PodcastyZdrowie i FitnessAkademia Płodności

Akademia Płodności

Akademia Płodności
Akademia Płodności
Najnowszy odcinek

100 odcinków

  • Akademia Płodności

    #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny

    24.09.2025 | 1 godz. 15 min.
    Podążanie za marzeniami czasem brutalnie kładzie na kolana. W mozolnym trudzie podnoszenia się z nich, w obawie przed kolejnym upadkiem szukacie filarów, o które możecie oprzeć swoje nadzieje. W poszukiwaniu drogi do macierzyństwa chcecie zbudować most do źródła, w którym płynie rozpoczęta już wcześniej historia. Historia, która także szuka oparcia dla swoich nadziei na przyszłość.



    Jak połączyć dwa światy, które tak bardzo potrzebują siebie wzajemnie?

    Czy można ugasić pragnienie macierzyństwa i rodzicielstwa, pijąc ze źródła adopcji? 

    Czy podążanie za swoimi marzeniami może być samolubne, szlachetne i altruistyczne jednocześnie?



    Zapraszamy do wysłuchania podcastu. 

    Plan odcinka

    Nasza droga do płodnej nadziei

    Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe? 

    Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami

    Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan?



    Zosia.: Hejka. Dzisiaj wyjątkowo słyszycie tylko mój głos, bo Aniusia zaniemogła i jest troszkę chora, a umówiłyśmy się dzisiaj na nagrywki z wyjątkową osobą, dlatego bardzo nie chciałyśmy ich przekładać.



     Przed chwilą skończyłam nagrywać podcast z Pauliną… teraz, jak to mówię, to się uśmiecham:) (możecie to usłyszeć), ale przed chwilą byłam nieźle spłakana i chciałabym Was na to przygotować, że ten podcast, który nagrałyśmy jest tak bardzo prawdziwy, jest tak bardzo ludzki.



     Paulina jest mamą adopcyjną i o tym właściwie była ta rozmowa, ale jak zdecydujecie się jej zaraz przesłuchać, to usłyszycie, że była również o wielu innych bardzo pobocznych tematach.



    Nagrywam ten wstęp, bo cała nasza rozmowa… w tej całej naszej rozmowie byłam tylko tłem i bardzo nie chciałam się wcinać Paulinie w jej historię, bo Ona po prostu płynęłam z tym tematem. Ona sama była reżyserką tego podcastu – właściwie można tak powiedzieć. I, mimo że wcześniej z Anią przygotowałyśmy bardzo wiele pytań, zostawiłyśmy Wam nawet na Instagramie okienko do ich zdania, to Paulina większość z nich zamknęła w swoim (można powiedzieć) monologu. Więc zrobiła to w swoim tempie, na swoich zasadach, dokładnie tak, jak chciała, do tego stopnia, że muszę Wam dograć ten wstęp, bo po prostu, jak się połączyłyśmy to, zaczęło się flow i zaczęła płynąć i nie miałam nawet serca, żeby jej przerywać. I po to ten wstęp, żeby zaprosić Was do niesamowitej rozmowy i do wspaniałego świata rodziców adopcyjnych, którego głosem dzisiaj – takim frontmanem – była właśnie Paulina, która jest mamą w tym całym zgranym teamie (zespole). 

    Bardzo, bardzo serdecznie zapraszam Was do świata Tej Rodziny i tej drogi do rodzicielstwa, do macierzyństwa, a Paulinie… Paulinko Tobie, (co mówiłam już przed chwilą) jestem Ci szalenie wdzięczna i tak bardzo z Ciebie dumna, za to, że dałaś radę i zechciałaś, i przelałaś tyle Waszej historii do świata Internetu, i do tego, żeby stał się teraz takim publicznym głosem.

    Wierzę w to, że zbierze to przeogromne plony. 



    Zapraszam Was bardzo do rozmowy z Pauliną.



    Cześć. Tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności.

    Miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.



    Nasza droga do płodnej nadziei



    Zosia: No dobrze. To zaczynamy Misiaku dobra?

    Paulina: Dobra. Więc zaczęłam sobie takim pięknym cytatem, że “piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc… Wow! Szybko się zaczyna…

    Z.: Spokojnie, na luziku…

    P.: W sensie… to będzie emocjonujące, bo… to może inaczej….

    Każdy ma plan na swoje życie. Prawda? Więc jak (my) bardzo szybko wzięliśmy ślub, bardzo… W sensie, byliśmy młodziakami i wszyscy wtedy zakładali, że jestem w ciąży, bo kto bierze ślub w wieku 23 lat. 

    Nie byłam w niej (w ciąży)… 

    Nie byłam w niej tak naprawdę nigdy. 

    Plan zakładał bliźniaki i od początku twierdziliśmy, że na pewno kiedyś adoptujemy dziecko. Więc w sumie, w planie początkowym ta adopcja była właściwie naturalna i oczywista. Ten plan legł w gruzach po, tak naprawdę myślę, że takich bitych ośmiu latach takiej walki. Takiego odbijania się od lekarzy. Takiego szukania pomocy właściwie wszędzie.

    No i tak trafiłam na Akademię Płodności.

    Więc Akademia Płodności również była jedną z części naszej walki, bo chyba mogę nazwać to walką. Ale Akademia Płodności pomogła mi (na pewno) w wyregulowaniu moich wyników. Po tak dużej ilości badań, zabiegów i w ogóle. Badań drożności jajowodów, zabiegów u mojego męża, gdzie wykonaliśmy absolutnie wszystko, o co nas lekarze prosili. Akademia Płodności i Wasza dieta pomogła mi na pewno uregulować moje wyniki. Więc tutaj w ogóle było ,,chapeau bas (kapelusze z głów), brawo, super, że Pani tak zrobiła”.

    Więc zadbałam o swoje zdrowie dzięki Wam – to na pewno.

    I tak sobie kiedyś marzyłam, że będę tym jednym, takim puzzelkiem, takim kafeleczkiem na Instastory, że ,,nam też się udało”. A oto proszę… nagrywam podcast, mam swój własny post u Was, na Waszym profilu. Więc to jest ukłon w Waszą stronę, że tak naprawdę działacie po to, żeby wszystkie te pary, które tak marzą o dziecku, mogły spełnić swoje marzenie.

    A my jesteśmy trochę inną historią, a mimo wszystko pamiętacie też o takich osobach. I Instagram łączy ludzi. Czego przykładem jesteśmy teraz, i Instagram łączy ludzi, bo przez przypadek trafiłam na konto jednej z dziewczyn… kobiet. Nie chciałabym podawać nicku (jej danych), bo nawet nie zapytałam, czy mogłabym to zrobić. Więc zostawię ją – jeśli będzie tego słuchała, będzie wiedziała, że to o Niej mówię i wszyscy bliscy moi będą wiedzieli, że to o Niej mówię. Bo dzięki Niej, ta adopcja i to wszystko, co się wokół niej kręciło, cały proces – ciężki proces tak naprawdę, i to co teraz też się dzieje, że wiem, że nie jestem sama, że nie zwariowałam, że to wszystko, co czuję jest oczywiste, że wszyscy ludzie, którzy adoptowali dzieci mogą mieć takie odczucia. Nie jestem dziwnym człowiekiem, jeśli to wszystko czuję i cały ten proces adopcji, też dzięki Niej, był (dla mnie), był taki lżejszy trochę chyba. Mogłam się podzielić, że ja mogłam się zapytać. Ona jest mamą dwóch chłopców. Już takich dużych chłopców. Jeden, to jest nastolatek, a drugi to taki pierwszak albo drugoklasista, ale nie pamiętam już teraz. W każdym razie chłopcy już są starsi, więc Ona jest już bardziej doświadczoną mamą adopcyjną niż ja, bo u nas historia dopiero zatacza swoje dwuletnie koło, więc to dość świeże. Tak naprawdę, wracając do tego wszystkiego, co nas spotkało, no to może… nie to, że się poddaliśmy. Daliśmy sobie chyba spokój. Nie mieliśmy już zasobów chyba też takich zdrowotnych – psychicznie. Trochę nie mieliśmy już też zasobów finansowych, żeby pomyśleć w ogóle… chociaż, może tak powiem. Lekarze odradzali nam in vitro i inseminację, tzn. “in vitro może byście się zastanowili, ale inseminacja to w waszym przypadku jest kompletnie bez sensu”.

    No dobra, no to w takim razie na początku było, że na in vitro nie mamy kasy, a później myśleliśmy: da się tę kasę zorganizować, tylko czy my chcemy? Czy my jeszcze damy radę, czy jakby jeszcze to dźwignę? Bo jak to się nie uda, to ja się już kompletnie załamię i poddam.

    No i daliśmy sobie spokój w ogóle z tym pomysłem. 



    Więc naturalną koleją rzeczy… (przepraszam, użyję chusteczki…), było to, że idziemy w adopcję. Zaczęliśmy szukać ośrodka. Jeden nas tak, może trochę zbył. Trochę rozczarował. A drugi ośrodek był takim strzałem w dziesiątkę. No i w tym ośrodku poznaliśmy pięć cudownych par.

    I uwaga, cała ekipa już jest w komplecie. Cała! Mamy 5 swoich wspólnych takich dzieciaczków, łącznie oczywiście z naszym synem i spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo na początku czerwca. Wszyscy się poznaliśmy. Więc to było takie turbo wzruszające, że jakby możemy się tym podzielić ze sobą. Bo jednak to łączy.

    Nikt Cię nie zrozumie lepiej niż osoba, która wie, co czujesz i przeżywa bardzo podobne kwestie.

    Więc my przeżyliśmy mnóstwo ciąż dzieciaków w rodzinie, u znajomych. Z takich bardzo bliskich znajomych jesteśmy jedyni, którzy taką drogę przeszli. Jedna koleżanka również. Słuchałam wczoraj Waszego podcastu „Jak poinformować o ciąży”, i miałam dosłownie przed oczami to, jak z jedną z nas byłyśmy na tym samym etapie: my wykupowałyśmy Wasze diety wspólnie i jej się udało… A nam nie… I chyba to była dla mnie jedna z takich cięższych informacji, że przecież robimy dokładnie to samo. I absolutnie… Moja najbliższa przyjaciółka, która też się zmaga w ogóle też z zupełnie innymi chorobami i jej też się udało. I tutaj miałam takie: Boże, jak to cudownie (że się udało), bo Ona po prostu też musi tyle pokonać, też jakby poświęca swoje zdrowie, żeby mieć tego Maluszka. I jej córeczka jest piękną czterolatką. I tu było mi dużo łatwiej. A chyba idąc równoległą walką i jedni idą do góry, udaje im się, a ja zostaję w tym punkcie – i jest takie: O! Oł. Jakby… Co ja mogę więcej?! Robiłam dokładnie to samo co Ona i dlaczego ja nie (jestem w ciąży)? Ale wiem, że jej też było trudno nas o tym poinformować i wczoraj ten podcast Wasz, tak sobie odsłuchiwałam, bo tak sobie odsłuchiwałam Wasze podcasty… trochę odświeżałam. Było to takie, kurcze… jej też było trudno. Jakby wiem, że wszystkim, którzy byli koło nas (i są nadal), to też nie musiało być tak łatwo być z nami w tym, nie do końca wiedząc co czujemy, a jednak nas wspierać. I cały proces adopcyjny to trochę zweryfikował ludzi blisko i chyba dobrze. Ja się chyba z tego cieszę, bo tak naprawdę Ci, co mają zostać, tak zostali. I są. Także, tutaj… Boże, jak zacznę płynąć to Ci nie dam dojść do słowa. 



    Z.: To jest Twój podcast i to jest moment dla Ciebie. Ja jestem tu tylko po to, żeby nadawać jakieś tło, ale to Ty jesteś główną bohaterką, więc bardzo się cieszę. Nie zrobiłyśmy nawet wstępu, ale ja go dogram w ogóle na luzie. Ja nie naszykowałam sobie chusteczek, a już dwa razy byłam na skraju (łez), więc powinnam się w nie też tutaj szybciutko zaopatrzyć. Jeśli chcesz… bo ja oczywiście… my przygotowałyśmy sobie ramowy plan z Anią, mamy pytania, ale Ty tak pięknie o tym opowiadasz, że ja chyba nie chciałabym tego upierać w moje sztywne ramki i po prostu chciałabym dać Ci płynąć.



               Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe?



    P.: Ok… Ok. Ok, no to płynę dalej.

    Więc jak już się zdecydowaliśmy na ośrodek, to tam zadałyście mi takie pytanie: co było najtrudniejsze? Więc chyba najtrudniejsze dla nas były te historie na szkoleniach. Te szkolenia trwały… w ogóle ja wspominam, na zasadzie, wracamy po prostu po nocach. Bo my wracaliśmy po 22 drugiej. Wychodziliśmy stamtąd naprawdę bardzo późno. Te szkolenia trwały kilka godzin i nie było ich dużo stricte “zajęć”, ale naprawdę rzeczywiście trwały bardzo długo. I były takie męczące psychicznie. Ja to wspominam, że my stamtąd wychodzimy, przegadujemy sobie w aucie wszystko co było. Na świeżo. Jakby: co o tym myślisz, jak to odebrałeś? I tak dalej, itd. Po czym brałam telefon, zahaczyliśmy o Maczka, bo byliśmy turbo głodni, więc jakiś tam Maczek, jakieś mcflurry, fryteczki i te sprawy. I były dwa telefony. Albo dzwoniłam do mojej mamy, albo dzwoniłam właśnie do mojej przyjaciółki, bo chyba potrzebowałam zdać takich relacji osobie… może nie niezaangażowanej, bo One były zaangażowane i cały czas są, ale takiej na chłodno, że jakby “co Ty o tym myślisz? Bo słuchaj… słuchaliśmy tego, tego. Jest dużo ciężkiej historii. Kiedyś stwierdziłam, że oni chyba chcą nas zniechęcić. Wiesz, jakby tyle nam takich smutnych i ciężkich rzeczy opowiadają, że oni chyba chcą nas zniechęcić. I dziewczyny nam kiedyś właśnie wytłumaczyły, że słuchajcie, my Wam musimy przedstawić wszystko, co jest ciężkie, żeby nie było takiego: O! Oł, one o tym nie powiedziały, a to jest turbo trudne do przejścia, i trzeba to dźwignąć. I trzeba to wziąć na swoje barki. No bo jednak bierzesz na swoje barki historię małego człowieka. Nie zawsze łatwą. Nie zawsze taką, że tak naprawdę to tylko był taki jeden przeskok i jesteś już u nas i masz superszczęśliwe życie. Bo te dzieciaki niosą ze sobą swoje traumy i tak naprawdę te traumy najcięższe jest to dla nich, ale my jako rodzic… każdy rodzic chce zabrać swojemu dziecku wszystkie smutki i chciałaby, żeby Ono miało tylko i wyłącznie szczęśliwe dzieciństwo. Więc One musiały nam to przedstawić i chyba te historie były dla mnie takie najtrudniejsze. Takie smutne. Takie przytłaczające, że czasami stamtąd wychodziłam i myślałam: Boże, czy ja podołam? Czy ja serio tak dam radę? Czy ja mam w sobie jeszcze tyle zapasu sił? No bo jednak dużo z nich poszło na samą walkę.

    Ale tak jak zapytałyście tutaj, czy ja pamiętam pierwsze spotkanie… to trochę jest tak, jak (tak sobie wczoraj o tym pomyślałam), że ten telefon, ten magiczny telefon, że człowiek czeka po prostu i czeka, i czeka, i czasami już było tak, że ja po prostu sprawdzam: a może ja nie usłyszałam, a one do mnie dzwoniły? 

    I zadzwoniły serio w takim momencie, w którym się absolutnie tego nie spodziewałam i byłam w takim ogromnym szoku, że one w ogóle do mnie dzwonią, że nie zapytałam o nic. Ja nie zapytałam o płeć dziecka, ja nie zapytałam o wiek, o imię. O nic nie zapytałam i tylko powiedziałam, że: tak chcemy usłyszeć tę historię. No i po drugiej stronie Pani Dyrektor mówi do mnie: ale to w ogóle interesuje cię to, co to jest za dziecko, cokolwiek? Odpowiedziałam: no wiesz co, możesz mi coś tam powiedzieć, cokolwiek co wiesz. No to usłyszałam, że Mały Człowiek ma trzy lata, że jest chłopcem, i że zaprasza nas, żebyśmy przeczytali Jego dotychczasową historię. Bo sam fakt tego, że ma trzy latka to już oznacza, że już coś tam za sobą niesie. 



    Więc to było trochę tak, jak te dwie kreski na teście. To są te moje dwie kreski na teście. To jest to, że ja to już widzę i się dzieje ej. Coś tu już jest. Coś tu już kiełkuje. Teraz tylko trzeba jechać i… to dźwignąć. W sensie przeczytać. Bo wiadomo, to, że one dzwonią wcale nie oznacza, że my mówimy TAK. To, że one dzwonią, to znaczy, że my czytamy tę historię i my wtedy mówimy… znaczy nawet już nie musimy mówić tego, tego samego dnia, bo mamy jakąś tam dobę, żeby przegadać, przemyśleć i powiedzieć, czy jesteśmy w stanie psychicznie jechać i dźwignąć historię człowieka, i się z nim po prostu poznać. Więc dla mnie to były moje dwie kreski. Taki przyjazd tam i karteczkę tego, co go spotkało. Na szczęście… myślę sobie, że nie miał łatwego początku, aczkolwiek patrząc na zarys historii, które dziewczyny nam pokazywały na szkoleniach, było super. Bo On jednak miał kogoś – mniej bądź bardziej – ale miał kogoś na kim mógł się oprzeć. Miał człowieka, dzięki któremu myślę też jest trochę taki, jaki jest. Z którym na pewno zawiązał jakąś fajną relację i myślę, że za którym czasami też tęskni. Bo On dopiero teraz o tym mówi. Więc pamięta Tego człowieka i Ten człowiek też dał mu bardzo dużo z siebie. Za co mu dziękuję, bo On potrzebował kogoś takiego, musiał mieć bezpieczną przystań. No to, to było moje zdjęcie USG, czyli historia naszego syna i jego oczywiście takie fizyczne zdjęcie, bo również mogliśmy je zobaczyć.

    To było nasze takie zdjęcie USG, no i takie nasze spotkanie pierwsze to dla mnie było, jak taki poród, kiedy się pierwszy raz widzisz. Ja pamiętam dokładnie w co był ubrany, pamiętam każdy jego uśmiech. Pamiętam, jak do nas wybiegł. Wiedziałam, że kocha dinozaury, więc pojechaliśmy z dinozaurem oczywiście – z balonem z dinozaurem, ze wszystkim po prostu, co mogłam znaleźć takiego na już i książką. Z resztą i miś, i książka towarzyszą nam do dziś. Nie wiem, czy kojarzą mu się z tym pierwszym spotkaniem, bo On czasami ma teraz takie przebłyski typu na przykład nie wiem… mięso w Lidlu mu się kojarzy z tamtym domem na przykład albo jakieś słowo gdzieś coś usłyszy i nagle ma takie: 

    – O! A ja tam miałem pieska. 

    Więc gdzieś po prostu takie historie, gdzie On je przeżywał wydaje mi się, że je wymazał z pamięci na czas takiego początku u nas, chyba tak dla bezpieczeństwa głowy (tak mi się przynajmniej wydaje), a teraz wracają. Czasami wracają na takim luzie, że po prostu okej odpowiadam na pytania, na które znam odpowiedź, a czasami walą w serce – tak po prostu do samego dna i powodują morze łez. Takie poczucie niesprawiedliwości, że jakby, dlaczego nie mogłam od początku Cię ochronić przed tym, co czujesz teraz, ale jak na swój wiek (ja wiem, że każdy uważa, że jego dziecko jest najcudowniejsze na świecie, ale uważam, że jak na swój wiek), jest mega mądrym człowiekiem. Naprawdę. Myślę, że historia jego też ukształtowała tę mądrość, ale on tak dużo wie, tak dużo rozumie, tak dużo przyjmuje i tak dużo przeżywa. Jest mega wrażliwy. Mega. Jego wzrusza albo załamuje w bajkach to, że na przykład Smerfetka została sama i ona jest teraz taka samotna, no i w ogóle, jak ona może być sama(?), więc ostatnio, było 20 minut płaczu i uspokajania, że na pewno ktoś ją znajdzie i na pewno ją uratuje. Więc naprawdę ma bardzo delikatne serduszko.



    Ale dla wszystkich mam, które się zastanawiają nad tym momentem, to chcę tylko powiedzieć, że zapominasz, że w pewnym momencie siadam i zastanawiam się jak długo z nami mieszka, że jakby ja: aha no tak, przecież on jest z nami od początku, jakby od samego początku swojego życia to go tutaj nie było. Czasami się pyta nas, gdy ogląda sobie na przykład stare zdjęcia i pyta: byłem tu z wami już czy jeszcze nie? No nie, a bo ja na przykład nie pamiętam, jak ciocia… (nie, też nie będę używać imion) miała swoją córeczkę w brzuszku, ale pamiętam, jak druga ciocia miała swojego synka. Bo synek mojej przyjaciółki drugiej ma dopiero roczek, więc On jakby tutaj to pamięta. Pamięta cały ten proces i chyba to, że moja przyjaciółka była w tym momencie w ciąży, w którym On już z nami był, było też dla nas takim momentem, kiedy On zaczął się otwierać, kiedy zaczął się pytać: a ty mnie nie miałaś brzuszku? A dlaczego ciocia jego ma? A dlaczego tamta ciocia miała swoją córeczkę? A dlaczego ta druga ciocia też miała swoją córeczkę? I jakby na przykład widzi zdjęcia pod telewizorem (u mojej przyjaciółki stoi zdjęcie w ciąży, kiedy była ze swoją córeczką w ciąży) i też czasami pytał: bo ciocia miała ją w brzuszku, a ty mnie nie miałaś, a dlaczego mnie nie miałaś? A czy twój brzuszek będzie tak zdrowy, że będziesz mogła mieć innego dzidziusia, żebym mógł mieć brata albo siostrę? Więc wiecie, że te tematy krążą i krążą, i myślę że gdyby był ciut młodszy, może nie ciut… dużo młodszy w momencie adopcji, to na pewno pytałby inaczej i myślę, że mniej by pamiętał i inne pytania, by nam zadawał. A tutaj, jednak… no tutaj, jednak Go interesuje jego historia i bardzo dobrze, i też to, co nam mówiły dziewczyny na szkoleniach, co jest bardzo ważne, żeby nie ukrywać tej historii, żeby nie wymyślać bajek, bo później z tych bajek nie wyjdziesz, bo się w nich pogubisz. Bo zapomnisz, co mówiłaś, bo zapomnisz, co wymyślałaś. A tak naprawdę wydaje mi się, że każdy ma prawo takiego, do znania swojej historii, no my go wzięliśmy… wzięliśmy… jak to brzmi. Zdecydowaliśmy się na ten krok, wiedząc, że jak kiedyś powie: chcę ich poznać, chcę sobie przypomnieć, chciałbym wiedzieć – no to będę miała takie: Ok, to pamiętasz, że mówiłam Ci to, to, to i to, a teraz pojedziemy do pewnych pań, dzięki którym z nami mieszkasz i poprosimy o kartkę, którą ja kiedyś przeczytałam z tatusiem i będziesz mógł dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebujesz się dowiedzieć. Bo tak naprawdę zmieniliśmy tylko nazwisko. Jest pełnoprawnym naszym synkiem, aczkolwiek był zbyt duży, żeby zmieniać mu imię, to już jest jego tożsamość, to nieważne, czy to imię było moim wymarzonym, czy nie. Drugie imię jest moim wymarzonym. Mogłam mu przy akcie nadać drugie wymarzone imię, więc drugie jest moim imieniem wymarzonym, aczkolwiek to pierwsze nie, bo to jest jego imię i On się z tym imieniem, jakby utożsamia.

    Także trochę kręcę, trochę zawijam, ale tak jakby to, co mi przychodzi do głowy po prostu mówię. Więc to są takie momenty, które absolutnie pamiętasz, nie zapomina się tych chwil i czasami mam wrażenie, że zapomniałam, jak było przed, ale są chwile, kiedy mi się to “przed” przypomina, i to już jest inna historia. Tak, jak na początku próbowałam to powiedzieć, ale się rozpłakałam, to tak kiedyś usłyszałam, taki dość ładny cytat, że piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc napisz go tak, jakbyś chciała go kiedyś przeczytać.



     Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – 

    wszyscy jesteśmy tacy sami



    No więc staramy się bardzo pisać ten rozdział tak, żebyśmy z dumą i z radością kiedyś usiedli i powspominali ale było fajnie i żeby On mógł też przejść kiedyś się powiedzieć: ej fajne miałem z wami życie dzięki. Chociaż czasami teraz to mówi, ale spokojnie, to nie jest tylko tak roztkliwijająco, bo awantury też nam strzela, jak każdy normalny dzieciak, więc żeby nie było, że my tylko tak się wzruszamy i w tej miłości się tak zatracamy, bo się zatracamy owszem ale mamy tak kompletnie, absolutnie normalne życie. Takie – nie ani usłane różami, ani bardzo ciężkie, bo to są momenty. Czasami siadamy i nam się po prostu chce wyć z bezsilności, czasami słuchamy tych pytań i chyba, nie umiejąc na nie odpowiedzieć mamy taki ból w środku, że ja nie umiem, ja nie wiem, co mam Ci w tym momencie powiedzieć. Bywało tak, że zaciskałam pięści i zagryzałam zęby i odpowiadałam, a później szłam i wyłam gdzieś żeby, nie widział. Ostatnio zadał mi takie ciężkie pytanie, a propos swojej mamy biologicznej, a ja niewiele o niej wiem i prowadziłam auto, i nie mogłam zacisnąć pięści, i udawać, że jest okej, tylko się po prostu rozpłakałam przed kierownicą. Prowadząc to auto, tu z Nim rozmawiam, tu te łzy po prostu mimo woli mi płynęły, i chyba nawet nie z żalu tylko z takiego przypomnienia, że ona zawsze będzie częścią naszej historii, że ja nie byłam ta pierwsza. On się mnie zapytał, czy może za nią tęsknić, że on jej nie pamięta, lecz mógłby za nią tęsknić, więc mówię no oczywiście, że byś mógł. 

    I było takie: dziękuję, to troszkę tęsknię. 

    I rozwaliło mnie to na kawałki, i zapytał się: a dlaczego ty płaczesz? A ja mówię: 

    – Wiesz co Misiu, płaczę, bo jest mi troszkę przykro, że tęsknisz za tą panią, a ja nie umiem Ci nic o niej powiedzieć i jest mi troszkę przykro, że nadal to nie ja mogłam Cię mieć w tym brzuszku.

    Więc to było takie trochę rozwalające, ale takie też budujące, że no właśnie, później płynnie do tego przejdziemy, bo my o tym rozmawiamy. Ja po prostu potem Mu tylko przypomnę tę rozmowę: słuchaj byłeś zainteresowany tym, pamiętałeś to, co chciałbyś jeszcze wiedzieć, bo może teraz będę umiała odpowiedzieć Ci na więcej pytań?

    No to to są te takie chwile ciężkie rozwalające, są po prostu kapiące miłością, samym szczęściem, nie tylko i wyłącznie łzami wzruszenia. Ale jest życie. Jest takie życie jak masz Ty i każda inna biologiczna mama i czasami tak siadam, i mówię do mojej przyjaciółki: Boże ja oszaleję, po prostu zwariuję. Co On robi – kolejną awanturę o nic, (dla mnie o nic, dla niego pewnie o koniec świata) i słyszę po drugiej stronie:

    – Ale ja mam to samo chodź na kawę.

     Bo jestem normalną mamą, jestem mamą, która jest zmęczona. Jestem mamą, która… ja się nie mierzę z takim uczuciem: o Boże, nie ja nie mogę mu czegoś tam powiedzieć, nie mogę na niego nakrzyczeć, nie mogę dać mu kary, nie mogę po prostu nie wiem powiedzieć – ej koniec cisza stop, bo jest dzieckiem, które ma swoją historię.

