Przejdź do treści
PodcastyFitnessLeszek Prawie.PRO

Leszek Prawie.PRO

Leszek Śledziński
Leszek Prawie.PRO
Najnowszy odcinek

115 odcinków

  • Leszek Prawie.PRO

    Jestem niedoszłym alkoholikiem. Uratował mnie rower (114)

    16.07.2026 | 14 min.
    Cześć. Tutaj Leszek. Niedoszły alkoholik. 

    Żyjemy w kraju ogromnym problemem.

    W Polsce każdego dnia do południa schodzi 500 000 małpek. Pół miliona małych butelek mocnego alko na śniadanie. To jest do południa. Bo do północy schodzi ich 3 miliony. Codziennie każdego dnia. 3 miliony tylko tych małych butelek.

    W Polsce Żabka nie otworzy się jeśli w danej lokalizacji nie ma szans na koncesję. No dobra są takie trzy.

    To mnie przeraża. Tak samo jak otyłość wynikająca nie tylko że złej diety, tylko z ilości wypijanego alkoholu każdego tygodnia, miesiąca, roku. Ile to jest kcal?

    Tak samo przykro mi jest obserwować jak wiele osób uprawia sport po to by pić i pije coraz więcej, bo uprawia sport. Zrobiłem o tym nawet cały film. O tej pułapce: Mogę dzisiaj wypić butelkę wina, bo dużo jeździłem. A jutro będę dużo jeździć, bo jutro też chcę się napić. Mówisz sobie, że Ci smakuje. A tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. O to, że alkohol jako jedyny daje Ci to uczucie zdjęcia łańcucha z klatki piersiowej. Rozluźnia Cię, poprawia nastrój. Resetuje stres i problemy skryte cholernie głęboko. Być może nawet te z trudnego dzieciństwa. 

    Dlatego uważam siebie za niedoszłego alkoholika. Niedoszłego tylko dlatego, bo kiedyś udało mi się wychwycić ten schemat, ale co najśmieszniejsze nie u siebie. 

    Wychwyciłem patrząc z boku. Wychwyciłem będąc w grupie kolarzy, gdzie każdy był na kacu. Każdy narzekał na upał, zmęczenie, ból, zły nastrój, ale nie dlatego, bo trasa była wyjątkowo skomplikowana, a temperatura wyjątkowo wysoka. 

    Kiedyś zapytałem siebie po co tutaj jestem. Dla roweru czy dla wieczorów przy browarach po każdym powrocie do bazy. Rano ruszając juz myślami byłem przy wieczornym stoliku 

    Jestem niedoszłym alkoholikiem też dlatego, bo spełniam wszystkie warunki osoby o wysokim ryzyku uzależnienia od alkoholu:

    Mam zdiagnozowane zaburzenia lękowe, jestem osobą o niskim poczuciu własnej wartości. Do tego alkohol w moim przypadku łagodzi przewlekły stres i napięcie. Niweluje stres. Po alkoholu jestem zabawny i pocieszny. Rozwiązuje praktycznie wszystkie moje codzienne troski. Nawet jedno piwo sprawia, że unoszę się te kilka milimetrów nad ziemią. Lubię to uczucie. Jest praktycznie takie samo jak po wjechaniu Bieńkówki na czas. 

    Jak każdy Polak żyję w otoczeniu gdzie jest powszechna kultura picia alkoholu podczas każdego spotkania. Każda uroczystość to alkohol. Chrzciny, urodziny, komunia, stypa. Kiedyś wjeżdzała wóda, teraz bardziej prestiżowe barwione alko, wina i piwo. Osoba niepijąca na imprezie to dzikus.  

    To nie jest nasza wina. To pewna tradycja i kultura. Zauważcie nawet, że nawet w serialu Rodzina Zastępcza na którym się wychowywaliśmy w każdym odcinku był alkohol. Po czasie to dla mnie też masakra. Chociaż może przesadzam?

    W kolarskiej kulturze też kiedyś było tak, że każda wspólna trasa to meta z piwkiem. Bo piwo jest mokre i zimne i dobrze wchodzi po wysiłku. Na szczęście zauważam, że wiele dobrego pod tym względem zrobiły napoje funkcjonalne i piwa zero. 

