Przejdź do treści
PodcastyFitnessLeszek Prawie.PRO

Leszek Prawie.PRO

Leszek Śledziński
Leszek Prawie.PRO
Najnowszy odcinek

118 odcinków

  • Leszek Prawie.PRO

    Bezwładność stresu i zmęczenia, a nasilenie nawrotów lęku i depresji (117)

    12.10.2026 | 15 min.
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro

    Dzisiaj temat, który sobie zanotowałem bodajże pół roku temu, kiedy troszeczkę gorzej się czułem. I w notatniku wielkimi zwłaskami powstało zdanie: „Bezwładność stresu”. Bardzo krótkie, ale wymagające bardzo dużego rozwinięcia, zwłaszcza, w szczególności w przypadku osób takich jak ja, być może takich jak Ty, które to niekiedy właśnie walczą z gorszym samopoczuciem, tym psychicznym, z tymi momentami gorszymi.

    Oczywiście słabszy moment w naszym życiu nie musi świadczyć o chorobie, to jest codzienność. Bo jeżeli byśmy mieli wychodzić z założenia, że wszystko zawsze jest constans, zawsze wszystko jest dobrze, nie ma żadnej sinusoidy, to dobre samopoczucie nie byłoby dobrym, a złe nie byłoby złym. I to jest w pełni normalne, że każdy z nas ma jakiś kryzys, można mieć gorszy dzień, można mieć gorszy tydzień, rok… I trzeba się nauczyć z tym żyć. Że nie zawsze musi być dobrze.

    Ale niekiedy łatwiej jest walczyć z chwilami, z momentami tymi gorszymi wtedy, kiedy rozumie się ich genezę, przyczyny. Łatwiej się wtedy z tym pogodzić.

    I ja zauważyłem u siebie taką prawidłowość, że jeżeli mam bardziej stresujący okres – ogółem, bez względu na to, czy to by była kwestia problemów osobistych, finansowych, zawodowych, czy jakieś nieszczęśliwe zdarzenie w naszym życiu – to jest to zasiewanie takich ziarenek, które później niestety bardzo często będą kiełkować. I tym nie należy być w zupełności zaskoczonym. Być może niekiedy jest to właśnie sposób do motywowania nas do tego, żeby naprawdę próbować zauważać pewne schematy, dzięki którym będziemy mogli unikać stresujących sytuacji.

    Ja się przez cały czas w życiu tego uczę. Czasami nawet chyba, wydaje mi się, że za bardzo nadgorliwie robić dla świętego spokoju rzeczy, przez co w przyszłości być może będę miał właśnie więcej tego świętego spokoju. Ja tak miałem kiedyś w przeszłości chociażby z urzędem skarbowym, że zawsze wolałem się sześć razy upewnić, pięć razy policzyć, czy dobrze zapłaciłem wszystkie te podatki, niż potem niepotrzebnie stresować się tym, że przyjdzie jakiś polecony. I najczęściej przyjdzie w najmniej oczekiwanym momencie i to nie jest fajne. Bo to jest znowu właśnie wrzucanie kolejnego ziarenka, które potem znowu będzie kiełkować i będzie się mściło po kilku różnych tygodniach.

    I właśnie najgorsze są te wszystkie kumulacje stresu. I zazwyczaj jest tak, że wtedy kiedy nie idzie w robocie, wtedy też zaczyna coś się sypać w domu, nie wiem, na treningu okazuje się, że już nie jesteś taki, jaki byłeś, byłaś dwa miesiące temu, jeszcze waga nie daj Bóg ci wzrośnie, albo ktoś powie coś nieprzyjemnego na jakimś rodzinnym spotkaniu… I wtedy człowiek po prostu nagle przekracza tę linię, poniżej której po prostu ma gorszy moment, gorszy okres. I jego występowanie będzie potem determinować być może twoje samopoczucie za dwa tygodnie. Albo wtedy, kiedy tak jak teraz – nagle przyjdzie jesień.

    I spłacasz dług. Spłacasz dług wysiłku, ciągłego napięcia właśnie gorszym samopoczuciem. I wtedy, kiedy ja sobie to uświadomiłem, to okazuje się: „Ha, no tak!”. Też jednocześnie nie chodzi o to, żeby sobie samemu przepowiadać: „O, za chwilę będę czuć się gorzej, bo teraz mam stres, bo przebiegł mi właśnie ten czarny kot, więc teraz na pewno wydarzy się jakaś tragedia”. No nie, to też trzeba sobie moim zdaniem poukładać w głowie.