    Nie On jest moim synem, jak mnie zdenerwuje to mnie denerwuje, jak odwala to odwala, jak powinien się uspokoić, to to się uspokaja, także tutaj, jesteśmy normalne drogie mamy.

    Drogie mamy, które się zastanawiacie nad tym, jak będzie wyglądało Wasze życie. Będzie dopełnione, będzie piękne, będzie ociekające miłością, ale będzie też trudne i takie normalne, więc jak Wasze przyjaciółki mają dzieci z brzuszka, a nie z serduszka to będziecie mieć takie same problemy. W pewnym momencie będziecie mieli bunt pięciolatka, awanturę, że nie taką bluzkę mi naszykowałaś do przedszkola i ja w ogóle nigdzie nie idę cześć pa. Tak dokładnie (Zosiu) – tak kiwasz głową, tak znasz to. Także to wszystko jest normalnym życiem, częścią życia normalną. 

    I chyba najbardziej, co mnie wzrusza w tym wszystkim, to jest relacją, jaką nawiązał z Jackiem, moim mężem. Jakby tutaj, to jest po prostu kosmos, bo On w ogóle od początku wolał facetów, On chyba bardziej im ufa i chyba jest taki bardziej do nich otwarty, przywiązany. Jasne są ukochane babcie, ale też jest dziadziuś, jest mój brat, który jest po prostu guru wszystkiego. Absolutnie, jakby – jak już On powie to jest świętość i w ogóle On pozwala mu na wszystko, na wdrapywanie się na drzewa też. Są też dwie ciocie, które dały mu przestrzeń, które były ze mną od początku do końca, właściwie od początku walki do momentu póki nasz syn nie pojawił się w domu i One dały mu przestrzeń. On wszedł do tej ekipy, do tej rodziny i One pozwoliły mu wejść na jego zasadach, czyli to On zdecydował, kiedy przybije im piątkę, kiedy będzie gotowy się przytulić, kiedy będzie gotowy usiąść na kolanach, i po prostu to były takie dobre ciocie z tyłu i czekały. I są ulubionymi ciociami, bo On poczuł, że może wejść taki, jaki jest, że nie musi nic robić na siłę, że nie musi zabiegać o jakiekolwiek względy, bo był traktowany tak, jakby był traktowany, jakby wszedł jako bobas. Więc One zrobiły mu takie piękne wejście, i myślę, że też jest Im za to wdzięczny, i bardzo często o nich mówi. Lubi spędzać z nimi czas, więc wydaje mi się, że tutaj to też było dla nas ważne, żeby bo wiesz… to tak jak się zapytałyście jak społeczeństwo (zareagowało) i nasza najbliższa ekipa. Nie wszyscy weszli z takim… może nie pozytywnym nastawieniem, ale takim zrozumieniem i każdy ma prawo tego nie rozumieć, bo to jest nasza decyzja i nasza droga, a nie każdy musi robić wokół tego „wielkie hura, ja super, super”. Nie. Nie rozumiesz tego, nie do końca… to może nie chcę powiedzieć akceptujesz, bo nie poczułam, że to nie było zaakceptowane, ale takie: 

    Czy wy jesteście pewni? Ale tak na 100%? Wiecie, bo to jest jednak, to jest jednak nie wasze dziecko!

    To było chyba takie przykre, ale później powiedziałam: słuchaj, to nie uczestnicz w tym. Nie musisz w tym być. To ty mi pokażesz, jak jesteś dorosła, jak dużo sama dźwigniesz. No po czasie okazało się, że świetnie sobie z tym poradziła ta osoba, ale miała dużo wątpliwości. Chyba dużo więcej niż my i chyba… i chyba to rozumiem. Znaczy „nie chyba”. Rozumiem to, bo ja nie miałam wątpliwości. To jest tak, jak my przeczytaliśmy całą jego historię i no dziewczyny wyszły, żebyśmy mogli dosłownie na gorąco coś tam przegadać no i one wyszły. My zostaliśmy z tym zdjęciem z tą kartką popatrzyliśmy się na siebie i było takie: TAK. To było takie, tak oczywiste, tak ja chcę, więc zapytałam:

     ale Ty jesteś taki pewien, czy to mówisz dlatego, że ja chcę to usłyszeć, czy rzeczywiście?

    – Tak, ja to czuję. Ja to chcę, ja chcę jak najbardziej. 

    Więc One weszły. No to co do jutra się zdzwaniamy mówimy:

    – Nie. My chcemy już iść. My wiemy dziś.

    Pamiętam która była godzina, pamiętam jaki był dzień tygodnia, po prostu pamiętam datę. Wszystko pamiętam i powiedzieliśmy, że my byśmy bardzo chcieli, tylko jak najszybciej się da. No to chyba umówiliśmy się dosłownie za 3 dni później i mieliśmy blisko, więc mogliśmy jeździć do niego właściwie codziennie, bądź co drugi dzień. Wszystko to, co było najtrudniejsze w tym czasie to było to, że musieliśmy Go odwozić i zostawiać, bo i tak my wracamy w pandemii. My jedziemy razem do tego domu, On tam zostaje i nie zostaje sam fizycznie, ale zostaje sam – zostaje bez nas. Bardzo szybko się przywiązał. Bardzo szybko i chyba najbardziej pękały serca, jak ze łzami w oczach musieliśmy Go po prostu zostawiać. Na szczęście nie trwało to długo, bo historie naszych znajomych właśnie z ośrodka, no były dużo cięższe i tak naprawdę emocjonalnie, i chyba tak też czasowo, a u nas poszło bardzo szybko. Trochę też z uwagi na osoby, które do tej pory sprawowały nad nim opiekę, ale może tak miało być.



    I właśnie dzięki temu to było takie pstryk, więc jak ja poszłam po tych wakacjach do pracy na 3 tygodnie. Pani dyrektor (w pracy) usłyszała, że: to cześć widzimy się za rok, bo ja znikam.

    One… no wiedziały, że my się staramy, ale to już trwało ze dwa lata. Więc jakby nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy ten telefon zadzwoni, Ona wiedziała, że my skończyliśmy kurs, że czekamy na ten telefon, ale przecież nikt mi nie powie, kiedy to będzie. A należał nam się normalnie pełny roczny macierzyński. Więc zniknęłam na rok. Wróciłam już do pracy. To też była nowa rzeczywistość i szczerze mówiąc, to na pewno jest zupełnie inny rok niż z takim bobaskiem. Słodziutkim. Ale to był taki rok właśnie zawiązywania więzi, poznawania się, bycia 24 na dobę i takiego turbo zmęczenia psychicznego. Takiego, że ja po prostu ja wiem, że ja sobie dużo nakładłam do głowy, i to chyba złota rada, nie nakładajcie sobie do głowy nadmiaru, ale tego się nie da nie zrobić. Po prostu no nie da się. I wiem, że wy jako mamy takie biologiczne też sobie za dużo nakładacie… tak, prawda? No dokładnie, no jakby nie ma opcji, żeby nie wymagać od siebie za dużo. I dopiero po tych dwóch latach uczę się tego, że przecież jakby: halo nie jesteś żadną heroską – jesteś człowiekiem. Masz prawo się zmęczyć. Masz prawo powiedzieć:

    – Ej mam dość, muszę usiąść w ciszy. Masz prawo wyjść na spacer i po prostu nie mieć wyrzutów sumienia, że przecież zostawiasz tego rozdyganego małego człowieka, bo się na coś zdenerwował, nie potrafi się uspokoić, przecież zostawiam go z tatą. Nie zostawiam go samego. Halo! Ja też potrzebuję złapać wentyl jakiś.

    Więc no pod tym względem jesteśmy absolutnie normalnymi ludźmi. I po tym roku takiego piękna mieszającego się z trudem, wróciłam do pracy, i to było chyba też takie najlepsze dla nas, że każdy znalazł swoją taką cząsteczkę w rzeczywistości, czyli On ma swoje przedszkole, ulubionych kolegów, ciocie, ja wróciłam do pracy i poczułam, że znowu, jakby mam sprawczość zawodową i lubię to bardzo. No i mój mąż, który cały czas był w pracy, ale odkryliśmy w międzyczasie, że On ma takie prawo do kilku dobrych tygodni takiego właśnie bycia z nami. Więc cały magiczny pierwszy grudzień był z nami. Bo ten grudzień jest taki magiczny. Czeka się bardziej na dwie kreski, w tym grudniu czeka się bardziej na tego bobasa i te magiczne życzenia dotykają bardziej i dobrze wiemy, bo niejeden podcast o tym już nagrałyście, że to jest po prostu najcięższy czas w roku. On wreszcie mógł być najpiękniejszy. Mogliśmy być we trójkę. I tak 24 godziny na dobę. Więc ten pierwszy grudzień był taki nasz kompletnie od pierwszego do ostatniego dnia grudnia. Więc tutaj była taka magia.



    Taka magia, na którą czekaliśmy 8 lat. Więc zadziała się ta magia: pierwsze pieczenie pierniczków, ubieranie choinki – same wzrusze. Tutaj to było piękne. I pierwsza wigilia. To chyba były też pierwsze święta, na które czekali też moi rodzice. I dziadkowie, którzy jeszcze mają okazję Go poznać. Mają prawnuczka. To też było takie, że ja miałam radość w sobie, że ja mogłam Im to dać. Oprócz tego, że oczywiście to jest nasza historia. Nasza część życia, to ja mogłam dać to Im. Ja widziałam, że Oni tak bardzo na to czekają. Wiadomo – nikt nie wie, kiedy Ci rodzice odejdą z tego świata i oby odchodzili jak najpóźniej, przecież nie masz tej pewności, że zdążysz, że Oni poznają Twoje dziecko.

    Na szczęście są. Na szczęście cieszą się tym po prostu niesamowicie, ale bywały dni, kiedy z tyłu miałam głowy:

    – Boże, a jak ja nie zdążę, przecież Oni czekają tak bardzo, jak ja. Co jeśli nie zdążę? Co jeśli kogoś takiego turbo bliskiego mi zabraknie, a nie zdążę podzielić ze mną tego szczęścia?

    Więc to były pierwsze takie święta, kiedy ja miałam takie: ZDĄŻYLI!

    I moja babcia i mój dziadek i Oni jeszcze są i Oni się nim jeszcze cieszą, więc to jest takie: Łoooooł, udało się. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi.

    Więc jeśli któraś para gdzieś w środku czuje, że to jest…, to może być ich droga, to przede wszystkim musicie być tego w 100% pewni. Oboje. Tu nikt nie może nikogo namawiać. Tu nikt nie może nikogo przekonywać. Tu nikt nie może powiedzieć:

     słuchaj, bo może to jednak nie jest dobry pomysł, bo to nie wyjdzie. To nie wypali.

    Tutaj musi być takie 100%. Moje 100%. Twoje 100%. Bo nas też zaskakuje wiele rzeczy, to, że my byliśmy narażeni na najgorsze historie na zajęciach, to że my tak dużo rzeczy słyszeliśmy, to wcale nie oznaczało, że my teraz na lajcie (lekko) podchodzimy do tych naszych historii, bo jest ciężko. Nie. To trzeba wiedzieć, że trzeba się mierzyć z różnymi ciężkimi rzeczami i różnymi ciężkimi tekstami. Jak każdy rodzic w takiej furii dziecka usłyszy: 

    – Ej nie lubię cię, nie kocham cię, nie jest fajnie, że jesteś moją mamą. 

    To nas to boli troszeczkę inaczej. No bo… halo… Jak kiedyś będziesz nastolatkiem i mi wykrzyczysz w buncie nastoletnim:

     nie jesteś moją mamą.

     To może dotknie mnie to troszkę bardziej niż taką mamę, która rzeczywiście fizycznie urodziła swoje dziecko.



    Więc z tym wszystkim trzeba się mierzyć i myślę, że trzeba być takim naprawdę w 100% pewnym. Nie miałam wątpliwości, ja naprawdę nie miałam wątpliwości. I w takich momentach jego krzyku, nie miałam takiego czegoś:

     Boże, po co ja to zrobiłam.

    Tylko miałam bardziej takie:

    Boże, to będzie jednak takie naprawdę ciężkie. Wiedziałaś to, ale jednak czujesz, że to jest ciężkie.

    Więc wydaje mi się, że namawianie męża, albo namawianie żony, bo to nie zawsze musi być tylko sugestia ze strony kobiety, na to, żeby iść tą drogą – nie ma sensu, jeśli ta druga osoba tego nie czuje. Tak samo jak wiesz – nie wszyscy chcą mieć dzieci. No umówmy się – nie wszyscy muszą mieć dzieci. Przecież nikt nikogo nie zmusi do tego, żeby założył rodzinę w której są dzieci. Są osoby, które marzą o tym całe życie i zrobią wszystko, żeby te dzieci mieć. Ale są osoby, które nie czują tego. I myślę sobie, że lepiej, żeby ich nie mieli, jeśli są świadomi tego, że nie będą na to gotowi, niż mieli je na siłę, bo świat albo społeczeństwo od nich tego oczekuje. Myślę sobie, że takie “100% chcę to zrobić”. Z takim założeniem, że OK, mogę mieć chwilę zwątpienia, no ale czy biologiczni rodzice czasami też nie mają takiego:

    – Boże, co tu się w ogóle wydarzyło w tym naszym życiu. Kiedy było mi źle, w tych książkach, czytaniu w spokoju i piciu ciepłej kawy?

    Wydaje mi się, bo mam przyjaciółki, które też mają dzieci zdrowe, normalne, dokazujące, więc wiem, że to, że ja tak czasami odczuwam, nie świadczy o tym, że jestem jakimś złym człowiekiem albo mamą, która nie powinna nią być. Absolutnie. To też mi dużo dało, te moje przyjaciółki, które tak stawały i mówiły:

    – Halo, ja też się tak czuję, ogarnij się, to jest normalne!

    Czasami ten kopniak w przysłowiowe cztery literki był potrzebny, do tego, żeby się otrząsnąć i sama moja przyjaciółka wie, że te kilometrowe wiadomości, albo te godziny wykrzyczane i wypłakane przez telefon były na wagę złota. I myślę, że Ona jest świadoma tego, że dzięki jej wsparciu tak naprawdę (dałam radę), i największemu wsparciu mojej mamy, i chylę jej czoła. To jest taki mój dobry anioł, który stoi dosłownie tutaj z tyłu za plecami i za każdym razem wiem, że jak po prostu jest jakiś taki moment dramy, to jest pierwszy telefon mama albo ta moja przyjaciółka. Więc swoją drogą – nasze dzieciaki są w bardzo podobnym wieku i się bardzo uwielbiają. Mimo różnicy płci się naprawdę uwielbiają.

    Druga przyjaciółka urodziła synka, więc tu jest takie wielkie zaskoczenie, bo jest taki malutki, taki słodziutki, ma roczek – już zaraz będzie tu biegał, ale nadal mój syn jest taki zachwycony nim strasznie. Ma też kuzynów, którzy są w bardzo podobnym wieku, więc On się, tak jakby wstrzelił idealnie wiekowo, datowo – no tak miało być. Gdyby był bobasem, to byłby dużo młodszy od wszystkich tutaj naszych ekipowych dzieciaków. A On jest właściwie w identycznym wieku, no ich różni, czasem pół roku, czasami rok. Także jest to idealny wiek.



     Ja sobie kiedyś powiedziałam, że ja do trzydziestki, po prostu do trzydziestki muszę zajść w ciążę. To musi być ten magiczny rok 2020 i ja po prostu tu muszę być w tej ciąży, bo to jest jakby taki koniec. Trzydziestka i koniec. Zresztą Ty wiesz, 30-tka mi się kojarzą te Twoje baloniki i 30-tka jest to taka meta. I ups. I 2020 rok się skończył. No i ups. I skończył się 2021 i ups…

     I było takie: ej, nie zdążyłaś. Koniec.

    To marzenia wtedy tak prysły i myślałam, że to koniec.



    I co się okazało… MOJE DZIECKO, URODZIŁO SIĘ W 2020 ROKU. 



    Pamiętam, że robiliśmy swoją wspólną 30-tkę, tak jakby pomiędzy moją a Jacka. On kwiecień, ja październik – więc tutaj był taki moment, że my w wakacje sobie zrobiliśmy. A nasze dziecko urodziło się 25 sierpnia. A w sierpniu robiliśmy 30-tkę. I dmucham te świeczki, i myślę: masz jeszcze kilka miesięcy – zdążysz. Na 2020 zdążysz.

     I On się urodził właściwie w momencie, gdy my świętowaliśmy i dmuchaliśmy świeczki “masz zdążyć”.



    Więc powiedz mi, że wszechświat nie ma swojego fantastycznego planu, który jest inny niż Twój – no ma. Ja się tego trzymam.



    Ja wierzę, że ktoś na górze gdzieś już sobie ten plan zapisał dużo wcześniej, niż ja sobie go wymyśliłam. Tak pewnie siedział sobie tam – i myślał, i stukał się w głowę, i mówi:

    dobra weź Paulina, ja wiem, co robię. Ja wiem po prostu, ty tylko ogarnij, ty tylko zaufaj. Daj tutaj swoją przestrzeń, żebym ja mógł podziałać. Bo ciągle mi wchodzisz w drogę.

    To też był taki sprawdzian wiary mojej, jak już tak jestem przy tym temacie, to to był sprawdzian mojej wiary, bo obydwoje z mężem, no tacy jesteśmy wydaje mi się wierzący. Z praktyką bywa różnie, ale dzięki kuzynce mojego męża trafiłam na świetnego księdza. Po prostu takiego wiesz – najpierw człowieka, a później człowieka, który jakby ma swoją konkretną posługę. On udzielał też chrztu naszemu dziecku. Jest taką częścią też naszej historii, bo to On powiedział… pamiętam, jak postawił przed nami taką… nawet nie chusteczki, tylko postawił przede mną rolkę ręcznika papierowego, jak mówiłam, że:

    – Wiesz, że będę wyć.

     odpowiadał:

    – Wiem, smarkaj.

    I po prostu wylałam wszystko, co mogłam, to była taka terapia dla mnie, tylko wiesz, nie u psychologa, tylko u księdza. Ja tam krzyczałam:

    – Co ten Bóg sobie wymyślił, ileż można Go prosić, ileż można się modlić. Halo, On nie słucha. I w ogóle nara i nie będę chodzić do kościoła, bo po co mi to jest – nie słuchasz mnie to cześć.

    Więc się obraziłam, tupnęłam nóżką, odwróciłam się plecami i powiedziałam, że w ogóle – no to sie masz. No i teraz za to “sie masz” mogę dziękować, bo On jakby miał magiczny plan na to wszystko, więc dobrze, że tak zrobił. Myślę, że z czasem się widzi takie rzeczy, w konkretnym kulminacyjnym punkcie masz bunt na wszystko i na wszystkich.

    Na przykład nigdy nie miałam takiego momentu, że irytowały mnie osoby, które są wokół mnie w ciąży, ale strasznie mnie bolało. Ja pamiętam absolutnie każdą informację o ciąży, czy to było 9 lat temu, czy 4. Chyba najłatwiej przyjęłam informację o tej ostatniej ciąży, mojej przyjaciółki, gdzie ten mały człowiek ma już roczek. I to Ona też mi powiedziała:

    – Wiesz, jak ja się cieszę, że ja jestem w ciąży wtedy, kiedy jest już Twój syn z Wami, bo ja się tak bałam o tym powiedzieć, a teraz mówię tak z taką radością, z taką ulgą. Bo jesteś już po tej stronie macierzyństwa i fajnie, że w tym momencie jestem ja (w ciąży).

    Chociaż pytała też, czy nie boli mnie fakt rosnącego jej brzuszka. W ogóle nie. Ja chyba tę jedną, jedyną ostatnią ciążę przeżywałam już z takim… nie chcę powiedzieć, że tamtych nie przeżywałam z radością, bo je się cieszyłam z dziewczynami. Ja wiedziałam, że każdy czeka i wszyscy, którzy chcą, to mają… Mam takie marzenie, że jeśli chcesz, żeby Twoje marzenie się spełniło, no to niech ono się spełnia. Super, że się spełnia. Ja trzymałam kciuki, żeby te dzieciaki były zdrowe, żeby wszystko było ok.

     

    Ale to bolało.



    I wiesz doskonale, co czuję, bo to tak bolało. Każde zdjęcie USG, ja pamiętam, co robiłam w konkretnym momencie, konkretnej informacji. To było takie, że nie czułam tam buntu, ale czułam tam taki żal, że w ogóle fajnie, że Ci się udało, trzymam za Ciebie bardzo mocno kciuki, niech wszystko było ok. Tylko dlaczego znowu nie ja. Halo!

    I wiesz, to były takie ciąże, gdzie nikt nie musiał walczyć: a idę zrobić sobie dziecko. I bach. Dzień dobry, następny cykl – ja jestem w ciąży. Tutaj będziesz ciocią.

    Jak to się dzieje w ogóle. To jest takie niesprawiedliwe. Ja wtedy miałam takie myśli – świat jest niesprawiedliwy i Boże widzisz to? Widzisz znowu. Ona nie chciała… znaczy chciała, ale nie musiała postarać. Jakby po prostu jej to przyszło. No nie jej wina, że mi nie przyszło, ale jednak ból gdzieś towarzyszył. Więc bunt też był oczywiście ogromny.



     A teraz jest już po prostu Żyćko. 



    I myślę, że to żyćko już jest takie… wydawało mi się, że będzie mi się łatwiej podzielić tym, bo to jednak dwa lata już minęły. A to jednak tylko dwa lata. I chyba takie wracanie do początków nie boli mnie już tak. Na przykład mówię o tych ciążach i mam przed oczami takie obrazy, że dobra tu było tak, tu było tak. Od niej dowiedziałam się w taki sposób, a od innej tak. Od jednej przyjaciółki dowiedziałam się listownie – po prostu. Wręczyła mi kopertę, bo nie umiała mi tego powiedzieć prosto w twarz i to była ta, która się z Wami podzieliła swoim testem ciążowym – była na jednej Instastorce? Ona mi wtedy tego nie powiedziała i absolutnie na tym zdjęciu, nie mogłam się w ogóle domyślić, że to mogła być Ona. Ale miałam takie: o ja, to chyba jest Ona? I przepikiwałam sobię cały czas tę Waszą storkę… i mówię: to jest chyba Ona. No ale przecież mi o tym nie powiedziała, przecież by mi powiedziała. Halo. Jakby staramy się razem. No i nie umiała. Dała mi list.

     

    Więc wszystkie te momenty pamiętam. I zastanawiam się, który był najtrudniejszy i chyba ten był jednym z takich, który mocno mi się wyryły w pamięci, bo to była taka równa walka. Szliśmy razem. Te dwie pary. I nam się nie udało, a im się udało. Więc to pamiętam doskonale. Jej córa jest zdrową sześciolatką, równie szaloną jak jej mam i z zakręconymi włosami. Aczkolwiek wszystkie momenty pamiętam i wszystkie się wyryły, ale jak teraz o tym mówię, to myślałam, że gdzieś jeszcze mnie to w środku dotyka, ale chyba już nie. Chyba to jest takie czyste wspomnienia, że to było, że to jest też część naszej historii i super, że te dzieciaki są. I super, że te mamy mogą się cieszyć z bycia mamą. I super, że noszą te same problemy, co ja i słuchają tych buntów.

    Fajnie, że mogłam wejść wreszcie w ich historię. Fajnie, że mogłam być taką częścią… wiesz, fajnie jest być “ciocią na medal”. Super jest być ciocią i w ogóle fajnie jest rozpieszczać te dzieciaki, spędzać z nimi czas. W tych wózeczkach, te spacery, to jest super. I cieszyłam się tym całą sobą, w każdym momencie w którym rzeczywiście, gdy byłam na spacerach i spędzałam z nimi czas. Ale zamykają się ich drzwi, wsiadasz do auta i jest takie: kuźwa, ja też tak chcę. Dlaczego jestem tylko ciocią.



    To teraz mam.

    Co prawda, gdzieś w środku mam takie… znaczy ja się nabyłam w tych wózeczkach, w tych kółeczkach, w towarzyszeniu im jako ciocia. Jak to moja przyjaciółka mówi:

    – Wiesz, ominęła Cię ta orka, tego wszystkiego, wiesz tych ząbków, tego płaczu, tych kupek, tego wszystkiego…

    I niby fajnie, że mnie ominęła, że mnie ta orka ominęła, jakby tutaj – nie jestem tym zmęczona. Wiem, że moja orka (w cudzysłowie oczywiście) jest trochę na innym pułapie i poziomie, ale czasami tak sobie siadam i mam takie: jacie, ja nie widziałam, jak Ci rosną pierwsze zęby. Kurdę, ja Ci nie przewijałam pampersów. Ja nie nosiłam takiego bobaska.

    On teraz czasami chce, żeby Go nosić. Ale już jest ciężki, to nie da się już tak, jak bobasa położyć. Więc nosimy – i nie ma, że nie noś, bo przyzwyczaisz. Po prostu nosimy, bo On tego potrzebuje, ale wiesz tak – ponoszę, ponoszę i muszę usiąść. No to Cię po przytulam na siedząco, chodź tutaj. Jest czasami takie kłucie w sercu – ten Twój pierwszy krzyk, te Twoje płacze w nocy… Ja wiem, że każdy rodzic, no może nie wspomina tego jakoś rewelacyjnie, bo to jest pewnie turbo zmęczenie, ale jest takie trochę uczucie, że zostało mi to odebrane, a właściwie nie…, nie było mi to dane. Nie było mi to dane, że pierwszych kroczków nie widziałam, no nie wiem… wiesz, wszystko takie, co Wy możecie sobie wspomnieć, a ja tego nigdy tego nie wspomnę. Nie opowiem Mu o tym. No i najgorsze jest chyba też to, że On nie ma… żyjemy w XXI wieku, wszyscy mają filmiki, zdjęcia, a my tego nie mamy.

    I On często o to wypytuje: zobacz, ciocia ma takie malutkie zdjęcia swojej córeczki, a ty masz moje jakieś stare?

    Więc tak naprawdę jakieś pierwsze filmiki, nagrania to są z takich pierwszych dni i czasu kiedy u nas był. Pierwsze nasze spotkanie, my oczywiście wszystko to fotografowaliśmy i nagrywaliśmy, bo chciałam, żeby to było taką podstawą do części jego historii, i czymś, na czym się będę mogła podeprzeć, żeby mógł sobie to zobaczyć. Jest kilka filmików, które Go turbo śmieszą, bo był jeszcze takim…:to nie, to nie, daj – nie, noś… wszystko takie, co jest typowo dziecięce. I On się z tego śmieje. On się cieszy, że może to obejrzeć. Czasami sam prosi: pokaż mi jak byłem mały. Ale czasami pyta, czy mam takie zdjęcia jak był małym bobaskiem. A ja nie mam skąd Go mieć. Więc tego po prostu pokazać mu nie mogę, więc to też jest takie czasami przygnębiające. Szkoda, że nie mogę Ci tego pokazać. Nie mogę tego opowiedzieć, nie mogę tego wspomnieć, ale no mówię bardziej w swoim imieniu, ale wydaje mi się, że mój mąż ma bardzo podobne do tego podejście. Czasami o tym po prostu siadamy oboje i przegadujemy. Więc ciężko mi o tym powiedzieć z perspektywy faceta ale uwierzcie kobiety, że facet przeżywa to równie mocno. Myślę, że tak samo jak walkę o dziecko. No nie? Doskonale o tym wiecie, że Wasi mężowie byli z Wami mocno, i wydaje mi się, że też warto o nich mówić, i o nich pamiętać. To jest ten filar, przynajmniej ja mam taki filar w postaci mojego męża. Ja mu tak wielokrotnie powiedziałam, że… wiesz, gdyby nie Ty, to ja bym się tak rozsypała, że po prostu koniec. To jest taka tarcza, nawet teraz:

    – Eej, On Ci nie da tego nagrać, wezmę go na rower. 