    Tylko nie wiem ile osób aktywnych sportowo potem samemu pije w domu. Ile osób narzeka na nadwagę wiedząc, że to nie wina złego jedzenia, tylko tego, że nie potrafią rzucić alkoholu. Sporo z nas nawet nie wie ile kcal ma butelka wina i deska serów. Co weekend. Każdy weekend. Dobra, dzisiaj poszaleję, od poniedziałku znowu dieta. W poniedziałek stajesz na wadze i znów wyrzuty sumienia. Masz wyrzuty, to więcej musisz jeździć, żeby zbudować deficyt na weekend.

    Nie chciałbym zostać źle zrozumianym. Nie mam nic do alkoholu. Nie mam nic do sprzedawania go na każdym rogu. Tak samo nie mam nic jak ktoś obok mnie zamawia piwo do kolacji. Bo ma taką ochotę. Tak samo jak lampka wina do obiadu czy prosecco na śniadanie jak u południowców.

    Mi chodzi tylko o regularność oraz schematy. O warunkowanie. O to, że zawsze grill to alkohol, zawsze dzień wolny od pracy to alkohol. Albo każdy wieczór to też alkohol. 

    Nie dlatego, bo piwo super uzupełnia kcal, bo wino super smakuje. Picie dla smaku to inne picie, niż picie pod pretekstem dobrego smaku czy dobrej okazji. Gdzie głęboko w sercu wiesz, że po wypiciu przyjdzie ten moment rozluźnienia. Przez całą trasę na rowerze myślisz o tym, że rozluźnisz się przy piwie. Albo przez cały wujowy tydzień w pracy myślisz, że w weekend przyjdzie okazja do napicia się. Tak. Ja kiedyś też czekałem. Szedłem ze skrzynką do sklepu specjalistycznego na wymianę butelek. 

    Dlaczego dzisiaj piję raz do roku a nie co drugi wieczór?

    Ja nie przestałem pić z dnia na dzień, chociaż miałem takie momenty, kiedy przez rok nawet nie powąchałem alko. Byłem wtedy na redukcji po zakupie drugiej szosy. Chciałem jak najszybciej zjechać że 103 na 79. Wiedziałem że alkohol jest największym niszczycielem wszelkich postępów. Ponieważ uruchamia u mnie jeszcze dodatkową gastro fazę. Nie tylko dlatego, bo do piwa idealnie pasuje pizza. U mnie wyłączały się wówczas wyrzuty sumienia, które wracały z podwójną siłą następnego poranka. Stąd ta zerojedynkowa decyzja z dnia na dzień. 

    Tak samo przestałem czytać o nowych piwach kraftowych i oddałem kaucyjną plastikową skrzynkę do sklepu bez wymiany na nową. 

    Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ta decyzja mi pomogła. OK, przez pierwsze 2 tygodnie było ciężko, psychicznie. Bo wiesz, że w domu nie czeka zimne piwo. Tak samo jak nie czeka czekolada i paczka chrupek. Jednak po 3 tygodniach ból zamienił się w lekkie pieczenie, a po 6 tylko szczypanie. Co prawda musiałem omijać alejki z piwami, ale jakoś dawałem radę. Po dwóch miesiącach widziałem zdecydowaną różnicę w wyglądzie i samopoczuciu. Miałem mniej dni z epizodami nerwicy lękowej czy depresji. Dziwnie lekko na sercu i na wadze. Okazało się też, że leki, które przyjmuję mogą lepiej działać gdy nie łączę ich z alko.

    Pamiętam też jak smakowało pierwsze po roku piwo. Jedno. Wypiłem jedno, a nie trzy. Bo była super okazja. Naprawdę wyjątkowa. 

    Gdy ustabilizowałem wagę to włączył mi się tryb oszczędzania kalorii. Zaczęło mi być szkoda pracy, którą włożyłem w to wszystko. Mówiąc o kaloriach mam na myśli nie tylko te z alkoholu, ale przede wszystkim te wynikające z późniejszej gastrofazy. Nauczyłem się też odmawiać, mówiąc wprost, że mojego bilansu energetycznego nie stać dziś na więcej. 

    Dlatego przez ostatnie 10 lat upiłem się tylko raz. Raz miałem kaca i to tylko po to, aby upewnić się w przekonaniu, że nie chcę więcej do tego wracać. 