    Ale mówię to głównie z tego względu, że musimy znajdować przez cały czas czas dla siebie, czyli trochę sobie higienizować tę codzienność. I ja bardzo… i właśnie mi się w tamtym tygodniu włączyły takie bezpieczniki, kiedy sobie pomyślałem: „Kurczę, za dużo pracowałem w tamtym tygodniu i muszę coś z tym zrobić, nawet jeżeli coś miałoby być niedopięte na ostatni guzik, to ja muszę… muszę wrócić do bardziej regularnego snu, muszę wrócić do właśnie tego dawkowania sobie roboty, mimo że wszystko teraz wydaje się najważniejsze i pilne”. To jednak nie – robota jest dużo mniej ważna niż ewentualne przyszłe konsekwencje wynikające z tego, że za dużo pracuję, a za mało czasu skupiam się na aktywną regenerację.

    Aktywna regeneracja to nie chodzi mi tylko i wyłącznie o sport, ale aktywna regeneracja to jest także sen i pilnowanie tego naszego stałego harmonogramu. Bo bardzo wysoko stawiam sobie właśnie sen. Nie sprawdzam chorobliwie na zegarku, jak wyglądała moja ostatnia doba i jaki jest wynik tego snu, ale jest to jeden z takich czynników, który staram się kontrolować, wiedząc też, że urządzenia sportowe nie do końca zawsze muszą mieć rację, nie zawsze muszą prawidłowo zliczyć sen, wszystkie wybudzenia oraz to, w jakiej jesteś fazie. To są jeszcze urządzenia, kurczę, które potrafią się mylić. I teraz nawet ostatnio miałem okazję testować Apple Watcha, bo wkrótce przygotowuję się jak co roku do zrobienia takiego wideo, które mówi o zmianach chociażby w tym zegarku.

    Ale nie ufam temu. Ufam bardziej swojemu własnemu rozsądkowi nie tylko wtedy, kiedy patrzę na elektronikę, ale również wtedy, kiedy po prostu dzieje się dużo wokół mnie. I też taką, wydaje mi się, ciekawą genezą mogą być chociażby wymagania rodzinne wobec nas samych, gdzie to co chwilę się orientujemy: „Kurczę, ode mnie cały czas ktoś coś chce i cały czas ktoś ode mnie czegoś oczekuje, a ja nie mam siły. I ja nie mogę wszystkim pomagać zawsze i nie zawsze muszę być na baczność. Czasami muszę stawiać sobie te granice”.

    Ale nie mówię tego w stosunku tylko i wyłącznie do rodziny, bo czasami ktoś może być taki w pracy na przykład twojej – niezwykle atencyjny, wymagający bardzo dużo skupienia. To może być także toksyczny szef. I jemu też trzeba ustawić te granice, bo właśnie nie ma nic cenniejszego od zdrowia psychicznego i nie ma nic cenniejszego od zaoszczędzenia sobie kilku dni kryzysu, które są wywołane właśnie przez to, przez naszą służebność.

    Owszem, trzeba być dobrym człowiekiem, trzeba być pomocnym, trzeba być dobrym, sumiennym pracownikiem, ale są pewne granice. Niewłasnym kosztem. Łatwo się mówi: „zmień robotę, zmień szefa”. Ale… ale nie stój bezczynnie, nie oczekuj właśnie tej kolejnej katastrofy, którą potem będzie trzeba w jakiś sposób odżałować, spłacić.

    Bo ja też wielokrotnie już to spłacałem i już wielokrotnie sobie udowadniałem, że właśnie przez to, że ja nie byłem wystarczająco asertywny, przez to, że ja brałem całe obciążenie psychiczne czy też cały stres na siebie za wszystkich dookoła, potem ja na samym końcu zostawałem z tym wszystkim sam.