    Jakby to jest tak oczywiste, że On jest w tym wszystkim, że On towarzyszy, że spędza z nami czas, że to nie jest, że Mu bardzo dziękuję – bo On jest pełnoprawnym rodzicem. Ale jest takim filarem i taką, jak ja Go nazywam – oazą spokoju i moja mama mówi:

    – Proszę bardzo. Twoje dziecko, jest kopią Ciebie z dzieciństwa. A masz! Bo ty się wiecznie darłaś, że byłaś taka, że ciebie wszędzie było pełno. Wiesz kiedy przestawałaś mówić? Jak spałaś. I On jest identyczny.

    Musiał się z Tobą przywitać, po prostu pomachać, powiedzieć cześć. W ogóle nie odpuściłby. No i mama się zawsze śmieje, że jak Ona Go widzi, to Ona ma mnie przed oczami sprzed 30 lat, że to jest po prostu kopiuj-wklej. Kopiuj-wklej masz po prostu swój taki mini charakterek biegający. Więc najczęściej my się trzemy. Wiesz – ja mam swoją siłę – Ty masz swoją. Z samą sobą walczę czasami. A On jest taką naszą oazą spokoju. On jest taki racjonalny, On jest taki:

    – Dobra weź, już odpuść. Już sobie usiądź. Dobra, ja w ogóle ja się w to nie wczuwam, daj mu niech sobie pokrzyczy.

    Ja się czasami zastanawiam, jak On ze mną wytrzymuje, serio. Do tego wszystkiego mamy psa, o dziwo śpi (obym nie zapeszyła), bo ona ma charakter mój i mojego syn, więc po prostu wiesz – turbo rozdarta i wszędzie jest jej pełno. I On. Jeden. Z całej czwórki domowników jest taki spokojny. Chociaż On też się potrafi wkurzyć (żeby nie było, że On jest takim aniołem chodzącym – bez przesady:)), ale myślę, że gdyby też nie On, to dużo z tych rzeczy też się nie miałoby prawa wydarzyć. Bo jednak… super jest mieć wsparcie w mamie, w rodzicach, w rodzeństwie. Świetnie jest mieć najlepsze przyjaciółki świata, które Cię zawsze wspierają, ale jednak, ta historia zamyka się w czterech ścianach domu i tak naprawdę ona tam się toczy najbardziej. I wydaje mi się, że jeśli nie masz takiego poczucia, że masz kogoś, kto jest 100% za tobą, to czasami jest ciężko. Myślę, że nie tylko w tej kwestii, bo w kwestii każdej życiowej. W kwestii walki. W kwestii leczenia. W kwestii wszystkich lekarzy, badań – wszystkiego. Bo jak nie masz filaru – to leżysz po prostu i czasami ciężko Ci się podnieść. Mnie też ciężko było się podnieść, ale miał jakby kto z tej podłogi podnosić, z tej rozpaczy. Teraz też jest świetną opcją wsparcia w tym życiu, życiu po adopcji.

     I czy się zmieniło (życie)?

    Zmieniło się. Jest pełne. Jest pełne łez wzruszenia i chaosu też, ale jest pełne. Więc na ten chaos też człowiek czekał, więc jakby w ogóle – o co ci chodzi, przecież Ty tego chciałaś. Ten chaos jest wpisany w Żyćko.



    No więc tak, zmieniło się. Zmieniło się, ale czy tak diametralnie? Ja naprawdę czasem mam wrażenie, że ja nie pamiętam czasu przed. To są naprawdę tylko dwa lata, a ja po prostu, sięgając pamięcią… ok, przecież ja wiem, co się działo w naszym życiu, ale czasami tak się pytam: 

    – Ej, też masz tak, że Ty się czasami zastanawiasz, ile On z nami mieszka, że zapominasz absolutnie, że On nie jest z nami od początku.

    – Tak, bardzo często.

    I to nie jest tak, że my siadamy i codziennie pamiętamy – tak, dzień dobry nasz adoptowany synku, jakby witamy Cię po raz kolejny w naszym… Nie. Absolutnie. Zbudzisz się, Boże jest wpół do siódmej, idź do siebie jeszcze na 5 minut. Chociaż teraz to wpół do siódmej jest rewelacyjnie, kiedyś to była 5:30, albo 6:00 i jakby, idź spać synu, masz jeszcze 4 lata, 5 za chwilę – ogarnij spanko. Ale jak śpi do 8:15 to sprawdzam, czy oddycha, bo to jest nienaturalne.

    Więc mówię, mam absolutnie normalne życie.



    Więc drodzy ludzie, którzy czujecie, że wyczerpaliście swoją drogę w staraniu się o dzidziusia w sposób naturalny, bądź w sposób, który medycyna oferuje, albo po prostu medycyna i wszystko inne mówi: przepraszam, ale tu nic się nie da więcej zrobić i macie z tyłu głowy lampeczkę – może by jednak pomyśleć o adopcji? To usiądźcie przy dobrej ciepłej kawce. Przy ciachu, legalnym, żeby nie było – z przepisów Akademii;). I sobie przegadajcie. Nie wiem, może rozpiszcie wszystkie za i przeciw. To na ile jesteście gotowi. Pomyślcie też o tym, kto fajnie by było, żeby Was wsparł. Taki ktoś, kto po prostu będzie z tyłu. Do kogo będziecie mogli wyjść, zadzwonić, pogadać. Naprawdę, to wsparcie jest nieocenione. Ja sobie myślę, że Ci wszyscy ludzie, którzy są za nami,  czasami sobie nie zdają sprawy, jak bardzo cenni są. Bo naprawdę, to, że My jesteśmy dla siebie turbowsparciem, to, myślę, że my też czasami potrzebujemy tego wyjścia na zewnątrz, i tego pogadania o tych domowych takich problemach. Bo my nie jesteśmy ludźmi bezproblemowymi, my nie mamy takiej bańki miłości. Mimo tego, że jesteśmy dla siebie takim turbowsparciem i kochamy się nad życie. Ja sobie nie wyobrażam żyć bez mojego męża. Absolutnie!

    (Mam nadzieję, że On beze mnie też nie).

    Ale potrzebujesz tego wentylu wyjścia z czterech ścian, z tej chałupki, gdzie toczy się normalne życie i są normalne problemy. Wszyscy mamy je podobne bądź zbliżone.

    I ci ludzie, to jest taka po prostu Twoja baza, taka – ej, wychodzę, mam Ciebie, mogę zadzwonić. Przecież moja przyjaciółka już tam przebiera nóżkami i czeka, aż jej napiszę, że już skończyłyśmy nagrywać. Ona się tak jarała, że wczoraj już:

    – Ej, stresujesz się, czy się jarasz, bo ja się tak jaram i będę mogła dziś posłuchać.

    Więc to jest takie fajne. Oprócz tego, że towarzyszysz mi w tych takich ciężkich momentach, to jarasz się ze mną tym. Bo ja się teraz już w ogóle opowiadam, tu sobie trochę popłaczę. Widzę Ciebie (Zosiu), widzę Twoje reakcję, Twój uśmiech i to kiwanie głową – tak, też, jestem mamą, to teraz już czuję taki luz.

    Ale jak się zgodziłam, to miałam takie: ej, co ty w ogóle robisz, skręt żołądka będzie nie z tej ziemi ze stresu, a wczoraj już miałam takie mrowienie i mówię: ale będzie fajnie, ja cię kręce, będę w internetach.



    I to jest takie zataczanie kółeczka o tych magicznych koniczynkach, które zrywałyście i które wysłałyście, i przysięgam Ci, że ja byłam turbo-wzruszona, że ja dostałam ten liścik. Ja go później gdzieś tak wcisnęłam, że nie miałam pojęcia, gdzie on jest. Do swoich przydasi pewnie. Wszyscy mają przydasie i wszystko się przyda, ale nie wyrzucajmy tego – i on gdzieś sobie leżał i ja tak sobie pomyślałam: no tak, te czterolistne koniczynki, to wszystko przecież jest super, że ty tak jakby masz ciągle takie marzenie, ale…no pewnie komuś się spełniło. Ale no nam… znowu nie. Super, że dziewczyny mnie to wysłały, ale jest, kiedyś sobie o tym wspomnę… i serio ja to znalazłam w momencie, kiedy ogarnialiśmy tutaj pokój. 

    Tak jak Wam napisałam, po prostu usiadłam, otworzyłam tę kopertę, mówię, co tu jest? Co to jest za koperta, jakiś dokument? Otwieram. Mówię: 

    – Ej koniczynko, spełniłaś swoje zadanie. Dzień dobry bardzo. Fajnie, że jesteś. 

    I to była pierwsza myśl, że ja muszę do Was napisać. 

    Te koniczynki serio – to jest magia w najczystszej postaci. 

    Teraz wiem gdzie jest ten list. Ma swoje magiczne miejsce. Ja czasami sobie do niego tak zaglądam i jak odezwałyście sobie storkę (rolkę na Instagramie) wtedy też, właśnie o tych koniczynkach, że ja do Was napisałam i później zobaczyłam ten post, i się tak zalewałam łzami, że w ogóle: 

    – Ej, hi (cześć), wiesz ile lat temu marzyłaś o tym, żeby móc mieć jedną storeczkę, że ci się udało, a ty jesteś… ty masz post, pokazują to, że naprawdę – to nie jedno ma imię. To imię “adopcja”, też jest macierzyństwem, rodzicielstwem. Rodzicielstwem przede wszystkim. Też możesz mieć swoją historię i wcale nie musisz zakończyć jej Akademiowo-dietowo idealnie, że możesz pokazać też, że jest inna opcja, że ta opcja jest super. 

    Nie wiem, czy jest dla wszystkich – myślę sobie, że nie. 

    Ja ostatnio usłyszałam taki głos od osoby jednej z rodziny, że: 

    – Wiesz, ja bym się nie zdecydowała, ja bym nie dała rady. Jakby podziwiam Was, ale ja bym nie dała rady.

    Ja sobie wtedy myślę, co tu podziwiać. Ja po prostu spełniam swoje marzenia. To nie jest nic do podziwiania. Bo my też nie chcemy takich wiesz… ja powiedziałam na początku – ukłon w Naszą stronę, ale nie w stronę nas, konkretnych dwojga ludzi, że trzeba wielce się kłaniać, wynosić nas na piedestał, bo halo, ja spełniam też swoje marzenia. Jestem samolubna, ja chciałam mieć to dziecko. Nie jest tylko tak – o kochany synu, teraz jestem fantastyczna, bo mogłam Ci dać inne życie. Ja wiem, że tak jest oczywiście, ale nie oczekuję oklasków. 



    My chcieliśmy mieć dziecko. My po prostu chcieliśmy być rodzicami, to jest trochę samolubne. 



    Halo, ja chciałam, żeby ktoś mówił do mnie mamo, nie tylko ciociu. Jestem mamą chrzestną, owszem. Dwóch shogunów. W ogóle mam samych facetów. Samych. Jacek ma jednego i za chwilę drugiego chrześniaka, właśnie tego roczniaka. Ja mam dwóch chrześniaków. Mamy syna. W ogóle wszędzie są faceci, a moje przyjaciółki mają córki. Idealnie się to dopełniło. No w każdym razie, to było trochę samolubne. To nie jest na oklaski, ale przyznała (ta osoba), że ona by się nie zdecydowała, bo wie, że to nie jest tak jakby dla niej. Nie dla jej charakteru. I ok. I super to jest. Tak samo jak ja zrezygnowałam z opcji in vitro, tak? A wiele par dzięki temu ma po prostu biegające szczęścia. Więc też super, że się na to zdecydowali. Wydaje mi się, że każdy ma swoją drogę i nikomu tego oceniać, bo rewelacja, że się udało samą dietą… znaczy samą, tutaj robię duży cudzysłów, bo my doskonale wiemy, że to jest kawał roboty dla Was. I tego, że same jesteście pięknymi żywymi przykładami, że się da.



    Ale nawet jak się okazuje, że nawet jeśli się totalnie poddaliśmy diecie, wszystkim opcjom lekarzy, zrobiliśmy naprawdę wszystko. Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wyprostuję się i powiem, że ja naprawdę zrobiłam wszystko. Słuchaj synu, ja naprawdę zrobiłam wszystko. Ja sobie nic nie zarzucę. Po prostu podjęliśmy świadomą decyzję, że opcja in vitro nie jest dla nas, a inseminacje no kazali nam sobie odpuścić.



    Tutaj była kolejna z dróg. Dla nas oczywista, ale nie musi być oczywista dla wszystkich. I nawet ci, którzy jak twierdzą, nas podziwiają nas, ale by nie dali rady, no to ok.

    Tak samo, jak wiesz, nie wszyscy muszą nam mówić, ale super, że to zrobiliście, tylko mogą sobie pomyśleć, czy oni są tego pewni? I też mają do tego prawo. Tylko jedno – ja tego nie muszę słuchać. Nie musisz mi tego mówić. To tak samo jak wiesz, takie dobre rady cioć, wujków i przyjaciół, i nie tylko, właśnie w całym procesie leczenia, że niejedną „dobrą radę” w dużym cudzysłowie słyszałaś i słyszy je mnóstwo kobiet, bo nawet na Waszym profilu jest o tym – wystarczy kliknąć i tego posłuchać, i się załamać. Przeczytać to i powiedzieć: Jezu, żyjemy w takim świecie… serio?! Postukać się w głowie, tak, jak Ty w tym momencie, więc naprawdę to jest. Ja też tego nie muszę słuchać.



    A stereotypy społeczeństwa o które też tutaj pytałyście – są też jakby.

    Np. a wiesz jakie to geny? A wiesz, co z tego wyrośnie? Jesteś pewna? Wiesz no bo wychowanie, wychowaniem ale no gena nie oszukasz. 

    To nadal to jest, mimo tego, że o adopcji się już mówi dużo głośniej i Bogu Dzięki.

     I dzięki też tej dziewczynie, o której ciągle myślę, i mówię bez nicku na Instagramie, ale ona też ma wiele historii. To trochę tak, jak Akademia Płodności, i tak piękne kafelki, że „się udało” i testy, i te małe bobasy to ona tam ma sporo ma tam swoich, jak ona mówi “dzieciaków”, bo dzięki jej wsparciu też wiele osób się naprawdę zdecydowało na to, żeby jednak tą drogą iść. Ona też jest super. Jak na nią mówię “żmija”?. Super, superwsparciem jest, więc naprawdę i myślę, że ona też ma takie właśnie swoje dzieciaki, i dzięki temu, że była wsparciem, to też dużo osób się zdecydowało.

    No i tak jak powiedziałam na początku nikt Cię nie zrozumie bardziej niż ktoś, kto przeżył. Więc jeśli tylko ktoś chciałby porozmawiać, to ja służę oczywiście pomocą.

    Nie wiem, czy jestem odpowiednią do tego osobą, aczkolwiek – my też mamy taką swoją mini grupkę wsparcia z tych ludzi z ośrodka. Każdy z nas ma troszkę innego dzieciaczka, z trochę inną historią, i inaczej też wiekowo, chociaż są w podobnym wieku. Dwóch chłopców jest dużo młodszych, ale ogólnie dzieciaczki są w podobnym wieku. Wiesz, pewnie to spotkanie by głównie polegało na morzu łez, ale takich wzruszenia, takich też trochę bólowych, że jednak te nasze dzieciaki musiały tyle przejść, żeby z nami być.

    I to jest takie super, że możesz o tym z kimś porozmawiać, ten ktoś wie, co w ogóle myślisz, co czujesz, tylko wiesz to jest takie spojrzenie na siebie, i yhmm, I know (ja wiem), też to mam, też to czuję, więc to…



     poczekaj, bo śmieciara wyrzuca śmieci…

     

    Z.: Żyćko.



    P.: Będzie to słychać.



    Z.: Żyćko.



    P.: Niby usiadłam w najcichszym pomieszczeniu, no ale oczywiście Żyćko.



       Więc wydaje mi się że tutaj chyba takie, to jest takie turbowsparcie, ale takie wsparcie ludzi totalnie z zewnątrz. Totalnie laiczków, którzy… 



    (upewniam się, że się nagrywam… Dobra nagrywa się, bo wiesz godzinka rozmowy minęła…:))



               Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan?



    P.: (Wsparcie) Ludzi takich kompletnie, takich też na chłodno (oceniających), bo ja też potrzebowałam takich, że ja usiadłam, wyryczałam się, opowiedziałam i na przykład słyszałam:

    – Wiesz co, jakby nie do końca to rozumiem. Też nie do końca wiem, co czujesz. Ja nie umiem ci tego w jakiś inny sposób wytłumaczyć, ale słuchając tego, wszystko jest okej. Wiesz, wszystko jest okej.

    Ja potrzebowałam tylko takiego “wszystko jest okej” i bywały momenty, kiedy ja siadałam, wyłam w poduszkę i sobie myślę: boże ile jeszcze dźwignę, czy ja naprawdę dam radę. 

    A później sobie myślałam, że każda mama ma swoje momenty, kiedy się zastanawia, czy po prostu da radę. Są mamy…, zresztą Ty też jesteś tego przykładem i a propos historii, że nie zawsze te początki są kolorowe. Nie? Że nawet jeśli masz wymarzony cud i Go rodzisz, to, to nie zawsze jest tak instagramowo. Nie zawsze jest tak pięknie. Nie zawsze jest tak, jakby się chciało, żeby było. I mimo też robisz wszystko absolutnie, żeby było idealnie, żeby te wyniki były świetne, żeby to dzieciątko się urodziło zdrowe to… „Żyćko”.  To Żyćko.



    Więc też nie na wszystko miałam wpływ, ale Żyćko zatoczyło piękne koło i ja się bardzo cieszę, że ono tak wygląda, naprawdę.

    Ja jestem szczęśliwą mamą z problemem, jak każda normalna mama.

    Z radościami, jak każda normalna. Ze wzruszkami, jak każda normalna. Wiesz, już pierwsza laureczka gdzieś tam “kocham Cię mamo” napisana najkrzywiej na świecie i podpis, po prostu kaligrafia kompletna, ale pięknie. Najpiękniej i oczywiście włożona w magiczne pudełeczko ze swoją drogą kopertą z koniczynką, i mam swoje magiczne pudełeczko wszystkich pierwszych rysunków.

    Te stokroteczki w tych rączkach przeniesionych, wyczekane. To jest kolejny symbol oprócz koniczniki, więc to są momenty na które człowiek czeka i ile razy sobie ich nie wyobraża. Boże, to takie historie w głowie pisane, że po prostu kosmos i one się dzieją. Może nie są utkane dosłownie z marzeń, ale są takie, jakie miały być. Dokładnie, po prostu nie mogły być inne.



    Więc wiesz, On jest kompletnie nasz. Absolutnie. W ogóle nie myślę o tym, że nie. Po prostu On jest nasz od A do Z, z turbo wrażliwym sercem taty i z podłym charakterem mamy;).



    Ludzie czasami mówią, że te dzieciaczki, które są adoptowane one się upodabniają wizualnie i charakterem. On ma swój charakter. Nie jestem przekonana, że od początku był charakterny mocno i jestem przekonana, że od początku miał, turbo dobre serduszko, i myślę, że teraz po prostu jest moment, w którym On może rozkwitać, i się rozwijać, i cieszę się, że się to dzieje w czterech ścianach naszego domu. Bardzo.

    I myślę sobie, że rzeczywiście się trochę upodabnia. Bo po prostu jest nasz. Cieszę się, że po tych dwóch latach naprawdę wszedł kompletnie w rodzinę i jedną, i drugą. Jest absolutnie zaakceptowany przez jedną i drugą rodzinę, i naprawdę jest takim… (jak to nasi sąsiedzi się śmieją) jest taką iskiereczką. Wiesz mamy wszystkich sąsiadów, którzy są albo starsi, albo no mają już takie duże dzieci, więc zbiega tak z tego 3 piętra po prostu i hałasuję, i wszyscy cześć, cześć, cześć! Dzień dobry, dzień dobry! Więc On, jakby jest taką iskiereczką tutaj. Serio. I tak jak powiedziałaś, jak go zobaczyłeś, „Boże co za uśmiechnięty człowiek”. Tak. To jest dziecko, które albo się śmieje całym sobą albo się wkurza całym sobą. Więc ze skrajności w skrajność idealnie, ale naprawdę jest pogodny jest naprawdę… czasami sobie myślę… synku ile Ty nosisz w tej swojej główce, a Ty tak potrafisz się z wszystkiego cieszyć.

    Pamiętam pierwszy tort, bo teraz będzie nasz drugi wspólny. Właściwie przeżyliśmy te jego trzecie urodziny też z nim, ale nie tak, jakbyśmy chcieli to przeżyć. Po prostu byliśmy tego dnia razem. Więc jakby ten pierwszy tort spidermanowy był bardzo istotny dla Niego i On tak skakał z radości, jak mógł zdmuchnąć tę świeczkę, że po prostu… jest takie: ahhh. Każde dziecko, jak ma urodziny, chcesz mu dać wszystko w ten jeden dzień po prostu takie wymarzone. A ten tort był taką radością wiesz takim „wow! To jest mój, jakby kompletnie moja impreza”. Chrzciny też miał, jak miał prawie 4 lata, trzy i trochę więc absolutnie było to dla nas istotne. Bo ta dam, obraziłam się na boga, więc jakby przyjęłam na klatę jego fajny plan, więc ok, już jesteśmy. Już mamy sztamę. Więc oczywiście było to dla nas bardzo istotne, żeby On również miał swojego anioła stróża i on też bardzo dla niego to było istotne, że teraz nawet mówi tata będzie chrzestnym, a moim chrzestnym jest…. i tutaj wypikuje imiona, bo dla niego też to było takie istotne, że to była też jego impreza, i to byli jego goście. Szykujemy się na piąte urodziny, więc tutaj też jest oczywiście konkretna tematyka, i wszystko, i serwetki i wszystko musi być tak, jak trzeba.

    I cieszę się, że mogę to robić. Bardzo się cieszę, bo ja o tym marzyłam i bardzo się cieszę, że mogę spełniać jego małe marzenia. To jest takie super, że jakby „Ty” (synku) jesteś chodzącym spełnionym moim marzeniem, i teraz jakby naszym zadaniem jest, żeby spełnić wszystkie Twoje małe, i duże marzenia. Jakby “cześć witaj w świecie szczęścia i normalności mały człowieku i żyj tak, żebyś chciał przeczytać później tę historię aby naprawdę… żeby powiedzieć, że się udało…”



    (Nie wiem, ile z tego [nagrania] Karol poskłada? Będzie musiał moje wzruszki wyciszać. Kawał ciężkiego masz zadania.)



    Z.: Absolutnie, Karol nie pozwalam. Nawet nie próbuj tutaj nic wycinać. Zabraniam. Ewentualnie moje chlipanie, po drugiej stronie, żeby nie dokładać.

    P.: Ja się bardzo staram odsuwać od tego mikrofonu, jak sobie wiesz tutaj… wzdycham, ale myślę, że nie zawsze mi się udaje, no wiedziałam że się…, o poczekaj nawet mi słuchaweczka wypadła.

    Wiedziałam, że się wzruszę, ale no to jest ogrom emocji i rzeczywiście dostałam pytanie, jak się dowiedziała moja przyjaciółka, zresztą nie tylko moja przyjaciółka, bo jeszcze jedna osoba też się dowiedziała, że to nagrywam… mam nagrać.

    To obydwie zadały pytanie:

    – Czy jesteś gotowa, żeby opowiedzieć tę historię?

    Ja mówię: wiesz co? Chyba jestem, znaczy jakby ja ją ciągle przeżywam, ale na pewno będę wyć… i to było oczywiste.

    Jakby ja wiedziałam, że ja wiesz… ja jestem miękka pupa po prostu. Ja tyle razy czytam wasze historie i o Jezus, ja tak chlipię po drugiej stronie. No w ogóle no ja jestem taki mocno emocjonalny człowiek, więc wiedziałam, że będę wyć, ale z drugiej strony sobie tak pomyślałam, a jeśli jedna osoba to odsłucha i ta jedna osoba usłyszy o tym, że naprawdę jest happy end (szczęśliwe zakończenie) i jest super życie. Normalne, nie odbiegające od rzeczywistości, jest super życie. Da się. No i jeśli mogę być taką małą cegiełką do tego, że ktoś jednak pójdzie do tego ośrodka, i chociaż po prostu zapyta, i nie wiem, i nawet skończę kurs, i pomyśli o tym, a może ktoś jednak zamieszka w kolejnym domu, i będzie miał piękną historię? To czemu nie? To jestem.

    Z.: Paulinka, ja Ci bardzo dziękuję. Bardzo. Naprawdę, bo Twój głos w ogóle, wiesz Ty jesteś takim naszym akademiowym człowiekiem. My po prostu tyle lat, ile my wymieniamy wiadomości. Mamy niewiele takich dziewczyn jak Ty z którymi przez tyle czasu…

    P.: Powiedz mi, ile lat jest Akademia, bo próbowałam tak policzyć…?

    Z.: Akademia jest 7 lat.

    P.: No to jestem od początku.

    Z.: Jesteś naszym człowiekiem, który mam wrażenie, że tak towarzyszymy i jestem Ci tak bardzo wdzięczna, że poświęciłaś kawał swojego serducha na to, bo wiesz może tego po drugiej stronie właśnie słucha jakaś inna Paulinka. Może Ona jest te trzy kroki za Tobą i może miała te same pytania, które rodziły się w Twojej głowie. Ja myślę, że zasiałaś bardzo wiele takich małych ziarenek, które sobie zaczną kiełkować w głowach osób, które dla których może adopcja to nie była ta od zawsze oczywista droga, tylko może właśnie życie pisze swoje scenariusze, i zaczynamy o tej gałązce, o tej odnodze myśleć.

    A ja teraz patrzę na Ciebie cały czas i widzę to Wasze zdjęcia z tyłu. Przyklejone tą Waszą taką pełnią i wzruszam się na maksach i jesteście piękną rodziną, i pięknymi ludźmi, i to, że my jesteśmy w Was zakochane z Anią, od lat, to wiemy, ale teraz możemy to wyznać publicznie.

    Więc ja sobie pozwalam na ten przywilej, który mam, żeby Ci powiedzieć, Tobie i Twojemu mężowi, i Temu małemu roześmianemu człowiekowi, który tutaj machał jakiejś obcej cioci (którą po prostu widzi) – hej! Jesteście pięknym obrazkiem tego, że macierzyństwo, rodzicielstwo może wyglądać też tak, i być tak totalnie normalne. Dziękuję.

    P.: Zdecydowanie, teraz mi zabrakło głosu…

    Z.: Dziękuję.

    P.: … bo się po wzruszałam, też dziękuję bardzo i bardzo dziękuję za to, że Akademia Płodności zrobiła powiem taki ukłon w stronę naszą. Naszą w sensie mam na myśli wszystkich mam i tatusiów, którzy są tatusiami adopcyjnymi, mamusiami adopcyjnymi. Może to nie jest tak, że my chcemy o tym trąbić na lewo i na prawo, bo wiesz na przykład my mieszkamy w małym społeczeństwie, i no kurcze nagle się pojawił trzylatek, nikt nie pomyślał o tym, że przecież, halo – ona nie była w ciąży. Więc niby się nie mierzę z tym wzrokiem, absolutnie, ale oni wiedzą. To też nie chodzi o to, że mamy strasznie głośno o tym mówić, że konsultacje są jakieś super, i wszyscy muszą adoptować dzieci. Nie. Ale chcemy, żeby wiedzieć, że tak też można i że to jest też super historia, i plan na rodzinę. 

    Więc bardzo dziękuję, że miałam tę możliwość, mam nadzieję, że wychlipanie nie będzie jakoś tak bardzo słyszalne, ale no nie dało się inaczej.

    Z.: Ty jesteś prawdziwym człowiekiem. Naszym. Z każdym chlipnięciem nosa. Ale też jestem pewna, że nie tylko my dwie chlipiemy, tylko czuję, że będzie innych chlipnięć po drugiej stronie też sporo.

    Dziękuję Ci.