    Zacząłem używać alkohol tak jak rzodkiewkę. Kiedy jadłem ostatnio rzodkiewkę? Nie pamiętam. Kiedy zjem kolejną? Nie mam pojęcia. Czy przeszkadza mi ktoś kto obok mnie je rzodkiewkę? Nie. Tak samo w sklepie może być cały dział z rzodkiewkami. Przejdę obojętnie. 

    Dzisiaj mamy lipiec w kalendarzu. Ostatnie dwa piwa wypiłem w grudniu. Taka statystyka powiela się u mnie już chyba drugi rok. Jakie odczuwam korzyści z niemal całkowitej abstynencji? 

    Zawsze jestem kierowcą. 

    Ale też mniej wydaję na taksówki

    A tak na serio, największe korzyści czuję na wyjazdach. Mam zarąbistą regenerację. O wiele lepszą. A w trakcie samej jazdy mniej narzekam. Lepiej śpię. Fizycznie czuję się naprawdę super. Na codzień i na rowerze. Doszedłem do wniosku, że na obozach piwo przyjmuje ujemny współczynnik regeneracji. Dokłada ciału dodatkowy wysiłek, psuje jakość snu, metabolizm, resyntezę glikogenu, obciąża wątrobę i przede wszystkim łeb. Nastepnego dnia już nie czuję się jak nadmuchana beczka. 

    Umiem odmawiać do perfekcji. Wszystko zrzucam na sport, zawody, cele. Przygotowuję się do czegoś tam, w związku z czym nie piję alkoholu. Jutro mam test FTP, za dwa tygodnie wyścig. Wszyscy to łykają i już bez pytania otwierają mi zerówkę albo colę. Nie boję się już braku akceptacji w grupie jak powiem, że nie piję.

    Mam też oczywiście mniejsze wahania wagi. 76/77 kg niezmiennie. Oszczędzam mnóstwo kcal, które mogę zagospodarować sobie inaczej. Zamiast alko mogę sobie kupić draże korsarze, chrupki orzechowe albo żelki. Raz w tygodniu walnąć kebsa. 

    Policz też ile kasy zostawiałeś w knajpach na alkohol. A ile w skali roku wychodzi na ten kupowany w sklepie. Można się śmiać, ale jeśli to jest tysiak rocznie, to można go przewalić na inne głupoty. Na ceramiczne łożyska suportu. 

    Jak można spróbować to ogarnąć samodzielnie?

    Pierwsze pytanie jest w pełni szczere. Do samego siebie. Pijesz bo Ci smakuje, czy pijesz dla uczucia gilgotania. Jak dla smaku to luz. Jesli dla odreagowania i często o tym myślisz, to znaczy, że gdzieś, kiedyś może być problem. Tym bardziej jeśli tak jak ja słowo PROBLEM masz wypisane na twarzy. To stwarza ryzyko w przyszłości. Wtedy możesz spróbować po prostu stopniowo zmniejszać ilość alko w Twoim życiu. Bo z dnia na dzień może być ciężko. 

    Gorzej jeśli zdarza Ci się pić do ocinki, do zerwania filmu. To jest ogromna czerwona flaga. Tak samo jak ukrywanie się z piciem czy robienie zapasów, by nigdy w domu nie zabrakło.

    Druga kwestia to motywacja. Jeśli masz do zrzucenia kilka kilogramów to wiedz, że tyje się nie tylko od jedzenia. W cholerę ludzi jest otyłych przez alkohol. Raz, że każde piwo to pół paczki chipsów, numer dwa to gastro. 

    Trzy to wpływ na formę. Zwłaszcza na wyjazdach. Po 4 dniu jazdy z imprezami co wieczór wysiadasz. Zamiast cieszyć się sportem walczysz tak naprawdę z kacem, który siada na nogi i głowę. Tak samo cofają alkoweekendy, albo alcoweekendowe wyprawy rowerowe. Stówka w kołach, ale czteropak piwka skasował aktywność. Pamiętaj też, że Twoi sportowi idole też mocno ograniczają procenty, bo to nie licuje z progresem formy.

    Cztery to jest naturalne pragnienie. Po rowerze lecisz do żabki po piwo, bo jesteś odwodniony. Wychlej litr wody przed wejściem do sklepu. bmwChce Ci się ogólnie pić, a nie pić piwo. 