    I to wydaje mi się, że jest cholernie ważne. Wszystko na rzecz tego, żeby nie budować sobie właśnie tej bezwładności stresu, zmęczenia, gdzie to orientujemy się, że po trzech tygodniach my jesteśmy kompletną dętką. Nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować i właśnie bardzo często w takich momentach jest, że zostaje się z tym samemu. Bo wtedy, kiedy byłaś pełna energii, byłeś pełen energii i rzucałeś się wszystkim do pomocy, to okazuje się, że jesteś niesamowicie lubiany, potrzebny. A wtedy, kiedy musisz się wycofać, bo nie jesteś w stanie funkcjonować w sposób normalny, bo po prostu masz zły moment, to człowiek bardzo często jest sam.

    I to uczy trochę egoizmu. To uczy czasami stawiania siebie na pierwszym miejscu. Czy to jest zdroworozsądkowe? Jeżeli bierzemy te słowa, które mówię, w sposób w miarę racjonalny, wypośrodkowany, a nie zero-jedynkowy, to tak. Tylko ciężko jest to zrozumieć i naprawdę trzeba zaliczyć kilka mocnych uderzeń prosto w twarz od życia czy też od innych ludzi, żeby to zrozumieć.

    Że ja muszę mieć swoje własne bezpieczniki, ja muszę mieć swoje czerwone linie, których nie mogę przekraczać. Poza oczywiście wyjątkowymi sytuacjami. Ale na co dzień nie mogę ich przekraczać i nie mogę być gąbką wszystkich wokoło, bo każda gąbka ma swoją pojemność, po przekroczeniu której zaczyna się z niej wylewać woda. I wszystkie złe emocje to jest właśnie ta woda, a gąbką jest nasz mózg, który ma ograniczoną pojemność. I to zawsze musi się wylać i ten dług zawsze będzie trzeba w swoim życiu spłacić.

    Kiedy to człowiek chce, nie chce – musi zrobić krok wstecz, usunąć się gdzieś do cienia, poleżeć kilka dni w łóżku i to sobie wszystko wypłakać, albo nagle zacząć się na nowo dziwić, że wróciły mi ataki paniki, że znowu gorzej śpię, że nie potrafię pohamować u siebie apetytu, że do tego wszystkiego spada ogółem życiowa determinacja do robienia czegokolwiek, bo nagle odzywa się w tobie zapomniana już przez ostatnie miesiące czy też lata depresja, nerwica, stan ciągłego napięcia, z którym nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Ale to jest właśnie kwestia konsekwencji tego, co się działo kilka tygodni temu na przykład.

    I że to właśnie wtedy, kiedy mamy do czynienia ze stresem, ze zmęczeniem, wtedy trzeba myśleć o tym, co być może przez to wszystko wydarzy się za trzy tygodnie.

    I ja właśnie staram się o tym myśleć. Dlatego praca nie jest najważniejsza, zwłaszcza w takich momentach, kiedy to u mnie pojawia się… nie wiem, pojawia się raz: taki perfekcjonizm, dwa: że lęk, tak jak w okresie jesiennym, że: „Kurczę, no to teraz sezon się kończy, to na pewno skończą mi się pieniądze, to się muszę zabezpieczyć na sześć razy, żeby teraz w tym okresie wszystko szło tak jak należy. Może poszukam błędów, może coś jeszcze poprawię, może zrobię dwa razy więcej treści, może coś…”.

    Nie. Nie mogę pracować po 12 godzin, bo wiem, że właśnie pracuję na rzecz tego, że będę się gorzej czuć potem, że będę ten dług spłacać, że organizm mi się upomni o to. I bardzo podobnie jest w przypadku, nie wiem, chociażby przetrenowania. Bo to jest podobny mechanizm, tyle że taki w zupełności, w 100% fizyczny. Jeżeli przedobrzysz z ilością i intensywnością treningów, to masz o wiele większe szanse, że się rozchorujesz. Nie chciało ci się dzisiaj odpuścić treningu, to za trzy tygodnie albo za tydzień twój organizm położy cię przymusowo do łóżka i zamiast zwykłego przeziębienia będzie to angina.

    Kurczę, no też tak nieraz miałem, przez to też trochę spokorniałem, wychodząc z założenia, że nie w każdym tygodniu muszę zrobić każdy jeden trening idealnie od linijki i nie w każdym tygodniu, i nie każdego dnia muszę zamknąć wszystkie kręgi. Bo czasami można przegapić pewne sygnały ostrzegawcze, czyli znowu przekroczyć w tym przypadku – ale fizycznie – pewne linie, które stawia nam nasz organizm, przez co układ odpornościowy też się poddaje.