    P.: Cieszę się, niech sobie pochlipią i niech mają ten plasterek na serduszko, jeśli rzeczywiście potrzebują tego, to bardzo proszę.

    Z.: Dzięki.

    P.: Rozgośćcie się w tej części adopcji.

    Z.: Miałam bardzo dużo pytań, ale wiesz jak sobie je wyobrażałam, że muszę Cię o coś zapytać to dosłownie trzy zdania później Ty zaczynałaś o tym mówić. Naprawdę…

    P.: Bo ja jestem Wasza, no.

    Z.: … I potem nawet przekręcałam oczami i myślę sobie: Boże, naprawdę serio? Właśnie chciałam o to… , chciałam o ludzi zapytać, a Ty zaczynasz mówić o ludziach. Chciałam o TO, Ty zaczynasz O TYM… więc nie mam więcej pytań. 

    Nie mam więcej pytań, dziękuję wyczerpałaś ten temat. 

    Dzięki za nakreślenie Waszej historii i życzę Wam tego, żeby to Żyćko dalej było po prostu normalne. Z wyzwaniami, które na Was czekają ale również z tymi bukietami stokrotek i innymi cudownościami, które na pewno czekają.

    P.: Tak, z tymi pięknymi „dniami mamy” i tymi wszystkimi cudownymi dniami. 

    Dziękuję bardzo, bardzo, bardzo, bardzo.

    Z.: My również.

    P.: Do zobaczenia i do usłyszenia na pewno, bo My się już spisujemy.

    Z.: Mamy nadzieję, że ten kontakt cały czas będzie.

    P.: Ależ oczywiście, możecie na to liczyć. Jesteście na mnie skazane.

    Z.: Dzięki Paulinka, dzięki. 

    A Wam dziękuję Wam bardzo za odsłuchanie naszego podcastu.

    Artykuł #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #099 – Jak powiedzieć o ciąży

    10.07.2025 | 27 min.
    Dotykamy dla Was niełatwego tematu, o tym gdy coś Wam ciąży na wieść o CIĄŻY.  

    Zdarza się, że w życiu Staraczy pojawia się pewnego rodzaju emocjonalny dysonans za sprawą “ciąży” bardziej lub mniej bliskiej Wam osoby. Kiełkująca wówczas radość, wpada na jedną szalę z zazdrością, chwiejąc dobrze wyważoną dotychczas relacją. Odnalezienie równowagi może być trudne, szczególnie gdy o tak ważnym momencie informuje Was świat lub powiększający się obwód w pasie, a nie bliska (jak Wam się wydawało) osoba. Często pytania “jak powiedzieć” i “jak przyjąć” wiadomość o ciąży sprawiają wiele trudności po obu stronach tej niecodziennej barykady.

    Czy jednak trud ten się opłaca? Czy warto walczyć o relację, gdy ktoś stawia pomiędzy Wami mur? Jak podzielić przestrzeń do wzajemnych emocji i nie zamieniać jej w przepaść nie do przejścia.

    Zapraszamy do wysłuchania podcastu.

    Plan odcinka

    „Chcę Ci coś powiedzieć…” co czujemy, gdy ktoś mówi o ciąży

     Czy da się powiedzieć tak, żeby nie bolało?

    Radość spotyka ból i co wtedy?

    Gdy szczerość boli mniej niż cisza

    Dwie historie, dwa zakończenia

    Relacja czy mur

    Nikt nie ma jednej recepty…

    Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI 

    Ania: O jakie masz skarpety w serca.

    Zosia: Bo ja jestem pełna miłości dla świata.

    A.: No fajne, fajne – ładne skary. Tu się bardzo dużo dzieje w tym biurze.

    Z.: I pan za oknem też kosi trawę, więc mamy nadzieję, że tego nie słychać…

    A.: Buła (piesek) walczy z posłaniem.  

    Z.: Bułę to możemy eksmitować stąd w każdym momencie, ale pana za oknem…

    A.: Nie bardzo… ale słychać, że wiosna…

    Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Wartość rozmowy i pokładane w niej nadzieje, gdy ktoś jest “przy nadziei” 

    A.: Dzisiaj poruszymy temat tego, jak powiedzieć komuś o ciąży i o tym porozmawiamy, bo pytań (jest wiele), a to pytanie pojawia się na naszej skrzynce często i uznałyśmy, że fajnie by było mieć możliwość odesłania do naszej rozmowy na ten temat. Pytania, które zadają te osoby dane, są w ciąży na przykład po długich staraniach i zachodzą w ciąże, i boją się powiedzieć osobie, która towarzyszyła im podczas starań, i również stara się o dziecko. Czyli również mierzy się z tematem niepłodności. Często piszą również do nas osoby, które nie mierzyły się z niepłodnością, a które chcą podzielić się informacją o ciąży z osobą właśnie która się mierzy z niepłodnością, natomiast nie wiedzą właśnie, w jaki sposób to zrobić, żeby było jak najlepiej.

    Z.: No i teraz po takim pięknym wstępie pasowałoby tutaj teraz powiedzieć, że: ale my znamy na to sposób i dzisiaj Wam powiemy, w jaki sposób możecie się tym podzielić, żeby to było lekkie łatwe, i przyjemne. I teraz takie tutututu… Nie ma takiego sposobu.

    A.: Myślę, że tak. Myślę, że każdy po naszej rozmowie – być może znajdziecie po prostu odpowiedni sposób na to, jak to zrobić w Waszym życiu, natomiast czy jest taki złoty środek? Nie wydaje mi się.

    Z.: Ja bym w ogóle powiedziała od razu, że go nie ma. Od tego bym zaczęła, bo ten podcast mógłby się spokojnie nazywać: jak nie zrobić tego najgorzej na świecie, ale nie wyobrażajcie sobie please (proszę), chociaż bardzo byśmy chciały być w posiadaniu takiej wiedzy, że my tutaj Was dzisiaj oświecimy – jak powiedzieć o tym osobie starającej się o dziecko, tak żeby jej to nie dotknęło i żeby była zadowolona. Bo sorry (przepraszam), na 99% mogę powiedzieć, że na pewno będzie to dla niej druzgocąca (w pewien sposób) informacja, bo to będzie także ta jej jedna z osobowości, jedna z jej stron będzie się bardzo cieszyć z Wami, a druga będzie bardzo cierpieć, bo to nie ona będzie tą osobą dzielącą się tym szczęściem. To jest wydaje mi się, że zrozumienie tego i nie oczekiwanie od siebie, i od tej drugiej strony tego, że my to zrobimy najlepiej na świecie, a ta druga strona to przyjmie najlepiej na świecie – będzie chyba najbardziej odpowiednim podejściem po prostu. 

    Chcesz coś dodać jeszcze?  

    A.: Tak, bo wyobrażałam sobie taką sytuację i teraz zwizualizowałam sobie w swojej głowie… natomiast ta sytuacja się wydarzyła. Ponieważ jedna (z naszych obserwatorek), bo być może poruszyłyśmy to w mailu bądź w innej formie naszych działań – teraz nie przypomnę sobie, czy – na rolkach na naszym Insta ten temat i tak mi utkwił w pamięci. Jedna osoba, jedna z Was napisała do nas, że informując o ciąży swoją bliską kobietę starającą się o dziecko powiedziała jej (później będziemy jeszcze rozmyślać na dalszym etapie, czy w ogóle niemówienie o tym jest dobre) powiedziała o tym, jednocześnie mówiąc: jeżeli masz ochotę, to płacz teraz razem ze mną, będę przy Tobie. Zrobiła miejsce na wszystko to, co może się kryć za tą informacją. Myślę, że takie zrobienie przestrzeni na emocje tej drugiej osoby i jakby zaakceptowanie tego, że jakby dzielimy te emocje na pół, że to nie będzie samo moje szczęście i nie oczekuje od Ciebie tego, że Ty będziesz skakać ze mną ze szczęścia tylko spotkania się na środku emocji każdej z nas. Może, nawet jeżeli nam na tej osobie bardzo zależy to zrobienie przestrzeni na jej emocje, że tę radość możemy przeżywać, może np. z mężem. 

    Fajnie by było, gdybym mogła cieszyć się wszystkim z tą drugą osobą, ale może tak nie być. Myślę, że jakimś takim właśnie powiedzmy jednym z punktów, które warto przemyśleć przed taką rozmową, było by zrobienie miejsca na emocje tej drugiej osoby.

     Z.: Dwóch stron, prawda?

    Przestrzeń do wzajemnych uczuć

    A.: To by było super, gdyby można było zrobić, ale też żeby nie oczekiwać (za dużo), żeby wziąć sobie właśnie takie pół na pół. Dajmy jej… powiedzmy i poinformujmy daną osobę o tym, i dajmy jej moment na to, żeby właśnie (przestrzeń na towarzyszące emocje). Chociaż nie wiem (w pełni), jak czujesz się z tym, to wiem, że czujesz radość z tego, że może mi się udało i że możesz czuć szczęście, ale w Tobie mogą być emocje, które są okej. Fajnie, że się udało, ale wiem też, że czujesz ogromny smutek dlaczego “nie ja”. Jeżeli masz ochotę płakać, to może lepiej, że żyjemy razem, spotykamy się, czy nasza przyszłość jest taka, że chcemy być w tej przyszłości razem w naszych życiach i może lepiej będzie po prostu być przy sobie nawzajem, i zrobić miejsce na to wszystko, a jeżeli masz ochotę płakać ja wiem że to jest taki etap w twoim życiu więc płacz. I to nie znaczy, że nie jestem dla ciebie ważna ale rozumiem też, że ten płacz może pozwoli nam przejść dalej przez tę trudną sytuację, w której właśnie mówienie, i rozmawianie, i informowanie o ciąży (po prostu) jest.

    Z.: Fajne Aniusia, jak sobie słucham, to tak sobie myślę, że WOW (super), tak mogłaby się zachować doświadczona Staraczka, która dobrze wie, że to ona w tej loterii jest pierwsza.  

    A.: Ale są dziewczyny, które starają się razem i które właśnie też piszą do nas. Czyli, skoro szukają czegoś, szukają jakiegoś sposobu, czyli One chcą tej osobie zapewnić jakiś komfort, tak?

     Z.: Nie no ja wiem, bo w ogóle myśl…

    A.: Myślą o tej osobie….

    Z.: … Nagrania tego podcastu się z tego wzięła, ale bardziej mi chodzi o to, że to jest bardzo ambitne co Ty teraz mówisz, że to jest super, ale mam wrażenie, że to jest taka trochę sytuacja o której czytam gdzieś w książkach i ona się zdarza raz na 10 – rozumiesz? Fajne i dążmy do ideałów tylko one są bardzo trudne do spełnienia, bo jak Ciebie słucham, to to jest bardzo ok, i to jest bardzo w porządku, i kochane, że Ty myślisz to tym, żeby zostawić te 50% przestrzeni na to, żeby dać swobodę tej osobie drugiej, po drugiej stronie w ekspresji emocji, które w tym momencie będą w niej dominować, tak albo się przelatać, bo to może być bardzo różne. Ta radość może być przepleciona z rozczarowaniem, ze strachem bardzo dużo emocji może się w nas kotłować wtedy. Ale myślę sobie też, że no kurcze – no, żeby było sprawiedliwie, to fajnie by było też pozwolić się cieszyć tej drugiej osobie, która w tę ciąże zaszła, czy po staraniach – czy nie, ale ona też tak samo jak Ty masz prawo odczuwać swój smutek, tak samo ona ma najświętsze prawo się z tego cieszyć, rozumiesz, więc chyba najfajniej (co też jest turbotrudne, ale najfajniej) by było te emocje po prostu nazywać, rozumiesz. Bo sytuacja, w której przyklejasz do buzi uśmiech 5 i nic więcej nie daje mi tak naprawdę pełnego obrazu tego, co dzieje się w twoim sercu, a jeśli przyklejasz ten uśmiech numer 5 i mówisz mi o tym, że słuchaj uśmiecham się, ale tak naprawdę… no bo bardzo się cieszę z jednej strony, ale z drugiej jest mi bardzo trudno, bo spełnia Ci się właśnie jedno z moich największych marzeń, tak bardzo nie osiągalne dla mnie. To już jest zupełnie inny wymiar przyklejonego uśmiechu numer 5 też, też trudne wydaje mi się.

    A.: Trudne, bo też ludzie nie rozmawiają o emocjach.

    Z.: No sami ze sobą nie rozmawiamy.

    A.: Pary nie rozmawiają ze sobą o emocjach. Dokładnie, my sami przed sobą podczas starań ganimy się za swoje emocje.

    Z.: To prawda.

    A.: I stłumiamy to wszystko nie rozumiejąc tego, że tak, jak w jednym z podcastów ostatnich powiedziałaś Ty Zosin, że człowiek może czuć wiele emocji w jednym czasie. To było takie piękne, że jednocześnie możemy życzyć jak najlepiej tej lasce, która jest w ciąży – jednocześnie czując zazdrość smutek i ból w sercu. 

    Dlaczego nie pozwolić sobie na to wszystko?

    Oczyszczająca moc szczerości

    Z.: No dlatego, że one się wykluczają i głowa jakby sama to podpowiada. Poza tym wiesz –  jakieś z tych odczuć wychodzi jako main (główne) rozumiesz? Main uczucie na przód, ono jest tym wiodącym, prowadzącym, ale fajnie próbować to chociaż nazwać, bo w ogóle samo nazwanie tego przynosi ulgę.

    A.: Tak.

    Z.: Chociażby samo wyrzucenie tego z siebie na zasadzie: cieszę się, ale jednocześnie pęka mi serce i tyle. To już też jest stanięcie takie w prawdzie. Wydaje mi się, że to już bardzo punktuje, jeśli chodzi o przyszłość tej relacji między Wami dalej.

    A.: Chociaż jest niekomfortowe.

    Z.: No tak. No bo w ogóle chyba powinniśmy wyjść z założenia nagrywając ten podcast, że to będzie jedna z trudniejszych rozmów ever (kiedykolwiek) – wydaje mi się, że tu nie będzie recepty na to, jak to zrobić pluszowo.

    A.: To nie jest tak. To nie będzie tak, że wyjdziecie i super…

    Z.: Mówimy o czymś trudnym bardzo i w ogóle ja bym z góry chyba Was na to nastawiła, że po prostu przygotowując się do tej rozmowy załóżcie, że to będzie bardzo trudne – po prostu.  Bo prawdopodobnie takie będzie i w ogóle możecie nawet tak zacząć: że wiem, że to będzie bardzo trudna rozmowa, ale bardzo bym chciała żebyś dowiedziała się tego ode mnie. 

    I ja tak sobie myślę, bo mam dla was taką anegdotkę – chyba już ją w ogóle opowiadałam, ale nie wiem czy robiłam to na zasadzie takiego porównania. Bo mam takie dwie pary w swoim otoczeniu no i właśnie jedna jest trochę bliższa, a druga jest trochę dalsza i wydaje mi się, że to też mogło się wziąć trochę z moich oczekiwań, które czy miałam prawo sobie stawiać (?) to też zostawiam na razie bez odpowiedzi. W każdym razie wydawało mi się, że ta para z którą jesteśmy bliżej, z którą jesteśmy spokrewnieni i spędzamy paradoksalnie ze sobą więcej czasu na różnych imprezach, kiedy dobrze wiedzieli, że staramy się o dziecko i im się udało, nie powiedzieli nam o tym. Wiecie i była takie awkward situations (niezręczna sytuacja), kiedy byliśmy na tych samych imprezach rodzinnych, i na przykład inni członkowie rodziny im zaczynali gratulować, a my mieliśmy takie wtf?! (co jest:)). Wiecie, to było takie głupie, bo pamiętam była to komunia jednego z mojego rodzeństwa ciotecznego i było takie – no widzimy co się dzieje tak, ale no nie wiemy, no bo w sumie się od nich nie dowiedzieliśmy tego, czy podejść mimo, że stoimy daleko i widzimy, że tam się coś dzieje czy nie. Potem po czasie już miałam rozmowę z tą wtedy dziewczyną w ciąży i zapytałam się, dlaczego nie mogliśmy się tego od was dowiedzieć po prostu bezpośrednio. Czemu, jakby nie zasłużyliśmy na tę informację tak, jak inni i ona powiedziała wprost, że liczyliśmy, że nas po prostu z tego wyręczy, liczyliśmy na to, że życie was poinformuje. I prawdopodobnie (ja sobie to teraz tak dopowiadam, bo) było to dla nich trudne, po prostu. Bo rozumiem, że podejście do nas w momencie, w którym oni wiedzą, że się staramy i poinformowanie o tym swoim wielkim szczęściu… może ona się bała, że nam sprawi ból – nie wiem, bo to już dalej jakby nie szło. W ogóle ta relacja potoczyła się bardzo później oschle i przez jakiś czas było tak sucho między nami myślę, że właśnie głównie przez to, i chciałabym to zestawić w tych swoich opowieściach, i powrotach do przeszłości wspomnieniami. Z kolei z inną parą, która totalnie nie jest z nami spokrewniona spotykaliśmy się z nimi jakoś tak bardzo z łapanki. Oni też wiedzieli o tym, że staramy się o dziecko, bo w pewnym momencie to było bardzo wiadome everywhere (wszędzie). To byli znajomi Dudka i oni pamiętam, jak tacy dalecy dla mnie ludzie w sumie, potrafili dokładnie ubrać to w taki sposób: bardzo wiemy, że się staracie, ale też nie chcielibyśmy żebyście się dowiedzieli gdzieś z zewnątrz no i właśnie spodziewamy się synka – jestem w ciąży. I to było takie… ja też opowiadałam chyba na jakimś podcaście, że ja wtedy czułam się zaproszona do świata w ogóle tego dzieciątka, że to, że w ogóle mieli w sobie tę odwagę tę siłę, tę taką… no nie wiem nawet jak to nazwać – że mieli w sobie tyle empatii do nas, żeby nas właśnie zaprosić do tego świata w ten sposób otworzyło mi też drogę do tego, żeby po tym pierwszym takim szoku cieszyć się z nimi tym. Tak jakby wiecie, że to dzieciątko było mi paradoksalnie bliższe niż to dzieciątko z mojej rodziny, która po prostu… wiecie, no tak sobie jest, bo jest i może jego rodzice też by chcieli o czymś innym, żeby nas świat poinformował – tak na zasadzie wiecie, że zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że albo to było dla nich za trudne takie naprawdę turbotrudne, albo po prostu my byliśmy na tyle mało istotni dla nich, żeby jednak nie spiąć tego pośladka i nie stanąć na chwilę w takiej niekomfortowej sytuacji, ale właśnie z myślą taką, że jesteś dla mnie na tyle ważna, że muszę teraz zagryźć zęby i po prostu zrobić to, bo wiem, że to zaprocentuje w przyszłości. 

    I z takim przemyśleniem bym Was chciała zostawić, że wydaje mi się, że nawet jeśli w danym momencie to będzie bardzo trudne, bo będzie i nie spodziewajcie się, że będzie inaczej – to dajcie tym emocjom ostygnąć, niech one sobie osiądą na dnie, niech dojdą do głosu inne emocje i zobaczycie, że zawsze szczerość jest po prostu lepsza.

    Budowanie relacji czy budowanie muru – świadomy wybór

    A.: I teraz przechodzę do innego punktu – kolejnego, który chciałabym poruszyć. Mianowicie niemówienie o ciąży albo unikanie osoby, która stara się o dziecko, bo jestem w ciąży i doprowadzenie do momentu, w którym na przykład dzielimy się nowiną z tą osobą po czasie, kiedy na przykład jest widoczny brzuch. Ja tak myślę, ale też moje myślenie wynika z obserwacji już wielu lat tych różnych relacji Waszych, moich osobistych również, że nie jest to dobre rozwiązanie, żeby ukrywać ciąże i unikanie spotkań. Wiem, że niektóre dziewczyny robią to ze względu na to, że po prostu nie chcą się dzielić tym faktem do określonego momentu i myślę, że nie mogę tutaj też tak patrzeć zero jedynkowo na wszystko, że tak, zawsze warto się dzielić, gdyż właśnie stoją za tym różne historie czasami tragiczne doświadczenia związane z poprzednimi stratami ciąż. Natomiast jeżeli to wynika właśnie z tego, że wolimy nie mówić i jakoś samo się wyda, to nie jest do końca dobry kierunek moim zdaniem. Jeżeli spotykamy się gdzieś i udajemy, że wcale nie rośnie nam brzuch – takie sytuacje też mają miejsce i też coś takiego na pewno część Słuchaczek to dotyka i znajdzie się taka, która doświadczyła, że udajemy, że ta osoba nie jest w ciąży. Nazwijmy to tak, że ja jako osoba, która jestem (w ciąży) i nie informuję Cię, po prostu traktuje to jako powietrze. Wracając do tej szczerości właśnie, że jeżeli jesteśmy ze sobą blisko, jeżeli się spotykamy, jeżeli jest to siostra albo jest to żona brata, to lepiej jest jednak ze sobą rozmawiać, niż zamiatać wszystko pod dywan, bo to i tak trzeba będzie kiedyś wymieść spod tego dywanu, że tak powiem – no nieładne może porównanie. Natomiast wiem, że mogą przychodzić takie właśnie rozwiązania na informowanie o ciąży, że kiedyś, kiedyś powiem.

    Z.: Ale “kiedyś”, kiedy? Kiedy już będę miała ten brzuch tak ogromny, że nie będzie się go dało ukryć, czy kiedy już będę trzymała to dzieciątko w rękach i jak wyobrażasz to sobie wtedy? Bo to też jest totalnie jakaś patowa sytuacja, wiesz no wyobrażasz sobie pierwsze spotkanie po czasie unikania się przez 9 miesięcy na przykład spotykasz koleżankę z wózkiem i co mam udać teraz zdziwienie, gdzie tak naprawdę, prawdopodobnie o tym wiedziałam wcześniej czy co mam się dowiedzieć z fejsa, bo wstawisz post? To jest takie… no właśnie…

    A.: Czym jest ta relacja? Ja sobie myślę od razu, że jeśli nie widzimy się tyle czasu no to jaka ta relacja jest nasza, to też o tym świadczy. To trochę tak rzutuje na to wszystko i może Wam pokazuje, kto jest kim. Kim Wy jesteście dla tej osoby? Ja myślę, że ci tacy ludzie, którzy Was kochają tym którym zależy na Was, jednak dzielą się takimi informacjami z Wami i ja bym to potraktowała nie jako złośliwość, tylko to, że zaproszenie, podzielenie się częścią życia z Wami – jeżeli jesteście ważni dla tych ludzi. Tak sobie myślę oczywiście, pewnie to nie będzie tak dla wszystkich, bo myślę, że w ciąży informujemy nie tylko osoby, na których Wam zależy w sensie nie tylko osoby, którym zależy na Was.

    Z.: No tak. Ja myślę, że to jest też idealna okazja do tego, żeby wbić szpilę, skoro wiedziałam, że się starałaś teraz jestem tą pierwszą to też mogę o tym poinformować w taki sposób, że wiem, że zaboli Cię to bardziej niż mniej. Więc to też jest to, jest taki bardzo wrażliwy obszar – odsłonięty brzuch, w który łatwo zrobić krzywdę.

    A.: Tak, ale wierzymy w to, że tego podcastu szukają osoby, które chcą przeprowadzić ten moment jak najbardziej (komfortowo) dla dwóch stron.

    Z.: Tak i ja bym też chciała waszą optykę trochę przekuć na to. Ja teraz trochę gadam jak taka doświadczona koleżanka, bo już jestem za tym takim bardzo aktywnym okresem starań, kiedy nigdy nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę miała dziecko, to się przeciągało latami i dużo osób z moich znajomych, i z mojej rodziny zaczęło już mieć te swoje małe domy, w których biegały małe stópki, a u nas ich jeszcze nie było. Nie chce tak się mędrkować tutaj i wychodzić na taką wiecie Zosię samosię, która wie najlepiej, ale z drugiej strony chciałabym Wam powiedzieć, że teraz po latach tego wszystkiego, tak jak Wam powiedziałam też niektóre z moich relacji, które wydawały się mi istotne – one jednak życie je mocno zweryfikowało, i ta niepłodność, chociażby sposób informowania o ciążach bądź ich brak mocno zweryfikowało kilka z relacji, które kiedyś uważałam za istotne w moim życiu, więc to też pozostawiam do przemyślenia. Ale chciałabym przekuć Waszą optykę dzisiaj na to również, żebyście mieli taką świadomość, jeśli ten ktoś przychodzi do Was z taką informacją, to dla niego to też jest bardzo stresujący moment i że to nie przychodzi mu też tak just like that (tak po prostu/łatwo), że osoba, która ma Was poinformować, a bardzo jej na Was zależy, to będzie szukała odpowiedniej okazji, będzie szukała odpowiedniego momentu, odpowiednich słów, żeby zranić Was, jak najbardziej, jednocześnie licząc na to, że…

    A.: Jak najmniej…

    Z.: Jak najmniej, przepraszam. Tak, żeby zrobić to jak najbardziej delikatnie, to mam na myśli, że jednocześnie licząc na to, że tam po prostu powstanie jakiś taki… wiecie no, że nie wszystko jest czarno białe i powstanie jakaś taka skala szarości, której on dostanie też odrobinę empatii. To nie jest tak (kurcze nie wiem, jak to nazwać), bo wiesz wyobrażam sobie jedną stronę – psiapsi, która zachodzi w ciąże i dobrze wie, że jej ukochana psiapsi cholernie o tym marzy. Z jednej strony wie, że musi ją o tym poinformować, bo jest dla niej turboważną psiapsi, a z drugiej strony wie, że po prostu rozerwie jej to serce i też wyobrażam sobie, i od razu pierwsze o kim myślę to ta osoba, która się stara o dziecko, bo od razu wyobrażam sobie, że jestem to ja. Z drugiej strony widzę tę dziewczynę drugą, która jest w ciąży i bardzo stresuję się tym, żeby powiedzieć to swojej przyjaciółce, bo po prostu cholernie jej na niej zależy, i nie chce jej zrobić krzywdy, więc dla niej to też jest taki ciężki czas. Może to być bardzo trudna rozmowa dla obu stron.

    A.: No i trudna też przyszłościowo taka (myślę sobie) relacja, bo jakby nie wiem często ciężko jest uczestniczyć właśnie w tym życiu, kiedy rośnie brzuch, to wszystko w późniejszym czasie (ciąży), typu np. czy byłaś na badaniach? Gdy jedna osoba bardzo by chciała się dzielić tym ze swoją ukochaną osobą, a z drugiej strony ta druga osoba niekoniecznie może też chce słuchać takich rzeczy.

    Z.: Nie no jasne, ale to już jest temat na kolejny podcast. Bo to chyba trzeba kolejnej rozmowy wydaje mi się i określenia jakiś granic, bo wiesz dla niektórych może to być ciężkie inni mogą wręcz chcieć się czuć nie pomijani. Kojarzysz mnogość informacji, które mamy w wiadomościach z Instagrama – niektórzy się czują bardzo pominięci a bardzo by chcieli być zaproszeni do tego świata, a niektórzy wręcz się czują po prostu przeładowani informacjami o nowych śpioszkach, badaniach, wyborze szpitala, wyprawce itd.

    A.: Tak, tak. Na grupach jakichś takich (to się zdarza).

    Spectrum osobistych doświadczeń

    Z.: Takie dominujące tematy w życiu, no i pamiętajmy też o tym, że życie jest bardzo dynamiczne, i bardzo przewrotne, więc to w jakim jesteś teraz miejscu w swoim życiu nie znaczy, że za miesiąc, za pół roku, za rok możesz być w zupełnie innym miejscu w swoim życiu. Trzeba to mieć zawsze gdzieś tam z tyłu głowy nie?