    Kup sobie coś gazowanego, kostki lodu, albo najlepiej saturator i koncentraty napojów. Masz fanty, mirindy, lemoniady po kokardy i to bez kaucji. 

    Numer pięć to zmiana kulturowa w Polsce jak i społeczności kolarskiej. Coraz więcej osób po prostu nie pije. Dlaczego? Bo ktoś inny też nie pije. Jest to bardziej akceptowane, mniej antyspołeczne niż jeszcze 10 lat temu. Dziś na impreze czuję dumę, że jestem trzeźwy i wracam autem do domu. Tak samo dumnym można być w nowy rok, który zaczynam zarąbistym treningiem na trenażerze a nie z głową w misce.
  • Leszek Prawie.PRO

    Zapis mojej rozmowy w której to Tomasz Marczyński zadaje mi pytania odnośnie Prawie.PRO (113)

    08.06.2026 | 1 godz. 8 min.
    Rozmowy pod oknem – Podcast Velo Creation
    Kolarstwo amatorskie to temat dzisiejszego odcinka. Leszek Prawie.PRO wyjaśnia, dlaczego kolarstwo amatorskie uratowało mu życie i jak kolarstwo amatorskie leczy burnout.

    Kolarstwo amatorskie kojarzy się z wynikami, ale dla Leszka Śledzińskiego (Prawie.PRO) stało się drogą powrotną do zdrowia. W nowym odcinku serii „Rozmowy pod oknem” Tomasz Marczyński rozmawia z gościem, który udowodnił, że kolarstwo amatorskie to najlepszy lek na stres i wypalenie zawodowe.

    Leszek szczerze opowiada o cenie sukcesu w mediach, atakach paniki i momencie, w którym rower szosowy zastąpił dwie paczki papierosów dziennie. To głęboka rozmowa o tym, jak budować kolarstwo amatorskie oparte na autentyczności, a nie na pogoni za byciem zawodowcem.

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/
  • Leszek Prawie.PRO

    Jak od lat utrzymuję wagę po zakończonym odchudzaniu (112)

    27.05.2026 | 14 min.
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/



    Fragment książki Prawie.PRO Wygraj Siebie. Leszek Śledziński, Wydawnictwo ZNAK, 2022.

    Znam wielu ludzi. Tych, którym się nie udało i po czasie zmarnowali to wszystko, jak również tych, którzy od wielu lat konsekwentnie ważą tyle samo. Jak oni to robią? Po prostu nadal tkwią przy zbilansowanym jedzeniu, spożywając tyle kalorii, ile danego dnia zużył organizm. Tu można postawić kropkę i zamknąć ten temat. To oznacza, że nie tracą ponownie kontroli. Nie upajają się sukcesem. Oczywiście, wszystko jest dla ludzi. Alkohol, słodycze, hamburgery, frytki, pizza, a nawet te najgorszej jakości ciastka z dyskontu. Jednak musisz zyskać nad tym jakiekolwiek panowanie. Do tego nie można wpaść w schematy na linii sport–dieta, których ja doświadczałem. Czasami miałem tak, że po mocniejszym treningu albo zawodach pozwalałem sobie na dwa piwa. Następnie zauważyłem, że coraz więcej daję sobie przyzwoleń na te frytki, czekoladę, ponieważ intensywnie trenuję. W końcu spaliłem dzisiaj dodatkowo tysiąc kalorii. No dobrze, ale nie musisz tego uzupełniać w taki sposób. Bo może to się skończyć tak, że postanowię jeździć każdego dnia po sto kilometrów tylko po to, aby codziennie spożywać coś, czego nie powinienem.

    To pułapka, przez którą może się okazać, że sport w moim życiu jest tylko po to, aby pić i żreć. Dobrze, że na czas to wychwyciłem – ten nowy harmonogram, który moja głowa próbowała ułożyć, znów dając sobie te liczne nagrody, będące pokłosiem starego nałogu. Przy tym niezbędne jest weryfikowanie wagi. Kiedy piszę, aby robić to regularnie, to odzywają się niekiedy osoby mówiące mi, że jest to wpędzanie siebie w zaburzenia odżywiania i chorobliwe kontrolowanie wagi. Jednak mi nie chodzi o to, aby płakać nad każdym kilogramem, nie. Mam na myśli pewną dyscyplinę. Samokontrolę. Ja, mając siedemdziesiąt siedem kilogramów masy, wiem, że na następny dzień po ciężkim treningu oraz uzupełnieniu deficytu zanotuję siedemdziesiąt dziewięć.

