśli ona uderzy w grunt, który może wiesz przynieść plon to super. Niech zostanie w głowie jakaś myśl, no bo widzisz to, z czego się składamy, z czego jesteśmy ulepieni sprawia, że tak postrzegamy świat dzisiaj, a nie postrzegaliśmy go tak te 5 lat temu, ale skąd wiesz, co by było, gdybyś mogła wysłuchać takich dwóch lasek, które kiedyś były te kilka kroków przed Tobą, a i tak nie idą w tych samych butach… rozumiesz. Każdy ma inną drogę do przejścia i to, że nam się trochę wydaje że się rozumiemy, bo dotyczyła nas niepłodność, to ta skala – tak jak to mówię odcieni szarości była inna w moim życiu była inna w Twoim, i właściwie w życiu każdej staraczki jest trochę inna. Więc chyba zawsze trzeba zostawić sobie to spectrum na to, że u Ciebie może być inaczej, że Twoje serce jest inaczej pojemne, ma inny kształt, inaczej jesteś stworzona z innej gliny po prostu, a mimo wszystko z tej samej.

    Z tym bym chyba zakończyła ten podcast. Z taką wzajemną otwartością i pamiętaniem o tym, że to jest trudne dla obu stron, ale czasami poświęcenie trudu dzisiaj, może przynieść o wiele więcej korzyści w przyszłości.

    A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. 

    Artykuł #099 – Jak powiedzieć o ciąży pochodzi z serwisu Akademia płodności.
Więcej Zdrowie i Fitness podcastów
O Akademia Płodności
Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.
Strona internetowa podcastu

Słuchaj Akademia Płodności, Stan skupienia. i wielu innych podcastów z całego świata dzięki aplikacji radio.pl

Uzyskaj bezpłatną aplikację radio.pl

  • Stacje i podcasty do zakładek
  • Strumieniuj przez Wi-Fi lub Bluetooth
  • Obsługuje Carplay & Android Auto
  • Jeszcze więcej funkcjonalności