    A.: Wiesz trudno jest też myśleć… ja sobie myślę tak o sobie podczas starań, że ciężko mi było znaleźć… ciężko mi było znaleźć wtedy Anię, która dysponowała takimi zasobami, która nie potrafiła nazywać swoich emocji, która nie potrafiła mówić o tym też, o swoich jakichś takich oczekiwaniach wobec samej siebie, a co dopiero świata. Trudno mi było wtedy zrobić też miejsce właśnie na ciąże innych ludzi z otoczenia, że inaczej też ja rozwiązuję teraz konflikty, problemy, trudne rozmowy. Jestem w stanie to inaczej troszeczkę przeprowadzić niż ta Ania, którą byłam kilkanaście lat temu.

    Z.: Tak, dlatego super, że jesteś pełna empatii dla kogoś, kto jest dzisiaj taką Anią, którą Ty byłaś sprzed lat, ale mówisz też tutaj dzisiaj w tym podcaście jako Ania ze swoim całym bagażem doświadczeń. Więc z Twojego doświadczenia i tego, że jesteś w tym miejscu w swoim życiu niech płynie też jakaś nauka, jeśli ona uderzy w grunt, który może wiesz przynieść plon to super. Niech zostanie w głowie jakaś myśl, no bo widzisz to, z czego się składamy, z czego jesteśmy ulepieni sprawia, że tak postrzegamy świat dzisiaj, a nie postrzegaliśmy go tak te 5 lat temu, ale skąd wiesz, co by było, gdybyś mogła wysłuchać takich dwóch lasek, które kiedyś były te kilka kroków przed Tobą, a i tak nie idą w tych samych butach… rozumiesz. Każdy ma inną drogę do przejścia i to, że nam się trochę wydaje że się rozumiemy, bo dotyczyła nas niepłodność, to ta skala – tak jak to mówię odcieni szarości była inna w moim życiu była inna w Twoim, i właściwie w życiu każdej staraczki jest trochę inna. Więc chyba zawsze trzeba zostawić sobie to spectrum na to, że u Ciebie może być inaczej, że Twoje serce jest inaczej pojemne, ma inny kształt, inaczej jesteś stworzona z innej gliny po prostu, a mimo wszystko z tej samej.

    Z tym bym chyba zakończyła ten podcast. Z taką wzajemną otwartością i pamiętaniem o tym, że to jest trudne dla obu stron, ale czasami poświęcenie trudu dzisiaj, może przynieść o wiele więcej korzyści w przyszłości.

    A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. 

    Artykuł #099 – Jak powiedzieć o ciąży pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań

    26.03.2025 | 1 godz. 4 min.
    Zmiany w życiu nie zawsze łagodzą obyczaje, a te, które następują w Tej drodzę, nieustannie krążą wokół budżetu i zdecydowanie za często spędzają sen z powiek w okresie starań. Poczucie, że w walce z niepłodnością możecie zostać pokonani przez brakujące środki na koncie paraliżuje. Dokonywanie wyborów i podejmowanie właściwych decyzji nie jest łatwe, gdy piętrzą się obawy o przyszłość, brak doświadczenia, niewiedza, uczucie wypalenia i zrezygnowania oraz koszty, które zdają się być bezlitosne. Mimo, że wciąż tę drogę przemierzacie ze świadomością “uda się, tylko muszę spróbować jeszcze tego. Albo tamtego?”, to nie opuszcza Was wrażenie zagubienia. 

    Czy tak musi być? Czy można ufać wszystkim drogowskazom w trakcie starań?

     Jak się odnaleźć w gąszczu propłodnościowych zaleceń i nowinek? 

    Zapraszamy do wysłuchania podcastu.

    Plan odcinka

    Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji

    Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań

    W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe

    WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca?

    Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA





    Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI 

    Ania: Witamy w kolejnym podcaście? Nie, najpierw czołówka…

    Zosia: Najpierw to bym chciała rzec, że nie wiem kiedy finalnie zdecydujemy się opublikować ten podcast, bo trwa debata, bo mamy TAAAK nawalone w tym tygodniu, że bardzo bym chciała, żeby tak się działo w Akademii zawsze. Ale na pewno zdecydujemy się go opublikować wtedy, kiedy jeszcze trwa premiera najnowszej edycji DIET WIOSENNYCH, takich najfajniejszych… za często mówimy, że to są najfajniejsze, ale akurat te są naprawdę fajne…

    A.: Wiosenne i jesienne to są moje TOPY, ale to pod względem owoców.

    Z.: Ja jeszcze letnie bardzo lubię. Właśnie lato to jest takie owocowe.

    A:. Lato jest owocowe, a jesień jest taka dyniowa, to też lubię, a wiosenne to są takie…

    Z.: Chrupiące, nowalijkowe…

    A.: Tak, tak.

    Z.: Wreszcie się pojawia, takie CHCĘ SIĘ – więcej słońca. Szparagi…,mmm, fajne rzeczy tam są.

    A.: A ta edycja wiosenna jest bardzo dobra. Te szparagi są.

    Z.: No i co jeszcze jest oprócz tego, że szparagi są…

    A.: Pyszności.

    Z.: Nawijamy o tym dlatego, że nie chcemy byście się ewentualnie nie spóźnili na promkę. Więc tutaj na wstępie tylko musicie usłyszeć o tym, że aktualnie trwa na te diety promocja, która kończy się w czwartek, więc jeśli słuchacie tego podcastu jeszcze przed czwartkiem, to macie okazję kupić nasze diety taniej 10%.

    A.: Podczas premiery.

    Z.: A później wbiją już w swoją cenę standardową, więc to tak tytułem wstępu na początku pamiętajcie o tym, że nowa edycja diet wiosennych wjechała do sklepu.

    A.: Juuuhuuuu.

    Z.: Teraz jak najbardziej możemy nagrać Kochana wstępik.

    Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji

    Z.: Tyrytaty ta, ta, tyritataty, tiritatat da ta, taram,  tyritataty, tiritatat da ta, taram…

    A.: No i ładnie. Będzie muzyczka.

    Z.: Nie trzeba, ja już zaśpiewałam.

    A.: Bardzo dziękujemy Zofio za tutaj wokal…wykon. Odkręcam się na fotelu do Ciebie.

    Z.: Czy opowiesz mi dzisiaj Mordzio, na co wydawałaś swój hajs cenny podczas starań? Jestem bardzo ciekawa na co szły środki z Twojego portfela.

    Z Waszego portfela w sumie. Małżeńskiego.

    A.: Tak, dzisiaj będzie właśnie taki temat. Pogadamy sobie o tym co, gdzie i jak? I chyba jeszcze takim tytułem wstępu powiedziałabym, że ten budżet, który też u osób z którymi się spotykałyśmy – on się bardzo różnił i niekiedy, niektóre z Was na niepłodność wydawały ogromne kwoty, wręcz takie, że ciężko jest uwierzyć, że leczenie niepłodności może tak być kosztowne.

    Jeżeli chodzi o mnie, to takim pierwszym punktem na które szły nasze pieniądze to były BADANIA I WIZYTY. Właściwie to chyba najpierw zaczęłabym od badań, bo badania takie, które robiłam na zlecenie lekarza, ale też badania takie, które wydawało mi się, bo gdzieś – coś wyczytałam, że sama sobie te badania muszę zrobić. Więc takie balansowanie… kurczę dużo tych badań było i to co jakiś czas nawet powtarzałam te badania. Wyczytałam gdzieś więc takie po omacku szukanie, co może być przyczyną niepowodzeń, albo co jeszcze może być przyczyną niepowodzeń, czy coś zostało przeoczone. Bez konsultacji z lekarzem, więc na to poszło dość sporo. BADANIA.

    Z.: Kurde ja też to robiłam, i mam nawet tak, że… w ogóle bardzo mnie – jest teraz takie modne słowo TRIGGEROWAĆ KOGOŚ, bardzo mnie triggerowały takie posty na grupach na fejsie, gdzie laski wypisywały listę badań, którą one mają zrobioną, albo które trzeba zrobić. Ja wiedziałam, że np. z tych badań, mimo, że nasze starania trwają tam powiedzmy trzeci rok, no to ja mam zrobione powiedzmy 40%, albo 50%, a o niektórych badaniach w ogóle nawet nie słyszałam i musiałam googlować co to jest. I miałam takie poczucie, że na pewno w tych badaniach, które jeszcze nie są wykonane leży nasza przyczyna i po prostu my jeszcze o tym nie wiemy. I lekarze do których chodzimy, a też ich była mnogość cała, na co z kolei ja również wydawałam kasę – to oni po prostu  jeszcze o tym nie wiedzą, albo uważają, że to nie ten etap. Więc ja też byłam w tej grupie, która robiła badania, bo gdzieś wyczytała, że to może być mieć wpływ. Nie chcę mówić co, ale tym sposobem udało mi się samej zdiagnozować – jedną z moich jednostek (chorobowych), na którą, żaden z moich ówczesnych lekarzy nie wpadł na to, żeby to zbadać. I dopiero z gotowym wynikiem poszłam do lekarza i było “O, kurcze. To My tu musimy się leczyć”. Więc to też trochę nakręca potem, bo widzisz, że jednak w Twoich rękach jest w pewien sposób sprawczość. Bo nikt Ci nie zlecił (tych badań), Ty gdzieś wyczytałaś w necie, zrobiłaś i się okazało, że to masz. Ja tak miałam i to już w ogóle wpadłam w taką korbę na zasadzie “kurde, to ja jestem właściwie tylko odpowiedzialna za swoje zdrowie, bo mogę poświęcić ten czas, mogę poczytać w necie i się dowiedzieć, że trzeba jeszcze zrobić to, siamto, owamto, i może znowu coś mi wyjdzie, tak jak tamto mi wyszło przed chwilą. Jednak się okazało, że trzeba to leczyć – to było takie turbo niebezpieczne z jednej strony, a z drugiej…

    A.: Bo ta studnia może nie mieć dna.

    Z.: Ona nie ma dna…

    A.: Studnia badań może nie mieć dna i ta studnia była bardzo kusząca, żeby ją po prostu przemierzyć – dla mnie przynajmniej.

    Więc życzymy Wam, żebyście trafiły na takich specjalistów, którzy Was pokierują w ten najbardziej odpowiedni dla Was sposób i dla Waszego przypadku. I też ja sobie myślę tak, że mi brakowało cierpliwości, że ja już chciałam tak działać, szukać tej przyczyny tu, teraz. Najlepiej wydać wszystkie pieniądze na badania, które mogę zrobić dziś, za dwa dni będę miała wyniki.

    Nie potrafiłam się pohamować w tym wszystkim.

    Z.: No i wierzyć, że tam coś wyjdzie, no bo Ty robiąc intencjonalnie badania, wierzyłaś, że któreś z nich pokaże, co blokuje Cię i dlaczego nie możesz być w ciąży, prawda? Nie zakładałaś, że te badania wyjdą git i właściwie fajnie było wydać tyle i tyle klocków, no to żeby się przebadać i wiedzieć, że jestem zdrowa. Przynajmniej ja tak miałam, tylko właściwie liczyłam na to, że “kurde to tu!”, tak samo jak kupowałam te suple wszystkie… zaraz do tego dojdę, to ja zawsze miałam takie wrażenie czytając o czymś, co oczywiście zachwalało na stronie producenta, czy na jakimś forum, czy gdzieś – czy wiesz, nie piłam jakichś ziół, “kurde, to TO!”, nie brałam jakiegoś suplementu, który sprawiał, że wracała owulacja, “to na pewno TO!”, nie robiłam tego przez tyle miesięcy, “zobaczysz ja będę Tą kolejną napisze na tym forum, że mi pomogło TO”.

    A.: Do suplementów jeszcze później wrócimy, ale teraz tak sobie myślę jeszcze, że – czy żałujesz wydanych pieniędzy na starania, też to powinno paść w podsumowaniu (tak myślę), ale może na początku zaczniemy od tego, czy miałaś takie myśli, że o tym wszystkim o czym będziemy gadać, że “kurde no, z perspektywy czasu przewaliłaś sporo pieniędzy na drogę starań”.

    Z.: Nie mam takiego poczucia, że żałuję. Na pewno nie mam w sobie takiej myśli, że źle zrobiłam, ale na pewno mam takie poczucie, że dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Z dzisiejszą wiedzą i z dzisiejszym doświadczeniem nie wydawałabym pieniędzy na te rzeczy, na które wydawałam wtedy, ale nie mogę oceniać siebie, czyli Zosi sprzed X lat z perspektywy Zosi dzisiejszej. Więc nie mam do tamtej Zosi żalu, ja wiem jaka Ona była zdeterminowana, zdyscyplinowana i teraz wiem, że dało się to zrobić mądrzej, ale Ona tego jeszcze wtedy  nie wiedziała. Ona po prostu chciała best (najlepiej).

    A.: Bo ja mam bardzo podobne przemyślenia, że ja nie żałuję tych wydanych pieniędzy. Czy one były wydane słusznie, bądź nie, to nie wiem… jakby to wszystko – słusznie, bądź niesłusznie doprowadziło mnie do miejsca o którym marzyłam, żeby było. Więc sama nie wiem, czy właśnie tak, jak Ty Zosiu mogłam zrobić coś lepiej, bo wiem, że mogłam pokierować te środki finansowe na coś, co szybciejby przełożyło się na naszą wygraną. Natomiast finalnie – nie żałuję.

    Z.: Ale wydałabyś tę kasę dzisiaj inaczej?

    A.:Tak, tak. Na pewno, jak dojdziemy do suplementów. Działki suplementów.

    Z.: No właśnie chciałam powiedzieć, że może Ty nie wydawałaś tego hajsu tak durnie jak ja Stara.

    A.: Nie no, wydałabym raczej na taką celowaną terapię, która wiem (teraz wiem), chociażby wspominane przez nas kwasy omega-3, które mówimy, że są must have (obowiązkowe), i must have, a ja nie brałam kwasów omega-3, one mogły być w tych takich preparatach…

    Z.: Multi…

    A.: Multi tak, ale czy one były? Wiesz, jakiś taki dodatek do tego wszystkiego, nie zwracałam na to uwagi, natomiast teraz, to jest taka podstawa.

    Z.: Ja brałam, ale takie raczej mocno basic (podstawowe). Nie zwracałam uwagi na ich jakość, nie żąglowałam źródłem. A teraz też bym to zrobiła mądrzej. O Boże jaka ja teraz w ogóle jaka ja teraz jestem bardzo mądra, jakbym zrobiła dużo rzeczy lepiej.

    A.: No dobra teraz mamy jeszcze SPECJALIŚCI.

    Z.: Mam taki podpunkt na swojej karteczce, bo to każda siedzi ze swoją kartką – musicie wiedzieć, każda sobie wypisała rzeczy na które wydawała kasę.

    U nas na to szło bardzo dużo pieniędzy… bardzo.

    A.: I mówimy tu o lekarzach, czy o specjalistach z innych dziedzin?

    Z.: Podczas moich starań ja głównie wydawałam pieniądze na lekarzy. To byli lekarze różnej specjalizacji, dlatego, że tych schorzeń i u mnie, i mojego męża nakładało się dużo, ale to głównie byli lekarze u nas w naszym przypadku. Różne kliniki, różne miasta w Polsce, różne podejścia – ja to chciałam konsultować, to co zaproponował jeden, chciałam przegadać z drugim. Zwłaszcza jak wchodziły w grę tematy jakieś takie mocno inwazyjne typu operacja, to chciałam wiedzieć, czy ktoś może ma na to jakiś inny pomysł.

    A.: Co nie jest wcale takie niemądre.

    Z.: Ja teraz bym to zrobiła… w ogóle ja zachęcam do tego, jeśli macie możliwość się z kimś skonsultować to róbcie to zawsze, bo my jesteśmy tylko ludźmi. Lekarze również. Pomysłów na terapię, wiedzę, doświadczenie, każdy z nas ma inny koszyk. Ktoś mógł się spotkać z takim wachlarzem chorób u większej ilości pacjentek, ktoś może się specjalizować w czymś innym. Więc akurat jeśli chodzi o konsultowanie, to ja jestem bardzo za. Bardzo.

    Jeśli macie taką możliwość nie polegać na opinii tylko jednej osoby, to zawsze warto.

    A.: Ja również mam punkt na swojej karteczce – LEKARZE, SPECJALIŚCI, to wiązało się też z tymi badaniami, które wykonywałam później w klinikach i też zabiegami, które miały też tam miejsce. Natomiast, tak jak mówię – ja nie żałuję. Cieszę się wręcz. Jak doszliśmy do takiego etapu, gdzie wpadliśmy w taki wir diagnostyki kierowanej przez lekarza, to ja po prostu poczułam, bo zaufałam temu lekarzowi, to też jest taki moment – fajnie, że coś się dzieje. Czułam taką ulgę, że tyle myślałam o tym, żeby sprawdzić czy mam drożne jajowody, bo “może to jest właśnie to, dlatego się nie udaje” i ten wir diagnostyki dawał mi takie poczucie sprawczości. To to był właśnie dość spory wydatek.

    Sporym wydatkiem było też samo leczenie gonadotropinami pamiętam.

    Z.: Jezzzu, ja też pamiętam, że jeździłam po aptekach, bo ceny bardzo się różniły. Sprawdzałaś to?

    A.: Nie, ja kupowałam przy “Zakładowej”, gdzie byliśmy prowadzeni. Od razu tam robiliśmy zakupy.

    Z.: A ja pamiętam właśnie, że jak  wchodziła w grę stymulacja i wjechały gonadotropiny, to pamiętam karteczkę z adresem apteki, którą zapisała mi nasza pani doktor i powiedziała “z tego co wiem to tam jest najtaniej”, możecie sprawdzić i poszukać, i zerknijcie. I sprawdziliśmy, i rzeczywiście w najbliższej, i tam na tej ulicy konkretnej, którą mam teraz w głowie (ale nie będę mówić) w Lublinie, i rzeczywiście tam było najtaniej. Ale to były duże, bardzo duże pieniądze. To było najtaniej ale wciąż grubo.

    A.: Jak ja sobie tak przypominam – sama terapia gonadotropinami, plus inseminacje, w tym cyklu, plus wizyta u lekarza, która była monitoringiem, plus jeszcze moje te dodatkowe wszystkie rzeczy: podróże, dojazdy, i też ten czas, który – no nie pracowałam, bo jechałam do kliniki, więc to był dodatkowy dzień bez pracy – to generowało naprawdę spore koszty. Już nie pamiętam dokładnie kwoty, no i też to było jakiś czas temu, więc nie wiem, czy ta kwota byłaby adekwatna do obecnych cen. Ale to było tak, że musieliśmy zaplanować budżet. Mój mąż w jednym z podcastów wspominał, że dla niego wsparciem podczas starań było to, że On zakasał rękawy i po prostu robił na dwa etaty, jak nie więcej – cały czas był w pracy i On wiedział, że musi zarobić kasę i gdzieś też uciekał w tę pracę. Dla niego tym wsparciem właśnie mnie, o czym ja nie wiedziałam też – i o tym w podcaście tym małżeńskim wydaje mi się, że rozmawialiśmy. On po prostu robił wszystko aby zorganizować pieniądze na leczenie, aby mieć po prostu te pieniądze. Więc człowiek tak naprawdę, jak sobie myślę ile On wtedy pracy poświęcał na to, to ja w ogóle nawet tego nie widziałam i nawet tego nie doceniałam, że On od rana do wieczora pracował. Dosłownie. Był więcej, więcej, więcej, więcej. Ja również pracowałam. Natomiast moje zarobki nie były (wystarczające). Nie miałam możliwości (by były wystarczające) – również Wam powiemy, co robiłam jeszcze w międzyczasie – nie były one na tyle duże, żeby sfinansować leczenie, gdyby to zależało tylko ode mnie.

    Te nasze połączone siły miały szansę, ale mój mąż tutaj naprawdę cisnął po prostu opór, także że, jak wyobrażacie sobie, że można pracować i tylko spać, to on po prostu żył w takiej korbie.

    Z.: Teraz ja mam powiedzieć, bo zapadła taka cisza i w sumie nie wiem, czy chcesz coś jeszcze dodać?

    Ja się bardzo cieszę, że powiedziałaś to, bo wiesz co sobie wyobrażam, że taki dzień kiedy wyjeżdżasz do lekarza, to koszty w trakcie tego dnia nie są związane tylko z tym, że płacisz za wizytę, tylko to jest właśnie związane z tym, że jakoś musisz tam dojechać, czy jedziesz pociągiem, czy jedziesz samochodem, każda ta podróż kosztuje. Nie ma Cię wtedy w pracy, więc albo robisz to po godzinach albo zarywasz dzień w pracy i nie zarabiasz wtedy, bo musisz wziąć wolne, szef się krzywo patrzy, ja mam za sobą starania w trakcie kiedy pracowałam w korpo i mam starania kiedy pracowałam sama dla siebie. I każda z tych opcji wiąże się z tym, że w tym dniu nie zarabiasz pieniędzy. To jak jesteś u siebie sama, to przynajmniej Twój czas zależy od Ciebie i wydaje Ci Się, że masz takie poczucie, że “dobra nadrobię w nocy, więc mogę jechać teraz na tę wizytę na 11.00”, ale kiedy wypada Ci akurat monitoring akurat w tym dniu o 11.00, a pracujesz u kogoś i jeszcze nawet nie wiesz, czy będziesz musiała błagać na kolanach o to wolne, czy tracisz ten dzień urlopu, czy bierzesz L4, i jest jeszcze taka logistyczna układanka, która wiąże się oprócz z ogromnym kosztem emocjonalnym, to jeszcze z tym, że to są dodatkowe koszty. Takie normalne finansowe, mierzalne. Więc cieszę się, że to padło, bo dużo generuje.

    A.: Logistycznie te wszystkie wizyty to jest też duża i trudna przeprawa, bo niektórzy z nas nie chcą się tłumaczyć, że jadą na wizytę, “dlaczego tak wyjeżdżasz?” – później pojawiają się pytania, “a gdzie Ty tak jeździsz?”.

    Z.: Bo właśnie to nie jest jedna wizyta, to nie jest wyjazd na wyleczenie zęba i zamykasz temat, tylko takie monitoringi np. ja miałam co drugi dzień, więc wyjeżdżanie do lekarza co drugi dzień – musisz w to w pewien sposób wtajemniczyć, a jeśli nie chcesz, to musisz się mocno gimnastykować, a różne mamy sytuacje w pracy, też pamiętajmy o tym. Nie każdy ma tak open (otwartą) atmosferę i w ogóle chce o tym gadać, żeby otwarcie ten problem nakreślać, a czasami nawet nie możesz sobie na to pozwolić, ze względu na różne sytuacje. Więc gimnastyka totalna. U nas też było to ogromnym kosztem. Specjaliści wszyscy.

    A.: Pamiętam nawet taką sytuację, kiedy mój mąż (te wizyty były tak częste), woził mnie do Warszawy, w sensie jeździliśmy we dwoje tam i w pewnym momencie nie było możliwości, bo on zarywał właśnie dzień w pracy, który musiał odrobić, i zawsze jeździliśmy tam na spinie ogromnej, no bo to było w trakcie jego pracy. Jego pracodawca wiedział, że Michał jedzie z Anią do lekarza i to było jasne, nikt nie ingerował po co, natomiast nie było możliwości, że ktoś za niego zrobił tę pracę. To było zawsze na spinie. Mieliśmy jedną knajpkę, gdzie później po leczeniu zajeżdżaliśmy – mogliśmy zjeść i nie było więcej czasu na spokojny przyjazd, tylko ja zostawałam w domu już, albo szłam do pracy, a Michał wracał do swoich obowiązków i siedział tam do nocy.

    Chcę opowiedzieć też taką sytuację, że w końcu doszliśmy do tego, że ja jeździłam pociągiem na badania i to też było dla mnie bardzo stresujące. Bo pamiętam jak pierwszy raz wyszłam i nie znałam Warszawy, nie umiałam się w ogóle poruszać po Warszawie i było to dla mnie bardzo trudne. Taki wyjazd, choć studiowałam w Lublinie i nie było problemu z poruszaniem się tam. Natomiast tu to mnie tak przytłoczyło wszystko, ta zmiana, że ja będę musiała jeździć teraz pociągiem, gdzie to wszystko jest dla mnie nowe, że pamiętam jak wyszłam na Śródmieściu (wydaje mi się) wyszłam na powierzchnię i ja się tam popłakałam, ale z tego wszystkiego myślę, z tego, że to życie tak wygląda, że zostałam sama… znaczy, że musiałam sama jeździć, bo już były takie sytuacje – mój mąż nie zawsze mógł być ze mną i jeszcze w mieście w którym nie mam pojęcia, a to jeszcze były czasy – nie tak, że sobie wbijam teraz “jak dojadę.pl”, czy jakieś takie inne rzeczy i zamawiam Bolta, i wszystko jest takie, że “aplikacja i no problem (nie ma problemu). Pójść na przystanek, zapytać ludzi to po prostu było przerażające dla mnie. Dojechać tam, wiem jaki jest adres, wiem jaki autobus… czy tam nie autobus tylko… tramwaj.

    Z.: Trolejbus. Trolejbusy tylko w Lublinie.

    A.: Trolejbusy tylko w Lublinie.  Tak tramwaj. Niby ogarnięty człowiek a poczułam się wtedy… takie mam – widzę ten obraz, widzę jestem taka mała w tym wszystkim.

    Z.: I to jest Ania, która biegnie po to dziecko…

    A.: Tak!

    Z.: W tę dżunglę właśnie, w sensie – pójdę po Ciebie chociaż to jest tak bardzo trudne.

    A.: Tak, bo to było bardzo trudne dla mnie. To było dla mnie wręcz… nie rozumiem dlaczego, ale to było dla mnie wtedy przerażające, że zadzwoniłam do mojego męża i powiedziałam: jak mogłeś mi to zrobić, że ja będę teraz sama jeździła do tej kliniki.

    Z.: Do tej miejskiej dżungli, której nie znam.

    A.: Tak, do tej miejskiej dżungli. Wtedy wszystko tam wyszło, nie tylko ta podróż i to przerażenie, ale cała ta sytuacja gdzieś z człowieka uleciała na chwilę.

    Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań

    Dobrze dalej mamy RZECZY NA KTÓRE WYDAWAŁYŚMY PIENIĄDZE to SUPLEMENTY

    i wrócimy do tego.

    Z.: O Boże, tu się otwiera puszka pandory…

    A.: Yhhyy…

    Z.: U mnie przynajmniej.

    A.: U mnie też.

    Z.: Bliźniaki z manioku?

    A.: Dobrze, dobrze, taki był epizod w moim życiu.

     Tak, suplementy to była gałąź – odnoga mojego budżetu.

    Z.: U mnie to była gruba gałąź.

    A.: No ładowałam ten hajs, nie szkoda mi było na suple. Nie była to celowana i mądra suplementacja i raczej taka na oko – bo coś. Tych suplementów było. Pamiętam, że denerwowałam się na mojego męża, że On tych suplementów nie brał. Rodziło to jakieś takie niesnaski i kłótnie u nas, które później urastały do ogromnych kłótni, bo skoro On nie bierze tych suplementów, to znaczy, że mu w ogóle nie zależy. No suple były – po prostu były, bo coś gdzieś przeczytałam, chociaż może nie aż tak, jak Zosia – bo myślę, że tutaj jest mistrz – nazwijmy to tak – stosowania różnych rzeczy. Ale jest to zrozumiałe totalnie dla mnie.

    No to więc, powiedz Zosiu.

    Z.: Ja już? Ty skończyłaś gadać o swoich suplementach? Myślałam, że naprawdę się otworzy puszka pandory.

    A.: Nieee, ja aż tak nie. Miałam suplementy. Byłam w tym klimacie, że kupowałam różne rzeczy, natomiast ja pamiętam Ciebie podczas starań i jak wyglądała Twoja tutaj półeczka…

    Z.: Szafeczka…

    A.: Szafeczka suplementów i nie doszłam do takiego momentu. Brałam te rzeczy…

    Z.: “Nie doszłam do takiego momentu” i nie przystopowałam Cię, ale Ty byś mnie nie wtedy nie przystopowała. Ja byłam pewna, że robię dobrze.