    Znam swój organizm i mam pewną tolerancję. Jednak gdyby pojawiło się osiemdziesiąt cztery, wówczas biłbym na alarm. Z tego też względu wolę każdego dnia zadać sobie pytanie, czy oby nie przesadzam z kaloriami, niż obudzić się w przeszłości, wychodząc z założenia, że nie można być niewolnikiem tego kawałka elektroniki w mojej łazience. Umówiłem się sam ze sobą, że najlepiej wyglądam i czuję się przy określonej liczbie kilogramów, i tego się trzymam bez względu na święta, wyjazdy, rocznice, zawody, smutek czy wakacje. Korzystam ze wszystkich dobrodziejstw zaopatrzenia sklepowego, jednak bardzo staram się nie przesadzać w żadnym kierunku. Jem i piję wszystko, co jest legalne. Jednak za każdym razem pozostawiam ten lekki niedosyt. To delikatne czasem cierpienie jest szacunkiem dla przeszłego wysiłku. Po prostu cholernie byłoby mi tego szkoda. Nawet jeśli ktoś oceni to jako zaburzenie odżywania albo wpędzanie w nie innych. Zatem czy wypicie trzech piw zamiast pięciu, brak cukru w kawie, napój light albo notowanie swojej wagi co drugi dzień to choroba czy dbanie o swoje ciało i psyche?

    Czy sprawdzanie stanu swojego rachunku bankowego co dwa dni to mania, a może kontrola poziomu wydatków? Sprawdzanie średniego spalania auta na trasie to działanie kompulsywne czy racjonalne? Tak samo jak odpowiedzialnie starasz się wydawać pieniądze na zakupach, jeździć oszczędnie oraz weryfikować swoje postępy w pracy, powinieneś(-nnaś) zwracać uwagę na jadłospis oraz wagę. Bez przeginania w żadną ze stron. Nie wpadaj w panikę, jeśli w wigilię zjesz o dwa kawałki ciasta za dużo albo wypadnie raz na jakiś czas zbyt szalona impreza. Jednak nie przyjmuj tego za normę. Przy tym wszystkim bardzo mi zależy na poznawaniu doświadczeń innych. Zwłaszcza osób, które osobiście poznałem i które tak samo jak ja zdecydowały się zrzucić kilkadziesiąt kilogramów. Żadna z nich nie powiedziała, że to było proste. Nikt nie odkrył innego sposobu niż wyżej opisany. Nie poznałem też nikogo, kto nie liczyłby choć orientacyjnie spalanych i spożytych kalorii.
  • Leszek Prawie.PRO

    Ten podcast (film) trwa godzinę. I to jest celowe. Pierwszy taki od 8 lat (111)

    03.02.2026 | 54 min.
    To jest historia, której nie planowałem opowiadać
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/
  • Leszek Prawie.PRO

    Dlaczego chciałbym przeprowadzić się do Hiszpanii (110)

    18.12.2025 | 15 min.
    Temat ten wygrał instagramowy plebiscyt na rozprawkę z gatunku subiektywnych.  Od dłuższego czasu chodzi mi po to głowie. Ale jak wiesz przeprowadzka na stałe, albo na choć pół roku w roku nie jest prosta. Mało tego, to brzmi wręcz jak nierealne marzenie. Dużo prostsze do spełnienia mając 28 lat, niż 39. Prawda?

    Jednak skąd w ogóle ten pomysł. No po pierwsze wszędzie lepiej gdzie nas nie ma. Prawda? Zawsze tak jest na wakacjach, zwłaszcza jak się jest gdzieś pierwszy raz. Jednak byłem tu nie wiem, z 10 razy od 2008 roku. Żeby było śmieszniej kiedyś jeździłem tutaj na motocyklach i mówiłem – o kurczę, ale góry, ale jestem zmęczony. 

    I potem zawsze człowiek tęsknił. Zwłaszcza jesienią i zimą.