    A.: Zosin Tobie nie dało nic w ogóle wytłumaczyć. Nawet nie próbowałam, bo ja wiedziałam gdzie Ty jesteś swoją głową. Póki widziałam, że sobie nie robisz krzywdy, to przymykałam na to oko.

    Z.: Granica była close in my opinion (bliska w mojej opinii), ale może…

    A.: I co byś powiedziała…?

    Z.: Patrzę teraz z perspektywy (obecnej). Wtedy nic pewnie, ale teraz może bym sobie pomyślała, że “patrz ale Ania wtedy mądrze Ci gadała, że Ci mówiła – ogarnij się”.

    A.: No to wtedy może bym Ci gadała ale powiedziałabyś… odwóciłabyś się… nie wiem.

    Z.: Nie wiemy, nie wiemy, bo to są jakieś spekulacje Kochana, ale prawda jest taka, że ja nie lubię jak ktoś mi mówi jak mam żyć, więc bardzo możliwe, że mogłabym Ci wystawić środkowy palec np. i pokazać język albo figę z makiem czy coś.

    Wydawałam hajs na suplementy gruby, mając nadzieję – to kolejny raz. Bo wiecie… U mnie kupowanie suplementów, było związane z ogromnym emocjonalnym nakładem i taką pewnością, takim przekonaniem graniczącym z pewnością, że tu jest właśnie ten pies pogrzebany. Ok, może ja po prostu wszystkie rzeczy, które mam w swoim organizmie to, to da się poukładać np….(no i teraz bardzo nie chcę używać określenia, co ja tam brałam), bo wiecie, jak u mnie była otwierana taka szafeczka w kuchni, gdzie były takie trzy grube półki, to dwie z nich to były kosze, które były pełne supli. Tak durnych supli. Chętnie w ogóle teraz bym sobie zajrzała do tej szafeczki, chociaż w sumie nie wiem czy byłabym gotowa się z tym zmierzyć ale tam było wszystko i też wydaje mi się, że ta mieszanka była dość wybuchowa, bo mieszanie ze sobą tylu substancji ziołowo-wszelakich…

    A.: To też nie jest tak do końca bezpieczne momentami.

    Z.: To było bardzo niemądre. Tak dokładnie. Mieszanie ze sobą kilku nurtów leczniczych (nie wiem jak to powiedzieć, bo przecież) tam było trochę jakichś takich rzeczy z medycyny chińskiej, bo przecież przeczytałam jakieś takie rzeczy, które teraz po prostu mi skóra cierpnie, jak sobie myślę (o tym). Ale przecież wtedy tamta Zosia wyczytała gdzieś w necie, że to jest właśnie TO. To właśnie to coś sproszkowane mi pomoże i łykałam ten shit (badziewie) będąc pewną, że widzisz – miesiąc temu tego nie robiłam i pewnie dlatego miesiąc temu nie wyszło, ale teraz już to wiem, i teraz już biorę, będę to łykać.

    Suple (pamiętam) mojego męża kosztowały gruby hajs, bo On całe szczęście nie brał ich tak dużo, to jednak był rozsądny człowiek i brał tylko te przepisane przez lekarza, nie bardzo chciał – nie był podatny na moje takie (mądre to było) jakieś nowinki, on brał tylko te rozpisane przez lekarza, ale to i tak było naprawdę grubo – kilkaset złotych tak po prostu na same suple.

    Więc suple to gruba odnoga.

    A.: Mądra suplementacja ma sens prawda? To trzeba powiedzieć, że są takie rzeczy które warto brać i są takie rzeczy, które są też dostosowane do danego przypadku, które warto brać. Natomiast rozumiem totalnie, że można się czuć w tym gąszczu zagubionym bardzo. Bo ja sama byłam też zagubiona i ja rozumiem to też.

    Z.: Ja w pewnym momencie brałam tylko tyle, że miała takie kasetki, które są na leki z podziałem rano, w południe, po południu, wieczór. Miałam takie kasetki dwie i jak wysypywałam sobie suple plus leki z tych kasetek to i ich było tak – prawie, jak przekąska.

    A.: No tak, ale powiedz jeszcze gdzie Zosia w tym wszystkim – Zosia która już była dietetykiem, która wiedziała, co to są badania naukowe i też, co jest pro, a co może jest mniej pro. Potrafiłaś oddzielić? Bo swoim pacjentom nie zaleciłabyś kasetek.

    Z:. Ale wiesz co, no z jednej strony tak, ale te kasetki – Stara – to były początki starań.

    A:. Ok.

    Z:. To były naprawdę początki starań, no bo potem tych supli nie brałam tyle. Więc wydaje mi się, że to jeszcze była ta Zosia, która nie wiedziała tylu rzeczy. Później to była wręcz Zosia, która walczyła z całym przemysłem suplementów, który jest właściwie bardzo mało kontrolowany i jak zgłębiłam swoją wiedzę (całe szczęście), pokończyłam te kolejne studia, i zobaczyłam jak to wygląda i pobadałam te suplementy w ogóle na zajęciach i widziałam, jak bardzo różni się zawartość substancji czynnych deklarowanych na opakowaniu, a to co znajdujemy tam w środku i czasami, że to są śladowe ilości, a czasami, że wręcz wybijają w kosmos. Jakie tam są inne rzeczy w domieszkach to mi się oczka otworzyły, że to suplement, a lek to bardzo daleko, żeby postawić znak równości.

    A.: Fajnie, że to powiedziałaś…

    Z.: Też tu bym nie była dla siebie taka za bardzo surowa, bo ja w momencie kiedy ładowałam te suple, to ładowałam jeszcze jako taki żółtodziób wiedzowy, wierząc w to, że to co oni mi tam obiecują to jest prawda. Nikt przecież nie będzie oszukiwał? To był czas jeszcze kiedy pani Bożenka z zieleniaka mogła przebrać się za lekarza i wystąpić w reklamie i mówić, że “jestem pediatrą z długoletnim doświadczeniem”.

    A.: A kiedyś to były czasy takie właśnie Zosin.

    Z.: Teraz nie ma czasów, ale dla suplementów to dobrze, że nie ma czasów.

    A.: Dobra…

    Z.: Ale to prawda, muszę też się podpisać pod tym, co powiedziała Ania: są dobre suple, naprawdę są dobre suple, takie które naprawdę są wręcz niezbędne w niektórych przypadkach i to nie jest tak, że ja tutaj wyjmuję szabelkę, i walczę przeciwko wszystkiemu, co się nazywa suplementem, sama te suple biorę teraz. Tylko, że teraz robię to z głową i robię to mądrze, więc nie chcę teraz też tak nie wybrzmieć, że w ogóle wszystkie suple to na stos, i do spalnia. Absolutnie nie. Niektóre są naprawdę świetne jakościowo i bardzo poprawiają parametry wszelakie: i u kobiet i u mężczyzn; co jest bardzo istotne podczas starań tylko trzeba to robić z głową, a ja wtedy tego nie robiłam nawet jednym procentem głowy. Mam wrażenie, że tam tylko serducho wjeżdżało i moja nadzieja, że to jest właśnie solution (rozwiązanie) dla mnie w tym cyklu.

    A.: Kolejną rzeczą na które ja wydawałam grube siano, to było… i nawet Wam powiem, że pod jedną z naszych rolek ostatnio, pojawił się taki komentarz: “niech ktoś przebije kupowanie testów ciążowych, albo owulacyjnych w wielopakach” i ja miałam nawet odpisać na ten komentarz, że “przebijam”, bo to ja jestem. Kupowałam w wielopakach testy owulacyjne i testy ciążowe, a później jak mi się kończyły, obiecywałam sobie, że już nie będę robić obsesyjnie testów ciążowych i testów owulacyjnych, to kupowałam i takie w aptece. Więc na to szło bardzo dużo i na aukcjach Allegro – w paczkach wielkich przychodziły.

    Z.: A to np. akurat w ogóle nie jestem ja. Na to w ogóle nie szedł mój hajs.

    A.: Testy ciążowe?

    Z.: W ogóle…

    A.: W wielopakach?

    Z.: W ogóle…

    A.: Owulacyjne?

    Z.: W sensie kupiłam je raz.

    A.: Te takie paseczki?

    Z.: Tak, te takie paseczki i tam było z 50 może.

    A.: Taniej było, a to ja to sobie wiesz – stówami jechałam. Te testy.

    Z.: Ja pierdziele Stara, to w ogóle nie jestem ja. Ja się bałam robić testy ciążowe i czułam się głupio wtedy jak je robiłam. Więc nie. Oczywiście kupiłam ten pięćdziesięcio pak ale ja to w ogóle nie wiem ile tam zużyłam z tego.

    A.: A owulacyjne testy?

    Z.: Nie robiłam owulacyjnych.

    A.: Nie chciałaś wiedzieć, że masz owulację?

    Z.: Chciałam wiedzieć, ale wiedziałam, że mogę mieć to zaburzone i nie chciałam sobie rozwalać głowy jeszcze bardziej.

    A:. No ja sobie rozwalałam, bo w związku z tym, że te testy przepłacało się ze względu na wysoki poziom LH utrzymujący się cały czas, to wychodziły mi – cały czas się barwiły- natomiast bardziej bądź mniej w momencie owulacji, ale ja byłam freakiem (dziwakiem) też robienia pasków tych owulacyjnych bardzo, po kilka dziennie robiłam. Ciążowe tak samo, więc bardzo dużo pieniędzy wydawałam na to.

    Z:. You crazy (jesteś szalona). Ja tego nie robiłam w ogóle. Ale to zaraz dojdziemy do miejsca gdzie szedł mój hajs a Twój nie, więc co ja tutaj mam jeszcze… O! To będzie dobre. Uwaga: wydawałam hajs… nie oceniajmy tego…

    A:. Yhhhhy

    Z:. Ja teraz też postaram się siebie nie ocenić… na GADŻETY. Jeszcze żeby to były właśnie gadżety erotyczne, które np. poprawiłyby jakość mojego życia seksualnego. Nie Kochani. To były gadżety typu gadżet, który zbada Twoją ślinę albo np. śluz i jeśli wyjdą tam takie znaczki jakieś np. liście paproci to znaczy, że właśnie w  tym dniu masz śluz płodny – jeśli Twoja ślina taka wyjdzie. Rozumiesz?

    A:. Rozumiem.

    Z:. Na to szedł mój hajs. Ja to kupowałam.

    A:. Ja też kupowałam.

    Z:. Koleżanka mi pokazała, że takie coś jest.

    A:. No akurat ja pokazałam Zosi to, że jest.

     Nie oceniajmy. Może to jest prawda, może nie, natomiast nie polecam bo nie zaglądałam też badania naukowe, czy tam jakiekolwiek, jeżeli coś jest.

    Z.: Nie wiem.

    A.: Więc nie oceniam i nie wiem. Dzielę się tylko tym co się działo.

    Z.: Na to szedł mój hajs Kochani

    A.: Mój też.

    Wydawałam też pieniądze na takie ŻELE, które poprawiały jakość śluzu podczas współżycia – coś takiego to było to pamiętam, że te żele różne rodzaje. Te żele, to nie był też taki jakiś rozwinięty rynek żeli poprawiający śluz, więc coś takiego pamiętam, że kupowałam. Kupowałam też sobie ABONAMENT, który wyznaczał mi owulację i dni płodne, i zapisywałam sobie tam temperaturę – to pamiętam to. Akurat lubiłam to, że tak powiem – poświęcanie na to czasu, na taki monitoring do pewnego momentu sprawiał mi frajdę (o ile można jakkolwiek, że podczas starań mamy frajdę z czegokolwiek). To ten abonament i to mierzenie temperatury dawało też takie poczucie trochę kontroli nad tym, co się dzieje. Natomiast w związku z zaburzoną owulacją bądź jej brakiem, no to się po prostu u mnie nie bardzo sprawdzało i dużo też czasu poświęcałam na analizę i w porównywanie się do innych wykresów, które wychodziły podobnie. To była taka nerwówka, czy ta temperatura wzrosła do góry, czy zaraz spadnie czy jakaś anomalia. No dziewczyny, które mierzą temperaturę to wiedzą, że to jest takie.. no właśnie czy ta kropka wyżej o te dwa stopnie to jest to, czy jeszcze nie. To na to wydawałam. Nie żałuję. Jakieś takie TERMOMETRY DO MIERZENIA, że zakupiłam sobie z tych gadżetów, i chyba z gadżetów to było tyle.

    Taka kategoria GADŻETY.

    Z.: Też tutaj nie uświadczysz żadnych gadżetów so nice (takich fajnych). Niestety to były gadżety stricte płodnościowe. A propos tego żelu, to ja mam napisane właśnie, że to była taka nowinka, że dla plemników. Bo były lubrykanty, które zawierały w sobie jakieś takie niekorzystne składniki, które mogły wpływać negatywnie na plemniki. Jak ja to przeczytałam, pamiętam miałam takie YYYYYYYY – przeraziłam się. Ty mówisz, że kupowałaś różne rodzaje. Ja kupowałam jeden ten sam tylko on był albo w tubce – takiej tubce, albo w aplikatorach.

    A.: Nie że różne rodzaje. Nie, kupowałam jeden. Wybór nie był właśnie bogaty wtedy. To był jeden, już nie pamiętam jak się go zapuszczało. Natomiast kojarzę tylko jeden rodzaj tego, możliwy, dostępny, który był akurat wtedy.

    Z.: Powiedziałaś coś takiego: “że kupowałam różne żele Kochana”.

    A.: A to nie, to sorry.

    Z.: Bo ja właśnie kupowałam jeden, tylko droga aplikacji była różna.

    A.: To prostuję…

    Z.: Ale to był jeden i ten sam. I znalazłam i tam było napisane, że on jest dobry dla plemników, że je odżywia i że im robi autostradę.

    A.: Tak, tak dokładnie.

    Z.: Autostradę!

    A.: A w związku z tym ja miałam problemy z tym, to zależało mi na tym aby ten płodny śluz się zwiększyła – jego ilość, albo żeby się w ogóle pojawił.

    W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe

    Z.: Masz jeszcze coś – na co wydawałaś hajs – na swojej karteczce?

    A.: Taaak. Mam hajs NA ZDROWE JEDZENIE. I zdrowe jedzenie po prostu – wybieranie, może nie tyle, że wydawałam hajs, bo i tak musiałam jeść coś, więc wybierałam sobie (pamiętam, że) sałatki (tak mi się kojarzy), że robiłam bardzo dużo sałatek. A też pamiętajcie o tym, że nie byłam świadoma podczas starań, jak ta dieta powinna propłodnościowa wyglądać i to dopiero po jakimś czasie zmieniłam żywienie na takie bardziej propłodnościowe. Natomiast ono i tak uważam, że na obecny stan mojej wiedzy, no miało szansę zadziałać, natomiast nie wykorzystałam całkowicie tego co wiem teraz. O!

    Pamiętam jak robiłam sobie sałatki z łososiem (tym takim podłużnym z Biedry), takie mam wspomnienia swoje, że kupowałam sałatki i robiłam sobie tego łososia – pamiętam, że wydawałam… właśnie to nie było wydawanie, to było zastępstwo czegoś np. tej bułki, którą zazwyczaj sobie brałam na drugie śniadanie. To takie rzeczy robiłam. Pamiętam też, że już wspominałam, że na endometrium miałam taką fazę, że wyczytałam, że orzechy są dobre – i one są dobre, bo źródła witaminy E, wykazano, że witamina może wpływać pozytywnie na endometrium. Natomiast kilo pistacji zjedzonych z czerwonym winem – myślałam, że na to endometrium podziała, to nie był dobry wybór.

    No właśnie – taki miałam punkt.

    A Ty Zosia wydawałaś na zdrowe jedzenie?

    Z.: Jeśli chodzi o zdrowe jedzenie to ja mam też taki podpunkt i mam go w sumie rozbity dwojako, bo wydawanie kasy na zdrowe jedzenie jest jak najbardziej pro. Pamiętam to z przeszłości, że jak przerzucałam się na taką skrajnie zdrową dietę, jak wjeżdżał ten Zosin zafiksowany taki, że o Boże, nie było mowy na wypicie smoothie, tylko to smoothie musiało być po prostu odrąbane w kosmos.

    A.: Z jarmużem i kurkumą?

    Z.: Dokładnie. Bez trzech superfood`sów smoothie to się nie zalicza do smoothie pro płodności. To to. I bym chyba powiedziała tylko, bo w ogóle wydawanie kasy na zdrowe jedzenie, na jedzenie ekologiczne, organiczne jest jak najbardziej OK i bardzo do tego probsuje i zachęcam dzisiaj. Akurat tego bym nie zmieniła. Tylko zmieniłabym raczej taki poziom “zafiksowania na…”, czyli zastanowiłabym się, czy wydawanie kasy na te superfoodsy, które dodaję i np. przez ten superfoods, który łatwo jest zastąpić czymś innym co Ci smakuje, ale ten jeden superfoods dodany do posiłku sprawia, że on jest okropny i wmuszasz go w siebie i czujesz, że z każdym kęsem masz ochotę coraz bardziej zwymiotować, ale jesz, bo superfoods tam jest, i wydałaś na niego w ciul siana, i musisz jeść, a przecież on Cię przybliży do (ciąży). To może o to bym zmieniła, czyli ten poziom zafiksowania – bo naprawdę da się to zrobić mądrzej.

    Plus mam tutaj – jeśli chodzi o jedzenie w trakcie starań – to mam też wypisaną “dietę pudełkową” na którą szły wtedy moje pieniądze. Ta dieta pudełkowa trwała trochę i była z różnych źródeł. Bo wiecie po kilku miesiącach jedzenia z jednego źródła, nie dało się już przetrawić tych posiłków. I tu bym też dała taką gwiazdkę może? No bo niektóre z tych diet pudełkowych, były po prostu głupie. Bo wiesz, jak zjadłam śniadanie, które (powiedzmy) było w miarę normalnie, a na drugie śniadanie miałam po prostu małą buteleczkę świeżo wyciskanego soku i koniec. No to sory, nie zrobiłabym dzisiaj tego w ten sposób. To była np. dieta z niskim indeksem – jak dieta z niskim indeksem? Więc to tutaj to było jakieś rozwiązanie, ale jednak. Ok, gdybym miała dzisiaj wydawać na dietę pudełkową to bardzo bym nie chciała, żeby ona była skomponowana tak jak wtedy tamta dieta pudełkowa. Czyli też tak jak z suplementami – nie wrzucajmy wszystkich diet pudełkowych do kosza, ale akurat tamte nie były (powiedzmy) turbo jakościowe.

    Więc tutaj mam podpunkt “superfoodsy – mądrze bym postąpiła”.

    A.: Dajmy sobie też prawo do bycia niemądrymi. To jest bardzo takie uwalniające.

    Wybaczajmy sobie błędy i wiedzmy, że cały czas będziemy je popełniać bo jesteśmy tylko ludźmi.

     Ale czy zdrowe jedzenie…no wydawałaś na to hajs?

    Z.: No wydawałam. Pamiętam np…

    A.: Bo gotowałaś bardzo dużo i te soczewice tutaj… tutaj gdzie Zosia kiedyś mieszkała.

    Z.: Siedzimy w tym miejscu gdzie te soczewice były gotowane. To prawda.

    A.: Dokładnie. To cisnęłaś.

    Z.: To prawda, ale te soczewice, to tam nie wspominam tego traumatycznie. Raczej traumatycznie zakupy wspominam właśnie z kilkoma porcjami łososia. To wtedy było takie “kurde, obiad z łososiem!”, który się jadło często, potrafiło szarpnąć budżetem moim.

    A.: No tak.

    Z.: To było drogie żarcie.

    A.: Z takich droższych rzeczy uważam, to łosoś i orzechy włoskie. Na ten moment to są na ten moment dość – droższe rzeczy. Natomiast też dużo rzeczy jest (a propos tego budżetu i zarządzania tym zdrowym jedzeniem) jest też kasza chociażby. To są produkty, które… nie wiem ile jest teraz kasza dokładnie chodzi- 3,99 zł duże opakowanie kilogramowe? Więc kasze, siemię lniane. Kiedyś robiłyśmy nawet taki mailing z tymi tańszymi produktami, które mogą wspierać płodność właśnie, żeby zachęcić Was do tego, żeby spróbować, bo to nie znaczy, że ta zmiana żywienia (oczywiście nie wiem, jak wygląda Wasze dotychczasowe żywienie i na co wydajecie pieniądze) może wiązać się z tym (też nie chcę oceniać wszystkiego, natomiast chcę pokazać), że w tej płodnej diecie są fajne produkty, które są niskobudżetowe.

    Z.: Plus, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, bo czasami takie trochę mylne poczucie daje pierwsze zrobienie zakupów płodności. Kiedy ten koszyk – kiedy w ogóle musisz uzupełnić zasoby swojego domu w płodne produkty po które będziesz sięgać i wiadomo, że jak kupujesz jednorazowo te orzechy, czy tego łososia, czy np. oliwę – litr dobrej jakości oliwy – to te pierwsze zakupy są droższe. Ale przecież nie zużyjesz tego litra oliwy do następnych zakupów.

    A.: Czy nawet kilograma kaszy gryczanej.

    Z.: Czy tych orzechów, bo bierzesz ich po prostu kilka do porcji, więc to tak się rozkłada relatywnie. Później te koszty się po prostu rozkładają na każde posiłki i to może dawać takie mylne poczucie, że to jest po prostu bardzo drogie, a tak naprawdę zużycie tego litra oliwy zajmie Wam dużo czasu.

    A.: I też jeżeli chcecie zobaczyć jak np. wyglądają nasze diety i zobaczyć jakie to są składniki to na naszym NEWSLETTERze otrzymacie po zapisie darmowe dwie diety dla kobiety i mężczyzny, które też są takim naszym też wkładem właśnie dla tych z Was, którzy chcą spróbować, chcą zaoszczędzić, a my chcemy żeby właśnie Wasza płodność poszybowała w górę. To tak prezencik od Akademii.

    Z.: I zobaczycie sobie czy tam są super wymyślne superfoodsy, czy jednak superfoodsy, które są dostępne i może nawet nie wiedzieliście, że część z nich to superfoodsy.

    WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca?

    Ok, to zamykamy temat jedzenia i wydawania kasy na jedzenie w trakcie starań, czy jeszcze coś do jedzenia byś dodała?

    A.: Tak… nie, do jedzenia  już… to też chcę powiedzieć, że to był taki na przestrzeni tych wielu miesięcy, całego okresu starań, to jedzenie to też nie kupowałam sobie codziennie łososia, bo ono różniło się, wśród nich były też przyjemności.

     I podczas starań, były też PRZYJEMNOŚCI – nazwijmy to przyjemnością (ja tutaj sobie zaznaczyłam w takim kółeczku, bo to nie do końca były przyjemności, tylko ja bardzo chciałam odciąć sobie myśli różnymi rzeczami podczas starań. Wygospodarowliśmy w Naszym budżecie lekcję języka angielskiego, które miałam niedaleko – dwa budynki obok mojej pracy. I to było takie kuszące, bo to było nieopodal i nie musiałam czasu poświęcać na dojazdy. Lekcje języka angielskiego trzy razy w tygodniu – to było coś, na co wydawałam kasę, ale to też półrocznie wydawałam, bo płatność była albo z góry na rok, może nawet rocznie, że płatność była za cały rok, albo za pół roku. Więc to było coś, co było takim – musiało być ujęte w budżecie i moje studia, które miały też za zadanie odciąć moje myśli. I tak sobie marzyłam, że jak nauczę się angielskiego i skończę studia pielęgniarskie, to po prostu kiedyś uciekniemy z tego miejsca naszego gdzie mieszkamy i od tych całych starań. Dlatego poszłam na te studia, wyobrażałam sobie, że po prostu, że wyjedziemy i ja ze studiami pielęgniarskimi znajdę zawsze pracę, i potrzebny jest mi język angielski, a w międzyczasie doszło do tego też, że uczyłam się angielskiego i studiowałam jeszcze inny kierunek związany z żywnością (swoją drogą), i że pojadę sobie na Erasmusa, że już tak miałam dość tych starań i zrobię sobie przerwę na tym pielęgniarstwie, zostawię te starania, zostawię pracę i po prostu wyjadę sobie na Erasmusa, a że mój mąż zawsze powtarzał, bo On zawsze marzył o tym Erasmusie to bardzo mnie wspierał, mówił, że jakoś sobie damy radę z tym wszystkim. Chociaż powiem Wam szczerze, że teraz sobie myślę o tym – pół roku na Erasmusie w Hiszpanii – nie wiem, nie wiem – dość szalony pomysł to był. Już nie wiedziałam (co robić), moim zdaniem to była taka ucieczka po prostu, bo gdzieś indziej bolało mniej. Na Erasmusa nie dostałam się, bo złożyłam podanie późno – znaczy dzień po, w dniu komisji, w której już nie wzięli pod uwagę mojego podania, co jest smutne – Kartagena czekała.

    Z.: Widzisz, tak miało być Kochana. Wiesz co, może byś teraz jakąś inną Sophie (Zosię) znalazła tam.

    A.: Nie no nie żałuję tego, pomysły i ogromne marzenie o zostaniu mamą, a tutaj w końcu przyszła – to tylko było po to – ja już miałam dość po prostu. Ja już miałam dość tego wszystkiego, ja już chciałam (i tak mieliśmy wspólnie) zrobić sobie przerwę, bo żyć w tym kołowrotku, gdzie sen jest tylko odpoczynkiem od starań. Tylko sen. I to i tak nie (zawsze), bo jak mi się śniło coś związane z staraniami to nie (odpoczęłam). Ja już po prostu dłużej nie mogłam, więc szukałam tego jakiegoś ujścia wszystkiego. Ale przyznaję, że było to dość szalone, a mój mąż mówił, że to super pomysł – będzie przyjeżdżał.

    Z.: Słuchamy nie oceniamy.

    Słuchamy nie oceniamy, tak miało być, życie zadecydowało, że jednak nie wyjechałaś na Erasmusa Kochana. Po prostu słuchamy nie oceniamy…

    A.: Dokładnie.

    Z.: Nie mogę zostawić innego komentarza w tym miejscu.

    A.: Po prostu miałam dość i tyle –  wszystkiego.

    Z.: To ja akurat bardzo czaję ten vibe (klimat) i może w takim właśnie dojściu do ściany też bym wyrąbała na Erasmusa, tylko wiesz, teraz oceniam to z perspektywy aktualnej.

    A.: Wiesz, wszystko sobie przeliczyłam, to mi się wszystko zgadzało: jakieś było stypendium, chciałam iść tam do pracy.

    Z.: Wszystko się zgadzało. Tam się wszystko zgadzało.

    A.: Tam się wszystko zgadzało. Finansowo też to się musiało zgadzać. Finansowo też szły wszystkie pieniądze leczenie, więc taki Erasmus – wyjazd przy tym wszystkim, to była wręcz oszczędność w porównaniu do tego ile to wszystko kosztowało nas.

    W każdym razie moja ucieczka się nie udała, ale zaznaczyłam sobie… nie, najpierw zadam Tobie Zosiu pytanie, czy Ty wydawałaś na przyjemności?

    Z.: W ogóle nie mam takiego podpunktu tutaj, co nie znaczy, że nie wydałam. Natomiast jak robiłam sobie rekonesans  na to, na co szedł mój hajs podczas starań, w ogóle nie przyszło mi do głowy “wydawanie hajsu na przyjemności” – w ogóle. I teraz musiałabym się zastanowić na co wydawałam…

    Pod koniec zaczęłam podróżować, sobie kupiłam te podróże, które się nie odbyły, bo byłam w ciąży, ale to była taka turbo-turbo końcówka tych starań. Właśnie chyba po dojściu do ściany na zasadzie “a co jeśli nigdy się nie uda? To moje życie zawsze będzie tak wyglądać, czy to będzie kolejny rok w którym nigdzie nie wyjadę?”, i to był właśnie ten moment, kiedy masz jeszcze pieniądze na koncie, wchodzisz na stronę linii lotniczych i rezerwujesz lot na zasadzie “jak tego nie zrobię teraz, to tego nie zrobię nigdy”. A jak on (lot) się zbliży, to będziesz musiała się jakoś zorganizować. I tak porezerwowałam te loty…

    A.: Na którym ja również byłam…

    Z.: Jednym z tych szalonych wyjazdów, tak.