    Myśl o mieszkaniu w Hiszpanii zaszczepił mi też mój lekarz. No jaki. Przecież nie proktolog. Psychiatra. 

    Od kilkunastu lat leczę się na depresję. Wiem, statystycznie połowa powie, że taka choroba nie istnieje, wmawiam sobie, do roboty powinienem się wziąć albo zrobić sobie pięcioro dzieci to mi przejdzie. Albo na keto powinienem przejść. 

    Druga połowa wie, że to jest choroba jak każda inna. Jak bielactwo, grzybica, krzywa przegroda nosowa. Tyle, że mojej choroby nie widać. Co gorsza nie widać jej u innych którzy chorują i nie mają kompletnie żadnego oparcia. 

    Nieważne. Dla mnie najtrudniejszym momentem każdego roku jest jesień i przedwiośnie. I to nie jest meteopatyzm, tylko głowa. W tym okresie nasilają się wszystkie objawy z którymi momentami ciężej żyć. Najgorszy jest lęk. Wtedy odpala mi się cała galeria zaburzeń na tym tle w formie uogólnionej. Ciężko jest to niekiedy wytłumaczyć. To takie stałe uczucie napięcia. To jakby codziennie podchodzić do egzaminu na prawo jazdy. Żadna tragedia, jednak na dłuższą metę czujesz się tym cholernie zmęczony. Z kolei gdy jesteś wyczerpany dołącza się do tego prawdziwe podłoże tych objawów czyli depresja. 

    4 terapie, leki, higieniczne życie, sen. Sport. To pomaga. Bardzo. Jednak moja choroba jest na tyle wielowątkowa, że mimo to dalej miewam te gorsze momenty. Nagrałem o tym 90 minutowe wideo. Przez 3-4 miesiące staję się zombie. To po postu mózg jest wypaczony. Jego chemia zaburzona.  

    Co jeszcze obok terapii, farmakoterapii ukierunkowcananej właśnie na poprawę tej mózgowej chemii przynosi ulgę. Słońce. Dzień trwający do 18 a nie 15:30. Tak. To taka prosta odpowiedź. Ekspozycja na słońce. Dlatego każdy psychiatra powie, że ruch na świeżym powietrzu za dnia to niesamowita broń przeciwko temu co opisałem powyżej. A zmiana klimatu to jest już mega kop w tyłek. Po prostu czuję się lepiej. A nawet jeśli pojawiają się jakieś problemy to łatwiej się je przeżywa tutaj. One nie znikają, jak hejt, troski finansowe i zdrowotne. Hiszpania sama w sobie nie rozwiązuje problemów. 

    Tłumi pewne objawy i przez to pozwala odzyskać nieco sił mentalnych i fizycznych. To jest właśnie to co nazywamy ładowaniem akumulatorów. 

    Wybierając południową Hiszpanię mamy 300 słonecznych dni w roku. W Polsce 60. Naprawdę 60. A po zmianie czasu w pochmurny dzień naprawdę nie jest przyjemnie. Tutaj możesz bez problemu pracować sobie zdalnie do tej 16 i znaleźć jeszcze 2 godziny na rower. Zimą słońce zachodzi około 18:30, a do tego czasu przeciętnie jest 15 stopni. Jednego dnia 19, innego 13. Jednak jest to słońce, które gdy nie wieje z północy to naprawdę grzeje. Przez cały rok, bez wyjątku można złapać opaleniznę, a na postojach rozbierać na krótko.

    Oczywiście są takie dni, gdy leje. Przez tydzień. Jednak rzadko ciągiem. Zazwyczaj popada rano, albo wieczorem i w nocy. Patrząc w prognozy można znaleźć sobie okienko pogodowe. Do tej pory w życiu doświadczyłem tutaj może trzech dni, które ewidentnie nie nadawały się do jazdy. Albo gdy przez lodowaty wiatr nie było przyjemności z jazdy. To jest sporadyczne i ma miejsce w okresie od listopada do lutego gdzieś tak mniej więcej.

    Niesamowicie pociągające jest to, że nie trzeba szukać tras kolarskich. Gdziekolwiek się meldujesz jesteś na jakieś trasie. Wyjątkiem są oczywiście duże miasta jak Walencja, Alicante albo Malaga. Ale zauważyłem, że nawet mieszkając w centrum zawsze masz ścieżkę rowerową dostosowaną do kolarzy szosowych. Mimo to aglomeracje już mnie nie pociągają. Raz to ceny mieszkań i hoteli – dwa – odległość od natury. 