    A.: Zosia mistrzem kupowania tanich biletów.

    Z.: Już miałam w ogóle taki kalendarz w tym domu roczny i tam było rozpisane już – tu z Anią, tu z mężem, tu z Jackiem, moim bratem.

    A.: Tu z mamą byłaś.

    Z.: Tu z mamą, dokładnie. Tam już było grubo po rozpisywane.

    A.: Nawet na Zosi instagramie znajdziecie sobie przypiętą relację, która nazywa się “PROJEKT ŻYĆKO”.

    Z.: Tak. I PROJEKT ŻYĆKO się urodził właśnie na jednym z takich wyjazdów.

    A.: Możecie zobaczyć (tam) ten piękny, taki prawdziwy obraz właśnie PROJEKTU ŻYĆKO, który urodził się z tego wyjazdu, gdzie Zosia powiedziała: STOP.

    Przyjemności, no ja z takich przyjemności też nie miałam, bo angielski wcale nie był dla mnie… ciężko powiedzieć, czy to była przyjemność, czy po prostu jakiś taki cel nowy w głowie. No bo to był cel – nauczę się w końcu angielskiego, bo zawsze marzyłam, żeby się go nauczyć. To był inny cel niż posiadanie dziecka, niż zajście w ciąże. Ale słuchajcie, też było tak, że siedziałam nad tym angielskim i myślałam sobie o staraniach i musiałam siebie pilnować, żeby momentami wracać tam. Natomiast nie żałuję tego, to zawsze było coś wyrwanego, ale nie z taką intencją, że o to jest coś dla mnie i ja tam się rozkoszuje tym. Nie. Myślę, że to też mogło być na takiej spinie. Fajnie, że było, bo mogło nie być.

    Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA

    Dobrze, mam takie pytanie: czy żałujesz czegoś, na co nie wydałaś pieniędzy? Bo ja mam taką jedną rzecz podczas starań.

    Z.: Yyyyy nie wiem, bo w ogóle o tym nie myślałam w ten sposób, bo ja mam tutaj jeden taki punkt z którego jestem dumna akurat, że na to wydałam (pieniądze), chociaż wydając je wtedy w ogóle nie zauważyłam, że to jest aż tak istotne.

    A.: Dobrze mów, bo pewnie to będzie pewnie mój na który, żałuję, że nie wydałam.

    Z.: Ja napisałam TERAPIĘ.

    A.: A ja mam napisane, że żałuję, że nie wydałam na terapię  jako już osoba, która spojrzała na to z perspektywy (czasu).

    Z.: To ja mam tutaj wypisaną terapię  – to była terapia indywidualna, terapia małżeńska, tam zahaczały jeszcze na rodzinną, bo musiałam na kilka spotkań stawić się z rodzicami, osobno oni sami musieli pójść, więc to było takie szerokie koło terapii. I jak to zaczęłam, to mi się wydawało, że to jest gruby hajs i że on jest nie potrzebny, tak szłam na nią na zasadzie: ok, odwalcie się, zrobię to, ale nie widziałam w tym większego sensu, a teraz jednak widzę, że to były wspaniale wydane pieniądze i to bym zrobiła na pewno jeszcze raz – nawet zapłaciłabym za to więcej.

    A.: Ja mam z podpunktów, że żałuję, że nie poszłam na terapię bo myślę, że mogłaby być bardzo, bardzo potrzebna… w sensie ona była bardzo potrzebna, natomiast, żałuję, że nie skorzystałam z tego, nie spróbowałam nawet, zobaczyć, czy mój komfort życia (się poprawi). Pamiętam taki moment kiedy mi się nie chciało wstawać z łóżka i jeżeli to cokolwiek by  mogło mi pomóc, to po prostu byłoby cudowne. To by mnie być może w jakimś tam sensie pozwoliło się uwolnić od bycia tym depresyjnym naleśnikiem, którego ja tak używam – takiego sformułowania, a kto wie, może byłaby potrzebna jakaś zaawansowana terapia. Nie tylko terapia z terapeutą, a może coś więcej, co pozwoliłoby mi przetrwać ten czas, ale to są tylko takie dywagacje moje. Natomiast żałuję, że nie poszłam na terapię, patrząc ile ona dobrego może wnieść w życie także staraczek, które piszą nam, że ona pozwala po prostu przetrwać im.

    Z.: To jest gruby kaliber. Pokrywa się z dwóch źródeł: Ty żałujesz, że nie poszłaś, a ja poszłam i nie żałuję, że poszłam, wręcz zauważama coraz więcej plusów tego, a wtedy ich nie zauważałam.

    A.: No właśnie.

    Z.: Ja zostałam wypchnięta na terapię, idąc – wykopana na nią, na kopach i jestem wdzięczna, że ktoś to zrobił. Z drugiej strony też… terapia jest bardzo trudna. To jest bardzo trudne i ja też szłam tam po to, żeby usłyszeć to czego chciałam, a okazało się – że nie, trzeba włożyć ciężką pracę, która Cię kosztuje bardzo dużo, wychodzisz stamtąd, chce Ci się drzeć mordę, nienawidzisz tej baby i dopiero po czasie do Ciebie wraca, że to Ty musisz odwalić robotę całą. I to jest zajebiście trudna praca: rozdrapywanie ran z przeszłości, to jest próba zrozumienia dlaczego jesteś takim człowiekiem a nie innym, co na to może wpływać, jesteś taka bardzo wyczerpana w trakcie tego. Na terapię moim zdaniem też trzeba iść z konkretnym założeniem, właśnie takim, że to nie jest easy game (łatwa gra) i że to nie jest tak, że tam siądziesz i przez godzinę za pieniążki włoży do głowy “jak teraz masz myśleć”. To Ty masz utorować sobie nowe myślenie, więc też fajnie było być na to gotowym i przygotowanym, że to naprawdę ciężka praca. Twoja praca i nikt za Ciebie tego nie zrobi. Ktoś Cię może tylko skierować na właściwe tory ale to jest w Twoich rękach.

    A.: Gdybym zadała Ci pytanie podczas starań, czy warto iść na terapię, co byś odpowiedziała? Podczas starań…

    Z.: Ale byłabym już bym była po terapii, czy jeszcze bym jej wybrała.

    A.: Ty jesteś w trakcie tej terapii…

    Z.: Jestem w trakcie chodzenia na te zajęcia?

    A.: Tak chodzisz na te zajęcia…

    Z.: Ja nie wiem Stara, bo jak byś mnie zapytała w momencie, w którym nienawidzę mojej terapeutki, to bym Ci powiedziała: “k* w życiu, żadna Twoja złotówka nie jest warta tego, żebyś się czuła tak jak teraz”. Ale zapytałabyś mnie tydzień później, ja już może bym była pokornym Zosinem i bym stwierdziła: “może ona nie jest głupia ta baba, może ja ją oceniłam za surowo i może to jednak właśnie nie będzie tak Zosinku, jak Ty sobie wyobrażałaś, że pójdziesz, pani Ci powie, “a wie pani Zosiu trzeba myśleć TAK…”

    A.: Pani ma rację…

    Z.: Pani ma rację, oni są głupi, pani jest mądra, ona jest głupia, jak mogła pani tak powiedzieć – 50 złotych…ta jeszcze, żeby to było 50 złotych…

    A.: Tak 50 złotych…

    Z.: W marzeniach. Ale jak już tu rozpisujemy sobie terapię marzeń. Nie wiem co bym Ci odpowiedziała. Jak byś trafiła na mnie po terapii i na takiego wk*ionego Zosina, to bym Ci powiedziała uuu…

    A.: Ale ja pamiętam Ciebie w trakcie tej terapii. Ja pamiętam Cię.

    Z.: Nigdy więcej ta stopa nie postanie, przecież ja wychodziłam i mówiłam: ostatni raz, to był ostatni raz kiedy w ogóle tutaj weszłam do tej głupiej baby. Potem do tej “głupiej baby” odesłałam tyle ludzi, którym ta “głupia baba” pomogła.

    A.: Taka ciekawostka – razem z Zosią nawet byłyśmy u tej Pani doktor (ma doktorat), byłyśmy razem jak sobie tutaj też musiałyśmy ogarnąć we dwie różne rzeczy i notorycznie odsyłamy tak naprawdę całe nasze rodziny.

    Z.: Duża już jest ta pajęczyna, która jest łączona przez jedną teraputkę naszą.

    A.: Ta pajęczyna też pomogła naszej terapii małżeńskiej – w sensie nie moją z Zosią, tylko mojemu małżeństwu

    Z.: Twojemu małżeństwu też.

    A.: Mojemu małżeństwu, gdzie to był naprawdę ktoś kto, poszanowanie miał w oczach mojego męża chociażby, bo nie każdy terapeuta też na takie (zasługuje). Taką dygresję Wam tutaj wtrące, bo decydując się na terapię małżeńską trafiliśmy do terapeuty, który totalnie no nie przypadł nam do gustu i szukaliśmy kogoś innego, kogoś z większym doświadczeniem, bo po prostu jesteśmy takimi ludźmi, kogoś kto zjadł zęby (że tak powiem) na takich problemach małżeńskich i zdecydowaliśmy się właśnie pojechać – wrócić tam gdzie byłyśmy my z Zofią z naszą terapią małżeńską, do tej pani doktor. Ona po prostu ułożyła – znaczy ułożyła, my sobie ułożyliśmy, ale Ona pokierowała właśnie nas odpowiednio. Mój mąż był przeciwnikiem, że to nie jest potrzebne nam, natomiast ja chciałam spróbować, bo open mind (otwarty umysł) mocno. I słuchajcie skończyło się tak, że od tego czasu minęło już wiele lat, a mój mąż potrafi w rozmowie wspomnieć terapeutkę, że wtedy to się wszystko zmieniło. Nawet w tamtym tygodniu mi to powiedział, jak sobie rozmawialiśmy kiedy się to wszystko uspokoiło, ta relacja, że już się tak dotarliśmy po tych wielu latach i mówił, że wtedy właśnie ta terapia otworzyła mu oczy.

    Z.: W skrócie: DOBRA TERAPIA Z MĄDRYM TERAPEUTĄ jest przezajebistym prezentem, który możecie sobie dać sami sobie na całe życie. Zrobicie to w trakcie starań, ale to będzie procentowało dalej w Waszym życiu – więc totalnie TAK. Nie zrażajcie się, bo może tak być że pierwszy terapeuta, drugi terapeuta, trzecia terapeuta to nie będzie Wasz człowiek, to nie będzie Wasz vibe, i nie zrażajcie się też, że będziecie wychodzić z tego gabinetu i będziecie sobie myśleć: głupia baba, nigdy więcej do niej nie wrócę…

    A.: Albo po co to wszystko?

    Z.: “Głupie babsko, nigdy więcej tu nie przyjdę, moja złotówka już nigdy nie pójdzie na jej chleb”, a potem wracacie, pieniążki w ząbkach, proszę bardzo tu na chlebek – ja mam do przegadania to i to. I to jestem ja na przykład.

    A.: Bo zaprocentowało i było warte.

    Podsumowując Nasz podcast…

    Z.: No dobrze, możemy zrobić

    A.: A jeszcze masz coś?

    Z.: Mam, kurcze ale w sumie to już jest mniej istotne, bo ta terapia to taka już jest gruba klamerka.

    A.: Kaliber na zakończenie…?

    Z.: Z tym bym wolała zostawić ekipę do przemyślenia.

    A.: Pewnie tych rzeczy było o wiele więcej, które zostały być może pominięte. To też dajmy sobie na to miejsce.

    Jak zakończyć to mądrze?

    Z.: Ja bym dała ludziom zakończyć. My po prostu skończmy to, a niech Oni zostaną sobie ze swoimi myślami i pomyślą czy wydawanie kasy, i dysponowanie tym budżetem, który mamy jest rozsądny, i mądry czy warto przekierować środki procentowo trochę inaczej na przykład. Dajcie sobie czas, być może za jakiś czas… (czy jeszcze raz użyjemy słowa “czas” w jakimś zdaniu?) dojedziecie do innych wniosków, ale pomyśleć zawsze warto.

    Z tymi refleksjami zostawiamy Was do kolejnego podcastu.

    Miłego tygodnia.

    A.: Miłego

    Artykuł #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki.

    11.03.2025 | 10 min.
    Wiemy, że w PODRÓŻY STARAŃ, w którą wysłało Was życie, bardzo trudno dostrzec stale oddalający się cel. Towarzyszący jej ból o szerokim spektrum obejmuje Wasze ciało, myśli i relacje. Spoglądając na swój rozkład i plan podróży widzicie opóźnienia, przesunięcia… odwołania, a gdy stoicie W POCZEKALNI, to widzicie jak inni łapią kolejny pociąg do macierzyństwa. Dławiący strach niepłodności podaje Wam pomocną dłoń, proponując złudne poczucie zaopiekowania i bilet w drugą stronę z napisem “poddaj się”…

    Wiemy, że W POCZEKALNI ten strach bywa bezwzględny, ale wiemy też, że warto walczyć o swoją podróż. Bagaż w tej drodze uwiera i ciąży, ale jesteśmy tu po to, by pomóc Wam go dźwigać. Jesteśmy dla Was i z Wami, bo wierzymy, że W POCZEKALNI mimo, że ucieknie ostatni pociąg, lub ktoś inny wykupi płodny bilet przed Wami, to wciąż mogą wydarzyć się dobre rzeczy, o których nieustannie nam przypominacie, dając tym także nam siłę, by dalej budować Akademię Płodności.

    W POCZEKALNI, nowy format podcastów w Akademii Płodności to Wasze miejsce, który będą tworzyć Wasze relacje z podróży Staraczy.

    AKADEMIA PŁODNOŚCI – W POCZEKALNI

    Wasza droga do rodzicielstwa spisana w listach do nas

    Zosia: Dzisiaj przygotowałyśmy dla Was pierwszy odcinek z serii, która będzie nosiła nazwę “W POCZEKALNI”, i będziemy w nim odczytywać wiadomości od Was, więc ten podcast będziecie współtworzyć z nami, i to Wy będziecie narrację do niego tworzyć. 

    Bardzo czekamy na Wasze historie i postanawiamy o tym wspomnieć już na samym początku, bo chcemy, żebyście wiedziały, że to Wy macie z nami tworzyć ten podcast, więc jeśli poczujecie po odsłuchaniu tego odcinka, że chciałbyście coś przekazać światu, to my czekamy na Wasze wiadomości. I jeśli będziecie je do nas słać, to tytułujcie je tylko – właśnie do podcastu “W POCZEKALNI”, i my bardzo chętnie będziemy wybierać, któreś z nich i publikować je tutaj do odsłuchania dla innych. 

    Dzisiejszą historię tworzy jedna z Was, która chciałbyśmy żeby pozostała anonimowa, więc będziemy na potrzeby tego podcastu nazywać ją po prostu  STARACZKĄ. 

    Więc Staraczka, 30 sierpnia w 2023 roku pisze do nas tak…

    “Cześć dziewczyny. Piszę do Was nieco onieśmielona, że w ogóle podejmuję ten gest interakcji. Trafiłam na Wasze podcasty na początku sierpnia bieżącego roku, tuż po tym gdy odebrałam test beta – HCG o wartości 0, po drugim in vitro. 

    Znowu szok. Znowu niedowierzanie i sto pytań: dlaczego!? 

    Szukałam wtedy wspierających treści, aby ponownie dźwignąć siebie z podłogi, z tego bólu niepowodzeń i trafiłam na Wasz kanał.

     A były momenty gdy zastanawiałam się, czy jest sens w ogóle się podnosić. 

    Wasze podcasty ocieplały moje serce. Powolutku rozjaśniały dni i zachęcały do małych kroczków. Przesłuchałam kilka najnowszych odcinków, po czym stwierdziłam, że muszę zacząć słuchać od początku – chronologicznie. I przede mną jeszcze sporo odcinków. Wraz ze zdobywaną nową wiedzą, po zakupie e-booka 28 dni do płodności, szybko zaczęłam wdrażać w swoją codzienność Wasze tipy dietowe. Zrobiłam płodną szafkę z przyprawami. Upiekłam swój pierwszy chleb. Zakupiłam dobrej jakości oleje z czarnuszki z kwasami Omega 3, i GL A, produkuję soki pomidorowe dla mojego partnera. Polubiłam szakszukę. Już od kilku lat mięso nie gości zbyt często na moim talerzu, więc ryby i tak były moją codziennością do której przyzwyczaja się też mój partner, ale przede wszystkim wraz ze zaznajomieniem z Waszymi treściami, poczułam się częścią tej zbiorowości staraczek. Poczułam, że przynależę, że nie jestem w tym sama. Poczułam, że wszystkie moje najskrytsze myśli w temacie historii starania okazują się być współdzielone. Jestem pod wrażeniem Waszego projektu – jak szeroko i otwarcie podchodzicie do tematu starań. Ile w tym czystej miłości i autentyczności, a przede wszystkim subtelności opartej na Waszych własnych doświadczeniach. I ten bezmiar wsparcia, który rozdmuchujecie z czystą intencją. Nie do końca rozgryzłam całą Waszą formułę. Często wspominacie o listach od staraczek, zakładam, że mój list zakwalifikuje się do tej kategorii. 

    Mój status jest następujący: mam 38 lat, niepłodność idiopatyczą, niedoczynność tarczycy, hashimoto i podejrzenie endometriozy, drożne jajowody, histeroskopia wykazała liczne mikropolipy w jamie macicy i brak stanu zapalnego. Mikropolipy leczone były farmakologicznie. O dzieciątko staramy się z partnerem od ponad dwóch lat. W tym od ponad roku jesteśmy pod opieką specjalistycznej kliniki. Wartości nasienia mojego partnera zostały ocenione jako bardzo dobre. W klinice trzy razy dokonywaliśmy zmiany lekarza, co wynikało z braku zaufania do jakości ich pracy. Brakiem zainteresowania naszą historią i brakiem zaangażowania. 

    Nasz rachunek starań to: liczne miesiące niepowodzeń, dwie nieudane inseminacje, trzy próby in vitro. Pierwsza zakończona poronieniem w około 6 tygodniu, druga brakiem zagnieżdżenia zarodka i trzecia utratą zarodka po rozmrożeniu. 

    Nie mamy więcej zarodków. 

    Musielibyśmy przejść procedury in vitro od początku. 

    Wczoraj ponownie padłam na podłogę, bo to właśnie wczoraj gdy byłam w pełnej gotowości do trzeciego transferu otrzymałam telefon z kliniki, że niestety zarodek nie kwalifikuje się. A już myślałam, że tym razem, ta historia zakończy się inaczej. Czułam, że moje ciało i serce jest tak bardzo gotowe, że bardziej się nie da. Dbam o dietę i aktywność fizyczną. Mam zaopiekowaną sferę psychiczną, bo od 4 lat jestem w psychoterapii. Od niedawna korzystam z pomocy terapii uroginekologicznej. Odsunęłam na bok stresogenną pracę, ale zaraz muszę do niej wrócić. A przede wszystkim mam wspaniałego partnera z którym łączy nas niezwykła więź. Na taką relację czekałam całe życie i stąd tak późne starania o ciąże, bo zawsze zależało mi na świadomym macierzyństwie, gdyż pochodzę z dysfunkcyjnego domu. Myślałam, że to kwietniowe poronienie i lipcowe cierpienie, gdzie zarodek nie zagnieździł się przekształci się w sierpniowe happy-end. 

    Od wczoraj znowu nie wiem, jak mam się podnieść. Znowu paraliżuje mnie strach, czy będzie dane mi zostać mamą. Stresuje mnie mój wiek. Jakbym ścigała się sama ze sobą. Nie rozumiem, dlaczego nie udaje mi się zajść w ciąże. Nie rozumiem tej całej idiotycznej niepłodności. Nie rozumiem dlaczego mnie to spotyka. Wciąż zastanawiam się, co powinnam jeszcze zrobić. Być może powinnam zbadać obszary, które często są u Was poruszane, czyli PCOS i insulinooporność. Jakie szanse daje nam kolejne in vitro? Czuję jakby mój ból przysłaniał mi wszystko. Z osoby bardzo empatycznej stałam się nieczuła na problemy innych. Gdy moja przyjaciółka dzieli się swoim cierpieniem, ja czuję jakbym była za szybą, jakbym słyszała ale nie słuchała innych. Czuję pustkę, która pochodzi z mojej pustej macicy.

     Mój list kończę tlącą się nadzieją, bo wciąż wierzę, że zostanę mamą. Nie wiem co zrobicie z moim listem i czy go w ogóle przeczytacie, ale samo zaadresowanie tych słów w miejsce, które mieści tyle zrozumienia dla tematu niepłodności, od tych mrocznych odsłon, po te cudne historie, daje mi dzisiaj ukojenie.

     Z pełnym wzruszeniem pozdrawiam. 

    Staraczka”.

    Ania: W międzyczasie wymieniłyśmy jeszcze kilka wiadomości. Dziękując jej między innymi z to, że zechciała podzielić się taką swoją intymną częścią swoich myśli najskrytszych, które zamieszkały w niej. 

    5 kwietnia 2024 roku dostałyśmy od niej kolejnego maila, który brzmiał tak:

    “Cześć dziewczyny.

    Minęło trochę od mojego ostatniego listu do Was, w których dzieliłam się moimi smutkami, niepowodzeniami w drodze do macierzyństwa, a dzisiaj piszę z innego miejsca. 

    Z miejsca pełnego szczęścia. Jestem mamą, bo noszę w swoim brzuszku 18 tygodniową cudowną dziewczynkę. Moją Córeczkę. I bardzo chciałam w końcu podzielić się z Wami tą wiadomością. Stosowałam Waszą dietę, słuchałam podcastów i wiem, że Wasze dobro również przyczyniło się do mojej szczęśliwej sytuacji. Bardzo Wam dziękuję za tamte odpowiedzi. Cieszę się ciążą dosłownie w każdej godzinie. Sprawia mi radość każdy objaw ciąży, nawet ten nie do końca przyjemny. Uwielbiam wizyty na których mogę zobaczyć moją córeczkę i usłyszeć jej serduszko. 

    Jestem najszczęśliwsza. 

    Życzę Wam samych pomyślności. 

    Staraczka”.

    A 5 grudnia otrzymałyśmy zdjęcie, bo ta malutka dziewczynka, we wrześniu urodziła się siłami natury. Pojawiła się na świecie i w życiu – już tak namacalnie – swoich rodziców. Dostałyśmy w grudniu (pytając się – jak się miewają) piękne zdjęcie, jej malutkiej córeczki, która uśmiecha się tutaj do nas ze zdjęcia – na które właśnie patrzę.

    Z.: A jej mama napisała, że pisząc tę wiadomość do nas, tuli ją przy piersi. I to jest najpiękniejsze zwieńczenie tej historii. Dziękujemy bardzo, za pokazanie tej drogi, bo te maile dzieli aż i tylko po kilka miesięcy. Natomiast są to tak bardzo, bardzo różne osoby, mimo, że to dokładnie ta sama osoba i tak bardzo różne światy, że nawet jeśli dzisiaj znajdujecie się w tym pierwszym, i to ten pierwszy Was definiuje, to wiedzcie, że to WSZYSTKO MOŻE SIĘ ODMIENIĆ, ŻE JUTRO MOŻE TO BYĆ ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT. Za co bardzo mocno trzymamy kciuki.

    Ściskamy Was. 

    Czekamy na Wasze historie i życzymy Wam dobrego tygodnia. 

    Akademia Płodności – W POCZEKALNI

    Artykuł #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki. pochodzi z serwisu Akademia płodności.
  • Akademia Płodności

    #096 Zazdrość, a może jednak nie?

    25.02.2025 | 28 min.
    Wśród wielu uczuć, które dotykają w czasie starań dość często pojawia się zazdrość. W emocjonalnym gradobiciu czujecie, że szarpiąc się bezwładnie toczycie walkę ze sobą, ale i z otaczającym Was światem. Tracąc poczucie bezpieczeństwa toniecie w zazdrości, gdy gdzieś obok, ktoś zgarnia kupon, który mieliście nadzieję, że był przeznaczony Wam.

     Czy potrafimy zaakceptować swoje JA, gdy dopada nas zazdrość? Dlaczego tak bardzo boli nas szczęście innych? Jak zaopiekować się swoją zazdrością? I jak docenić to, że jesteśmy prawdziwi?

    Zapraszamy do wysłuchania podcastu.

    Plan odcinka

    Zazdrość – siła uczucia

    Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje

    W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy

    Równanie i definiowanie zazdrości gdy boli

    Równouprawnienie w uczuciach, by mieć prawo do zazdrość

    Transkrypcja podcastu AKADEMIA PŁODNOŚCI

    Zosia: Dobra. Zobaczymy, czy tu nie ma żadnych przesterów…

    Ania: Ja muszę się podnieść.

    Z: Wiesz, że mój głos jeszcze nie doszedł do końca…

    A: A nie pomyślałam nawet o tym…

    Z: Będzie słychać. Ty już jesteś przyzwyczajona do tego, że ja w ogóle mówię.

    A: Jeju… faktycznie. Ja w ogóle nie pomyślałam o tym, że Ty tak gadasz.

    Z: Bo już jak odzyskałam >głos< to już trzeba chociaż trochę pogadać.

    Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

    ZAZDROŚĆ – siła uczucia

    A: Dzień dobry w kolejnym podcaście.

    Z: Dzień dobry. Będziemy poruszać dzisiaj temat ZAZDROŚCI i tego CZY POZWALAMY SOBIE JĄ CZUĆ, czy jednak nie, bo nas ONA zawstydza, albo same się nie poznajemy w tym obliczu-tak nowym. Mamy takie wrażenie, takie poczucie, że w pewien sposób już ten temat poruszałyśmy kiedyś, ale otrzymałyśmy tyle odpowiedzi na niego i tak bardzo on Was poruszył, że stwierdziłyśmy, że jeszcze spróbujemy go chapsnąć z drugiej strony. Skoro takich treści potrzebujecie, a one są dla Was wspierające, to mamy nadzieje, że po odsłuchaniu tego odcinka też poczujecie się zrozumiane, i wysłuchane, i same siebie lepiej może zrozumiecie dzięki temu.

    A: Tak, bo uczucie zazdrości, to jest jedno z wielu uczuć, które towarzyszą >staraniom<. Natomiast ono jest bardzo intensywne podczas starań. Ono jest tak intensywne, że wręcz czujecie zazdrość, która fizycznie ściska Was w żołądku, zaciska się krtań, serce bije mocniej, pocą się ręce, czujecie jak dosłownie nie możecie ustać. To uczucie zazdrości jest tak silne, że czujecie je fizycznie w swoim ciele. 

    Z: Wyobrażam sobie, że to nie tylko nas dotyczyły te uczucia, kiedy dowiadując się o ciąży, przyklejałaś uśmiech nr 5 i wycedzałaś przez zęby “gratuluję” z tym właśnie uśmiechem – piąteczką, a tak naprawdę w środku czułaś, że Cię rozrywa i chciałaś uciec jak najszybciej, gdzieś się skryć w swoją norkę. 

    A: Poza tym jeśli zobaczyłaś kiedyś zdjęcie USG i poczułaś, jak ściska Cię w żołądku, to ten podcast będzie dla Ciebie. Jeżeli zdarzyło Ci się uśmiechnąć i powiedzieć “gratulacje”, a w środku miałaś ochotę uciec i płakać, to też ten podcast będzie dla Ciebie.

    Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje 

    Z: Wpadłyśmy na taki pomysł, żeby to był taki bardziej Wasz ten podcast, nie tylko naszymi dwoma głosami – wpadłyśmy na taki pomysł, że przed nagrywkmi zapytamy Was na IG: 

    Co czujecie, kiedy to ktoś inny ogłasza ciąże, a Wy wciąż czekacie? 