    Trzeci powód jest już dużo mniej ważny, choć też kuszący. Hiszpania to inna grupa kulturowa. Tylko nie zrozum tego jako narzekanie na Polaków. 

    Inaczej jest kiedy widzisz niemal wszędzie uśmiechnięte twarze. Inaczej kiedy kierowcy Cię pozdrawiają zamiast zajeżdżać drogę. 

    Też wiele osób mówi, że przesadzam z tym jeżdżeniem na rowerze w okolicach Skawiny. Jednak uznajmy, że mam niesamowitego pecha do agresji drogowej. Są po prostu takie momenty gdy odechciewa mi się jeździć po mojej okolicy. Mimo faktu, że naprawdę zwracam uwagę na przepisy, staram się na asfalcie być empatyczny, bez względu na to czy jestem w aucie czy na rowerze. Dołują mnie też niesprowokowane niczym zachowania, które ładują mnie negatywnymi doświadczeniami.

    Wtedy właśnie myślę o południowej Hiszpanii, gdzie ten czas jakoś wolniej biegnie. Mniej osób się śpieszy, a więcej jest najzwyczajniej życzliwych. Inna strefa kulturowa. I bardzo podobnie jest chyba w Internecie. Czytałem ostatnio bardzo ciekawe badania na temat hejtu w Hiszpanii a we wschodnich regionach Europy.

    Niekiedy mam takie fale gdzie leci do mnie krytyka z każdej strony. Cokolwiek bym nie zrobił. Jednak od YouTube i Facebooka nie ucieknę. I pewnie każdy Polak, nawet na obczyźnie nie jest w stanie odciąć się od lokalnych treści. Dlatego potraktujmy to jako dygresję a nie powód do przeprowadzki. 

    To co jeszcze może kusić to nieruchomości. W zakupie i w najmie. W cenie M2 w Krakowie lub Warszawie masz M2 ale nad Morzem Śródziemnym. No dobra, czasem trzeba troszkę dołożyć. Oczywiście dużo zależy siły złotówki, od standardu i lokalizacji. Czy to nowe czy stare budownictwo. Jednak jeśli komuś odpowiada domek na wsi 10 kilometrów od takiego Calpe do lekkiego tuningu, wówczas okazuje się, że cena niczym się nie różni od mieszkania na Ursynowie. Dla mnie to był szok. Z niedowierzaniem patrzyłem na ogłoszenia biur nieruchomości.

    Dlatego w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy nie lepiej wziąć kredyt hipoteczny w Hiszpanii na domek z drzewem pomarańczowym. Głośno myślę. Czy nie kupić czegoś na zimę, by to potem w lecie wynajmować turystom, spłacając z tego choć część kredytu na który na razie i tak mnie nie stać. Nie stać mnie, jednak mam jakiś cel zawodowy by zmienić tę sytuację. To impuls do rozwoju swojego sklepu. 

    Myślę o tym także w kontekście tego ile wydaję na loty, mieszkania czy hotele. Średnio 3 razy do roku na tydzień lub dwa. Versus raty za wiejski domek, który wynajmujesz innym gdy w nim nie mieszkasz.

    Kolejna rzecz to koszty życia, które są niewiele wyższe od Polski. Trzeba doliczyć 15% do cen w sklepach. No plus przewalutowanie, chyba, że z wyprzedzeniem kupujesz więcej Euro przez jakąś aplikację śledząc kurs. Bo zakładam, że nie zarabiam w Euro i jeszcze długo nie będę.

    Techniczne byłbym w stanie przeprowadzić się tutaj na pół roku z dnia na dzień. Tyle, że boję się o firmę. Oczywistym u perfekcjonisty jest wyjście z założenia, że ja sam zrobię wszystko najlepiej. Musisz mieć dodatkowego pracownika na etacie, na cały rok a nie pół. Musi Cię być na niego stać. A co jak obroty spadną? Włącza mi się znowu ten lęk od którego zaczynamy. Miałem go także przed miesiącem gdy byłem ostatnio w Hiszpanii na 20 dni. ŚWIAT SIĘ ZATRZYMUJE LESZEK WYJEŻDŻA. 