    Jakie są Wasze odczucia?

    Teraz, żebyście to Wy też współtworzyły z nami ten odcinek, postaramy się odczytać kilka z nich, bo jest ich naprawdę bardzo dużo i bardzo pokrywają się ze sobą, co też pokazuje, jak bardzo te nasze niepłodne głowy w staraniach są podobne do siebie i jak bardzo z podobnymi kamieniami w naszych plecakach życiowych się mierzymy, niosąc je przez żyćko. Odczytamy część z nich anonimowo… 

        “Chce mi się płakać i czuję zazdrość”

    A: “Smutek i żal, że mi się nie udaje, chociaż tak bardzo tego pragnę i robię wszystko, co mogę”.

    Z: “Niesprawiedliwość, zazdrość, złość, żal, smutek i poczucie, że nigdy nie będzie dane być mi mamą”.

    A: “Emocje, których nie chcę czuć”.

    Z: “Zastanawiam się, co dalej… co dalej robię albo robimy nie tak”.

    A: “Poczucie niesprawiedliwości, choć wiem, że nie powinnam”.

    Z: “Kolejne rozczarowanie i zadawanie sobie pytań – czemu nie ja. Czuję smutek, swoją porażkę i niechęć do osoby ogłaszającej ciążę”.

    A: “Smutno, pomimo, że cieszę się, że komuś się udało. To w głębi jest ten smutek”.

    Z: “Wstydliwe uczucie – poczucia niesprawiedliwości i zazdrości. Wracają przykre wspomnienia”.

    A: “Czyli znów ktoś wygrał życie, a ja nadal nie. Czuję się znów przegrana”.

    Z: Wasze odpowiedzi, ich mnogość i często taka braterskość w tym wydźwięku, pokazują, że jest to temat, (chociaż często nie chcemy się do tego przyznać), który dotyczy wielu z nas. Pamiętamy same – Ania zaraz opowie Wam swoje wspomnienia z czasów starań – ale pamiętamy obie, jak trudne to było. Z jednej strony czujesz tę zazdrość, ale z drugiej wiesz, że nie jesteś takim Zosinkiem, bo przecież nie życzysz nikomu źle, i w sumie nigdy taka nie byłam, więc dlaczego teraz ta niepłodność generuje we mnie takie uczucia, gdzie sama siebie nie rozumiem, i sama siebie nie poznaję. To było takie słabe. Trochę żałuję tego, że ja sobie nie pozwalałam na te uczucia i dzisiaj mamy dla Was trochę innych rad, ale ja próbowała to w sobie zanegować, i nie lubiłam tej części Zosinka w sobie.

    A: Bo zazdrość być może wiele też tutaj słuchaczek łączy z tym właśnie poczuciem, że życzysz komuś źle, a to nie jest to uczucie. Można czuć zazdrość i nie życzyć nikomu źle. My to mam wrażenie, że w rozmowach z Wami, ta zazdrość właśnie jest powiązana z tym, że to jest równe z życzeniem “źle”, a tak nie jest. To tylko oznaka tego, że… no właśnie o tym będziemy rozmawiać: co oznacza ta zazdrość. Na pewno nie jest uczuciem, że komuś życzymy, żeby tego >co posiada lub osiągnął< nie miał.

    Z: Tak to na pewno, tylko jestem wstanie to zrozumieć teraz – z perspektywy siebie, już po tych staraniach, bo to był takie >uczucie<, że jestem wkurzona, że ona jest w ciąży, bo wkurza mnie to, że ona jest, tylko, że ja nie jestem. Zaraz odbijam to lusterkiem do siebie. Nie życzę jej źle, bo ona jest w ciąży, tylko kurde to znowu nie ja w tej kolejce. 

    W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy.

    A: Przytoczymy teraz kilka historii z naszego życia, jak my reagowałyśmy,  bo ta zazdrość również towarzyszyła i nam. Jak reagowałyśmy na to, kiedy dowiadywałyśmy się o ciążach z różnych gron znajomych. 

    Rozróżnimy to sobie nieco.

    Ja podczas starań byłam na takiej grupie forumowej wsparcia gdzie starałyśmy się razem, dzieliłyśmy smutki, śmiałyśmy się, dzieliłyśmy się też tym co robiłyśmy z wolnym czasem. Ta mini społeczność, to było kilka dziewczyn – to nie było takie forum, jak są teraz grupy na FB, gdzie osób jest więcej. To był taki wątek dziewczyn, których nie było dużo i byłam bardzo zżyta z tymi dziewczynami, więc jak któraś z nich zachodziła w ciąża, to ja po prostu… (tak właśnie z Zosią wcześniej rozmawiałyśmy), ta zazdrość mi towarzyszyła, ale w takim malutkim procenciku. Jej było naprawdę niewiele i raczej to była taka: okej ja wiem ile Ty wystarałaś się, ile Ty przeszłaś. Wiedziałam, że w przypadku jednej z dziewczyn – poroniłaś cążę, masz niedrożne jajowody, znałam całą Twoją historię i super… Później nasza relacja była taka, żę dziewczyny wysyłały sobie >zdjęcia< testów ciążowych na tym naszym forum, dzieliły się pierwszymi >zdjęciami< USG. Nie było czegoś takiego, że je odcinałyśmy i koniec, nie masz tu wstępu. Tylko żyłyśmy w tym takim kółku, że była część osób, która się starała, i to było na maksa wspierające z ich strony. No i właśnie tam potrafiłam się odnaleźć. Tam nie czułam takiej zazdrości, jaka towarzyszyła mi kiedy ktoś z moich bliskich osób, gdzie żyliśmy sobie poza światem internetowym – na żywo, gdzie każdy miał swoje określone role społeczne spełniać, typu: córka, żona, teściowa – różne były te powiązania i wtedy, jak dowiadywałam się o ciąży z określonego kółka ludzi, to zwalała mnie ta informacja z nóg. Zwalała mnie tak z nóg, że ja musiałam ją przepłakać, nie potrafiłam sobie poradzić z tymi emocjami, wręcz na początku karciłam siebie za nie, bo właśnie zazdrość równa się.. dla mnie było to jednoznaczne, że ja życzę źle tej osobie, która zaszła w ciąże, a to nie było z tym >związane<. Ja walczyłam jeszcze z tym, bo >myślałam< czym ja się staję w ogóle, jestem jakimś potworem, że ja czuję tę zazdrość? Zamiast pomyśleć sobie i totalnie nazwać inaczej te emocje, że to wcale nie było na równi. Po prostu ta zazdrość była i >trzeba było< jakoś zaopiekować się tym uczuciem, i spojrzeć totalnie innymi oczami niż wtedy patrzyłam na to moje cierpienie.

    Z: Ja mam inne wspomnienie, inne przemyślenia, ale to też chyba wynika z tego, że ja w ogóle w innym miejscu zaczynałam te moje starania, bo zdecydowałam się o nich opowiedzieć publicznie więc trochę ta moja droga była publicznie możliwa do obserwacji – byłam taka na świeczniku. Mam też takie przemyślenie, że w tym kółku wzajemnej adoracji o którym mówisz, czyli taka grupa wsparcia gdzie możesz być anonimowa, możesz być jakimś nickiem, gdzie jesteś realną osobą i możesz pisać totalnie szczerze, ale chcesz pozostać anonimowa, bo poruszasz bardzo delikatne tematy, które nie dotyczą tylko Ciebie, ale też Twojego męża, więc możesz się czuć bardzo zżyta z osobami, których tak naprawdę nie znasz, nie wiesz kim oni są, to nie jest Twoja psiapsi z bloku do której wpadasz na kawę, i ona fizycznie, namacalnie jest, a ci ludzie naprawdę istnieją. Więc wyobrażam sobie taką sytuacją, że jesteśmy w tym kółku tych lasek, które bardzo się rozumieją więc te “ogłoszenia ciąży” nie bolą tak bardzo, bo teoretycznie jedziemy na tym samym wózku, ale sukcesywnie co jakiś czas, ktoś z tego kółeczka odpada i jest nas coraz mniej. Rozumiesz? I w końcu jest taka sytuacja, że zostają dwie i z tych dwóch prawdopodobnie zostanie ostatnia. 

    W ogóle cała ta rozkmina nasza – miałyśmy też takie przemyślenia z Anią – kręci się wokół, że żadna z nas nie ma gwarancji tego, że kiedykolwiek się uda. I chyba o to w tym wszystkim chodzi. Ja jestem pełna przekonana, co do tego, że gdyby każda z nas wiedziała, że się to uda, tylko po prostu prędzej czy później, ale finalnie będzie nas to więcej kosztowało, ale zostaniemy tymi rodzicami, tak w taki sposób, jak sobie to wyobrażamy, to łatwiej by to było znieść. Dzieliłby tylko czas do osiągnięcia tego celu, a tutaj nikt z nas nie ma takiej gwarancji i nikt nigdy nie może założyć, że każdemu z nas się uda. Więc to jest chyba takie trudne przy zazdrości i dodatkowo ją wzmaga, że…

    A: Niepewność boli.

    Z: Tak, bardzo. I jest taka, napędza czarne myśli. Ja np. bardzo sobie wyobrażałam, że to ja właśnie będę tą ostatnią z kółeczka, i jeszcze będą to widzieć ci nasi obserwatorzy wszyscy. Miałyśmy też taki podcast i takie pytanie: jak Wam się pracowało, gdy jedna z Was miała dzieci a druga nie – też o to nas pytałyście i tą, która dzieci >wtedy< nie miała byłam ja. Trochę tym pytaniem postaram się nawiązać do anegdoty z mojego życia, bo w moim otoczeniu jeśli chodzi o ciąże, ja miała tak, że jeśli czułam się zaproszona do tego świata, czyli jeśli ktoś wiedząc to (w pewnym momencie to już było tak bardzo wiadome, od kiedy zaczęłam tworzyć Akademię i mówić o tym, i w necie, i w realu, i wszędzie, że my się staramy, i bardzo chcemy, ale się nie udaje), ktoś miał na tyle w sobie siły, odwagi, i poświęcił mi cząstkę swojego serca, która wiem, że na pewno, wiele go kosztowało, bo taka rozmowa z kimś, kto wciąż oczekuje tego – uświadamia, że właściwie Tobie spełniło się to jego największe marzenie, jest bardzo trudne. Ale w momencie w którym miałam takie osoby, które zapraszały mnie same do tego świata i mnie o tym informowały, to potrafiłam się cieszyć tą ciążą, i cieszyć się z tych dzieciaczków, i akceptować. Natomiast jeśli ktoś wiedział, bo miałam też takie osoby w najbliższej rodzinie (niestety), że my się staramy i byliśmy takim ostatnim bastionem nie poinformowanym, i oni liczyli na to, że po prostu ktoś ich wyręczy z tego, i dowiemy się jakoś, to zawsze było dla mnie bolesne. Wtedy było mi bardzo trudno się z tym pogodzić, wtedy to uczucie zazdrości, że nawet nie możemy liczyć na szczerość z Waszej strony, na takiej zasadzie, że nie traktujecie nas jako partnerów do tej relacji. To takie są moje wspomnienia z tego czasu. 

    Takie mam też wrażenie, że dodatkowo te myśli złe i to takie Twoje poczucie wyobcowania, i właśnie poczucia tej złości, niesprawiedliwości i tego, że to znowu nie ty, na pewno jest napędzane tym, że poziom frustracji, poziom tego lęku, łez i tego takiego całego negatywizmu, który nas otacza w trakcie starań jest po prostu przeogromny i myślę, że to wzmaga dodatkowo te uczucia i one są dlatego tak też trudne do zaakceptowania, że to nie jest tak, że sobie żyjemy, jest fajnie i właściwie mamy the best time >najlepszy czas< w swoim życiu, tylko właściwie otacza nas zewsząd to pragnienie i ono po prostu wyłazi, nawet jak próbujemy się przed nim schować, to, i tak ono nas próbuje przechytrzyć, i wyjść z każdego zakamarka, więc to jest takie dodatkowo trudniejsze przy poczuciu tej zazdrości. Jestem pewna, że gdyby tego, takiego świata pozytywnego dookoła nas było więcej, to dałoby się bardziej od tego zdystansować, i złapać jakiś taki oddech, zastanowić się, zrozumieć, że teraz zazdroszczę ale nie jest to równoznaczne z tym, że źle życzę, a mi tego brakowało – takiego dystansu właśnie.

    Równanie i definiowanie zazdrości gdy boli

    A: Mi brakowało, żeby ktoś nazwał to, bo to jest trochę tak, że ja pokazuję mój ból i cierpienie, że ja wciąż czekam i zazdrość równa się – że ja cierpię, ja czuję uczucie straty, tęsknoty, ja to czuję. To jest we mnie.

    Z: Tak, dlatego super gdyby ten podcast miał taki wydźwięk, żeby Wy właśnie tutaj poczujecie to, czego nam brakowało i zrozumiecie to, że czasem czujecie ukłucie zazdrości albo nawet po prostu przeogromną strzałę zazdrości albo takie zalewające uczucie zazdrości, to nie czyni Cię złą osobą. To czyni Cię osobą (nazwijmy rzeczy po imieniu), która obecnie przechodzi coś trudnego, a to też jest normalne i jest w porządku, i masz prawo się tak czuć – nie powinnaś czuć z tego powodu jakiejś takiej odrazy do siebie, albo wręcz (tak, jak Ania mówi) – kim ja jestem w ogóle, czy ja jestem potworem. Nie, po prostu masz bardzo trudny moment teraz w swoim życiu – komuś obok spełnia się marzenie, o którym Ty również śnisz na jawie i nie tylko.

    A: Jedną z takich rzeczy, która może Wam pomóc w tym trudnym czasie i  momencie, w którym poczujecie zazdrość, jest to, że sobie na nią po prostu pozwolicie. Nie będziecie tego oceniać i nie poddawajcie tego ocenom. Dajcie jej być i traktujcie jak coś, co może być obecne w życiu Waszym, jako osób starających się o dziecko. Ta zazdrość będzie się przewijać, może się przewijać czasami mniej bądź bardziej, czasami będą to sytuacje, kiedy będzie Ci dobrze, bo właśnie Wasza relacja i to jakie macie zasoby pozwolą cieszyć się ciążami, tak jak Zosi. Ludzie którzy zapraszali ją do tego świata, to sprawiało i pozwoliło jej się cieszyć, u innych będzie wręcz przeciwnie. Każdy z nas jest inny, ale to co chcemy żeby w Was zostało, to to: pozwólmy jej >zazdrości< być, nie gańmy się za to, że ona jest. Tak, jak wiele dziewczyn tutaj w komentarzach na IG zostawiło nam tę informację, że czują zazdrość i czują w pewien sposób odrazę do tego uczucia – że jak to…?

    Z: Chciałyśmy, żeby ten podcast miał też pewne rozwiązanie. Oprócz tego, że chciałyśmy Was ostrzec przed tym, czego my nie dostrzegałyśmy i dać Wam naszą perspektywę po latach, to wyciągnąć też z tego takie… Właśnie nie chcę powiedzieć, że rozwiązanie, bo to na pewno też nie będzie rozwiązanie dla każdego, plus to nie jest też tak, że Wy słuchacie sobie jakiegoś podcastu, dwie laski powiedzą Ci: słuchaj, mam proste cztery tipy dzisiaj na to, jak poradzić sobie z zazdrością i Wy tylko wprowadzicie te cztery tipy i po prostu łał, od jutra, że życie wygląda totalnie inaczej i przestajecie zazdrościć. Nie. Sory, ja bym bardzo chciała mieć takie moce, bo to byłoby pięknie i w ogóle bym była wtedy naprawdę człowiekiem “gitem,, gdybym mogła pomóc Wam tak bardzo, ale nie jestem w stanie. Chcę też żebyście nie oczekiwali od siebie przede wszystkim tego, że da się to tak odmienić diametralnie o 180 st., tylko po prostu bardziej siebie zrozumieć i szukać takich malutkich promyczków tej codzienności, które chociaż na moment odciągną Was od tego – takiego wpadania w to kłębowisko czarnych myśli, które będą się nakręcać. Wydaje mi się, że zrozumienie samej siebie i pozwalanie sobie na to, że to jest OK, to jest w ogóle klucz do sukcesu w tym temacie. Chciałabym się cofnąć w czasie, albo móc puścić sobie kiedyś taki podcast, albo pogadać sobie z kimś kto mi powie: to jest spoko, to jest totalnie normalnie, co czujesz i masz prawo tak czuć. Co więcej, to nie sprawia, że jesteś złym człowiekiem Ziomuś. Jesteś po prostu prawdziwym człowiekiem i tak naprawdę to nie te emocje, które czujesz Ciebie definiują, tylko sposób w jaki próbujesz je nazwać, próbujesz sobie z nimi poradzić, próbujesz jakoś do nich podejść, ugryźć, i zrozumieć. To bardziej jest istotne w tym wszystkim.

     Przypomina mi się też, coś co nie do końca jest z mojej bajki, natomiast może będzie z Waszej, bo ile ludzi, tyle sposobów. Kiedyś w naszym podcaście gościłyśmy Dżastę. Dżastę, która opowiadała o tym, że jej tipem, jej sposobem na to, jak wyrwać się z tych szponów niepłodności, żeby jej ta otchłań rozpaczy i tego właśnie przeżywania, żeby jej nie wchłonęła, po prostu dawała sobie (tylko nie pamiętam, jaki to był przedział czasowy – pamiętasz Aniusia?).

    A: Nie, nie przypominam sobie…

    Z: Czy to była godzina dziennie? Pół godziny dziennie – nie pamiętam. 

    A: W określony czas.

    Z: Chodziło o to, że ona po prostu w ramach czasowych zamykała ten moment w którym pozwalała sobie na to, żeby być smutną.

    A: I to jest dziwne…

    Z: To też jest nie z mojego świata, bo ja chciałam czuć ciągle TO.

    A: Dokładnie…

    Z: To mnie definiowało wtedy.

    A: Mi by było trudno odciąć się od smutku, natomiast potem wiemy, że jesteśmy różni i po tym podcaście odezwały się do nas dziewczyny, które skorzystały z tego, i którym to pomogło. Więc może są tu też słuchaczki, bądź słuchacze, którym właśnie określone ramy i ta metoda Dżasty, pomogłaby im przeżyć ten smutek, i takie właśnie chwile na wypłakanie tego wszystkiego. A później – ok, otrzepanie się i mam teraz siłę na coś, co pozwoli mi teraz odciąć myśli.

    Z: Może… Dokładnie… To też nie jest z mojego ogródka, bo w moim ogródku były sadzone tylko kwiatki rozpaczy, żalu i właściwie taplanie się z tym i w ogóle, jak sobie wyobrażam sobie ten czas – np. pierwszy dzień okresu, gdzie ktoś mi powiedział: dobra Zosin, dzisiaj możesz przez pół godziny płakać, to bym sobie powiedziała… ła, pół godziny to ja sobie mogę nie płakać, i tak możemy odmienić Twoje ramy czasowe, ale potem, tak sobie pomyślałam, że w tej radzie od Dżasty jest naprawdę dużo mądrości tylko nie wiem na jaki moment w Waszym życiu ta rada trafi, ale jeśli…

    A: Może też na jaki dzień, bo to też jest wszystko tak bardzo zmienne. Wiesz, ja nawet teraz sobie myślę tak, jak wyglądały moje dni okresu, kiedy ja szłam, kiedy było ciepło i wyszłam na balkon, i miałam sobie rytuały opłakiwania na tym balkonie siedząc, a może gdybym zaproponowała mojemu mężowi: dobra, czas się ogarnąć, chodź gdzieś się przejdziemy, to już 30 minut >spaceru< sprawiłoby… 

    Z: Tak, to prawda mimo, że np. w momencie mówienia tego do Twojego męża wcale nie czujesz, że masz na to ochotę…

    A: Oczywiście, że tak. Ja bym w ogóle nie miała ochoty na ten spacer, ale wiedziałabym, że to jest coś, co da mi o wiele więcej, może spędzimy czas i polepszy mi się nastrój. Jakkolwiek. 

    Z: Nie masz nic do stracenia… 

    A: Tak, dokładnie. 

    Z: Ale możesz wrócić z tego spaceru i powiedzieć… dobrze, że wyszliśmy.

    A: Mogę siedzieć na tym balkonie i dalej płakać sobie, i myśleć, że ta wina na endometrium, a możemy się przejść po prostu na spacer, i zapytać się co u Ciebie.

    Z: I też nic nie tracisz, że jak wrócisz i dalej będziesz czuła, że dalej chcesz wyć, bo to jest właśnie Twój vibe, i nie udało się, przynajmniej podjęłaś próbę, ale może najdzie taka refleksja, wchodzisz do domu, czujesz, że złapałaś trzy głębokie oddechy, i mimo, że to nie jest fantastyczny dzień z Twojego życia w tym momencie, i dalej czujesz przygnębienie, i smutek, to może chociaż te trzy procenciki jest lepiej i powiesz: kurcze, fajnie, że wyszliśmy, nie? 

    Nawet jak sobie po prostu szliście razem, to zawsze to jest jakiś sposób, więc do tego Was bardzo zachęcamy, to trochę też jest taki klimat i vajbik PROJEKTU ŻYĆKO, takiego projektu, który stworzyłyśmy na kanwie tego, co zwaliłyśmy w planszy naszego życia, bo ten poziom niestety obydwie zaniedbałyśy, też nie mogąc złapać chyba takiego dystansu do tego, bo my z okresu starań niewiele pamiętamy. Prawda? Ja nie pamiętam wiele poza pracą, bo uwielbiałam się zamknąć w pracy tak, żeby wracać z niej i po prostu padać, i musieć wstać kolejnego dnia i znowu mieć załadowanych pacjentów od rana do nocy, bo to było wspaniałe, i może jeszcze zapisać się na jakieś kolejne studia, ale nie dlatego, że czujesz, że masz ochotę na kolejne studia, tylko po to, żeby to było zabicie czasu. Takie straszne, trudne szamotanie się gdzie zaniedbywałam bardzo dużo rzeczy w swoim życiu i po to właśnie wymyśliłyśmy PROJEKT ŻYĆKO o którym Wam przypominamy, czyli takie celebrowanie małych rzeczy, które ciągle czekają na kolejny zakręt, na jutro, bo przecież za chwilę się uda i właściwie to rzeczy o których marzę, albo chociaż trochę sprawiają mi radość – odkładam – a może spróbować złapać jakąś zajawkę, która gdzieś tam głęboko się tli tylko nie macie dla niej troski, ani takiego ciepła, żeby się nią zaopiekować. Może chcecie się nauczyć szydełkować, może chcecie pójść na kurs fotografii, może chciałyście nauczyć się robić paznokcie. To może być wszystko, np. kiedy ostatni raz byłaś na jakiejś takiej luźnej kawie z psiapsi… btw tą psiapsi możesz być sama, kiedy ostat raz zabrałaś się do kina, żeby spędzić sobie fajnie czas. To są takie rzeczy o których zapominamy, a przypominamy Wam o tym, bo też wiecie, wtedy często  w okresie starań wszystkie środki idą na leczenie niepłodności, więc np. takie marzenia, jak podróżowanie, odchodzą na dalszy plan… no wszystko odchodzi na dalszy plan, bo czekamy na spełnienie jednego marzenia. A my Was bardzo zachęcamy do tego, żeby poświęcić chwilę na refleksję, czy może jednak nie spróbować dwutorowo spełniać tych rzeczy, nie rezygnując z jednego i drugiego, tylko starając się to jakoś połączyć. Wtedy to życie nie ucieknie tak przez palce stracone… to nie jest stracone, poświęcone tylko tej walce i staraniom. To chcemy powiedzieć przez to, że można skupić się na małych rytuałach, które Wam przypomną o tym, że to Wasze życie to coś więcej niż tylko starania, a na pewno tak jest, tylko to czasem po prostu potrafimy zakopać, bo tak się zapędzimy w tym wszystkim.

    Równouprawnienie wśród uczuć, by mieć prawo do zazdrości

    Zbliżamy się powoli do końca, bo nasze wypisane podpunkty się wyczerpują i właściwie temat mamy wrażenie, że też powoli… chociaż to jest temat rzeka. Mamy nadzieję Was też zaprosić do tego dialogu. Jedną z takich rzeczy, którą jeszcze bym chciała żebyście przemyśleli, czy nie warto się nad tym pochylić… chodzi o to… news-ów >wiadomości< o tym, że ktoś jest w ciąży, nie możecie zrobić skip >przeskocz< i po prostu ich pominąć, bo one pewnie będą Was spotykały wszędzie, czy to w necie, czy to w życiu, one po prostu będą – natomiast nie musicie, jeśli czujecie, że Was to męczy, że to jest ponad Wasze siły, uczestniczyć w rozmowach o dzieciach, uczestniczyć w rozmowach o przebiegu ciąży. To jest naprawdę bardzo w porządku, żeby w delikatny sposób wtedy powiedzieć: sory, ale jest dla mnie bolesny temat. Postawić taką granicę, która sprawi, że ta poduszka taka ochronna wokół Was będzie szersza jeszcze bardziej, że tak bardzo Was to nie poobija. To, że zatroszczycie się o Siebie w ten sposób też jest bardzo w porządku. Zwłaszcza jeśli potem trudno się do takich sytuacji zdystansować, rozdrapujemy je w swojej głowie na tysiąc kawałków, właśnie wtedy pojawia się to uczucie zazdrości, które się napędza taką kulą śnieżną. To jest naprawdę bardzo dojrzałe i bardzo w porządku, żeby wyznaczać granice, które dla Was w tym momencie obecnie są akceptowalne. To też zostawiam do rozwagi.

    A: Ja bym podsumowała ten podcast takim zdaniem, żebyście dały sobie prawo do wszystkich emocji, że one nie czynią Was złymi, tylko czynią Was prawdziwymi.

    Z: Pamiętajcie o tym, że Wasza historia trwa, ona jeszcze się nie skończyła. To, że dzisiaj jesteście po tej stronie, nie znaczy, że zawsze tak będzie. My naprawdę bardzo mocno trzymamy kciuki, że od wszystkich z Was dostaniemy niebawem takie wiadomości, w których się podzielicie tym, że: hej kiedyś słuchałam tego podcastu i w sumie czułam się tak, a teraz już mogę Wam napisać, że jestem po drugiej stronie. 

    Nie wiemy, co przyniesie przyszłość – no bo nie wiemy, ale jesteśmy pewne, że dzisiaj masz prawo czuć to, co czujesz i masz prawo dbać o siebie w tym całym procesie.

    Będziemy też bardzo, bardzo wdzięczne jeśli zechcecie poświęcić swój czas i podzielić się swoją historią, o tym, czy kiedykolwiek poczułyście uczucie zazdrości i jak to było u Was? Jak się w tym czujecie? Po której jesteście bardziej stronie? Który team >drużyna< Aniusia, czy Zosia bardziej do Was przemawia? Bardzo chętnie to przeczytamy i pamiętajcie też, że jeśli wiecie, że ktoś jest po tej samej stronie co Wy, a czujecie ten odcinek choć trochę Wam pomógł się zrozumieć, to prześlijcie tej osobie, która może dzisiaj tego potrzebować.

    A: Dziękujemy za wysłuchanie dzisiejszego podcastu. 

    Do usłyszenia w kolejnym.

    Artykuł #096 Zazdrość, a może jednak nie? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

Więcej Zdrowie i Fitness podcastów

O Akademia Płodności

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.
Strona internetowa podcastu

Słuchaj Akademia Płodności, Dietetyka oparta na faktach i wielu innych podcastów z całego świata dzięki aplikacji radio.pl

Uzyskaj bezpłatną aplikację radio.pl

  • Stacje i podcasty do zakładek
  • Strumieniuj przez Wi-Fi lub Bluetooth
  • Obsługuje Carplay & Android Auto
  • Jeszcze więcej funkcjonalności
Media spoecznościowe
v8.5.0 | © 2007-2026 radio.de GmbH
Generated: 2/6/2026 - 1:31:32 AM