    Wtedy się pocieszam, że obiektywnie, naprawdę dziś mnie nie stać na zakup nieruchomości i mówi to Excel a nie mój chory mózg.

    Jest oczywiście też plan C, od mi się odpala gdy mam kumulację presji finansowej, życiowej oraz zdrowotnej. Zamknąć to wszystko w cholerę i zaaplikować do pracy w Hotelu Diamante Beach Calpe i tam smażyć kolarzom naleśniki na śniadanie od 5 do 10 za najniższą krajową. Do tego wynająć na miejscu mieszkanie i mieć wszystko gdzieś. Nie mam parcia na bycie YouTuberem, bo tak samo pociąga mnie życie w cieniu. W gruncie rzeczy jedno i drugie to praca, z tą różnicą, że kończąc robić śniadanie gościom, wychodzę z pracy i nie zabieram jej ze sobą. 

    Dlatego mam jeszcze jedno marzenie w ramach planu D – bycie realizatorem dźwięku na żywo w hiszpańskiej rozgłośni radiowej. Koniec programu, koniec pracy. Tyle, że ten zawód już umiera na rzecz automatyzacji emisji. 

    To Wszystko naprawdę czasem brzmi kusząco dla każdego prowadzącego firmę w Polsce. Tak bliżej 20 każdego miesiąca w branży sezonowej. 

    Ddobra, to jest to WSZĘDZIE GDZIE NAS NIE MA. Ja lubię swoją pracę poza momentami kryzysu, które ma każdy gdy nałoży się na siebie nieco więcej przeciwności losu. Jednak one są i w Polsce i w Hiszpanii, która też nie jest bez wad. Jest super na jesień i zimę. Gorsza gdy chcesz kupić ibuprom lub znaleźć otwarty sklep po 20:30. Albo zostawić gdzieś samochód żeby Ci go mewy nie osrały.

    Ale to nic kiedy codzień rano wstajesz, świeci słońce i słyszysz cykanie tych wszystkim bębenków innych kolarzy. Masz mega impuls, żeby włączyć turbomode pracy zdalnej, by jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Nie masz czasu na smutki, bo się śpieszysz na rower. Warunkiem jest TYLKO stabilna sytuacja zdrowotna, rodzinna i finansowa. 

    I też nie chcę, aby ktoś zrozumiał mnie źle – kocham Polskę. Staram się być patriotą. Tu płacę i będę płacić podatki, bez kombinatoryki, lewizn, nawet jeśli uważam, że są za wysokie i niekiedy niesprawiedliwe. Bo tak postrzegam pariotyzm. Nawet jeśli czasem mam dość pogody, ciemności, deszczy i polskiego temperamentu i wewnętrznych podziałów. Nasz kraj mimo, że niekiedy smutny to wciąż jednak bezpieczny, dynamicznie się rozwijający i stabilny. 

    Przy okazji patriotyzmu, namawiam też do tego skonsumenckiego. Prowadzę polski sklep polskiej marki z polską odzieża i akcesoriami na rower. Zapraszam, zwłaszcza poza sezonem. Bez względu na miesiąc w kalendarzu namawiam też do wizyty na moim instagramie czesc.l
Więcej Fitness podcastów
O Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO O tym jak sport, kolarstwo, triathlon odmienił i odmienia mnie oraz moje życie. Opowiadam o zmianach fizycznych i mentalnych jakie przeszedłem i przechodzę. Każdego dnia. Chcę dzielić się swoją największą pasją i pomagać także tym, którzy są na początku swojej drogi do przemiany. Chcesz mnie wesprzeć? Sklep Prawie.PRO: https://Prawie.PRO Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
 O mnie: https://prawie.pro/leszek-sledzinski/
Strona internetowa podcastu

Słuchaj Leszek Prawie.PRO, Garage Gym Athlete i wielu innych podcastów z całego świata dzięki aplikacji radio.pl

Uzyskaj bezpłatną aplikację radio.pl

  • Stacje i podcasty do zakładek
  • Strumieniuj przez Wi-Fi lub Bluetooth
  • Obsługuje Carplay & Android Auto
  • Jeszcze więcej funkcjonalności