    A wtedy, kiedy przykładowo jesteśmy chorzy, to też trzeba zauważyć, że bardzo często jest tak, że nasza głowa też na tym cierpi.

    Przepraszam, ale dokończę kawę, którą robię sobie już trzeci raz i za każdym razem mi stygła dzisiaj. Ale taki jest urok poniedziałków.

    Dzisiaj właśnie z tym przesłaniem, z tą notatką… przesłaniem – jak to zabrzmiało! Dzisiaj właśnie z tą notatką i z tymi słowami chciałem powiedzieć nieco więcej ciepłego w stosunku do osób, które tak jak ja mają problem z asertywnością. Ja już trochę mniej, bo sobie to ćwiczę, tylko się nie da zrobić z dnia na dzień, to się trenuje przez lata. I czasami mi było też, nie ukrywam, wielokrotnie wstyd z tego powodu, że musiałem powiedzieć „nie”. Albo że musiałem się właśnie schować w cień, żeby to nie musieć się potem chować w cień nie z własnego wyboru, tylko ze względu na to, że moja głowa nie domaga.

    Bo to jest paskudne uczucie: chcieć wyjść z cienia, ale nie móc. Myślę, że sporo osób, które mnie obserwują i które mnie znają, wiedzą jak to jest. Jest to paskudne.

    Bardzo dziękuję. I do usłyszenia.
  • Leszek Prawie.PRO

    Dlaczego jestem kolarzem gorszym od Ciebie? (Na 10 lat kanału Prawie.PRO) (116)

    14.09.2026 | 16 min.
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro

    Prawie rok się zbierałem do napisania tego wideo. Jest ono dla mnie trudne. Dla osób postronnych jeszcze trudniejsze. W odbiorze. Jednak co roku staram się otwierać, zrywając swoją uśmiechniętą maskę, by pokazać, że jestem jak każdy. A tak naprawdę jestem gorszy. 

    Im mam gorszy moment, tym gorzej oceniam samego siebie. Możesz mieć w życiu wszystko. Pieniądze, sprzęt, miłość, proste zęby, wspaniałą pasję… Jednak pod koszulką, pod skórą, gdzieś głęboko w swoim sercu jesteś dla samego siebie zerem. 

    Najtrudniej jest to odkryć, zdać sobie z tego sprawę. Najtrudniej oglądać zdjęcia na których jesteś uśmiechnięty(a) pośród innych ludzi, gdy wiesz, że uważasz siebie za niepotrzebny element tej ilustracji.

    Gdy uważasz wszystkich wokół za mądrzejszych, ładniejszych, szybszych. Z lepszą przeszłością. Ciągle jest w Tobie napięcie, bo podświadomie boisz się tego, że ktoś odkryje Twoje słabości. Ktoś się zorientuje, że masz duży nos, wystający brzuch. Brak wytopionych mięśni. Zbędne 5 kilo. Boisz się, że nie dasz rady z innymi, nie dotrzymasz ich poziomu. Tym sposobem skażesz się na ocenę. Na wstyd.

    Tak. Ja odkryłem, że całe życie wstydzę się za siebie. Od najmłodszych lat. Od szkoły podstawowej, od zapisania się do młodzików Piasta Gliwice. Od pierwszego stażu. Od pierwszego etatu. Każda interakcja to lęk przed oceną. Dlatego wyjście z domu wymaga od Ciebie głębokiego oddechu. Przygotowania. 

    Czujesz napięcie, choć kompletnie nie łączysz tego z wejściem do sklepu, gdzie są inni. Robisz to, ale nigdy nie patrzysz prosto przed siebie. Odkrywasz, że zawsze patrzysz w podłogę. Domyślnie w peletonie zajmujesz ostatnie miejsce, bo tu najmniej osób na Ciebie patrzy. 

    Są oni a potem ja. Tak, ja tak mam. Dlatego nigdy, nawet jakbym miał formę, nie umiałbym wygrywać, bo bycie na pierwszym miejscu jest dla mnie większym dyskomfortem niż cień. Dlatego tak często świadomie w życiu wybieram cień. Dlatego tak ciężko jest nagrywać wideo, pozować do zdjęć albo nawet powiedzieć komuś cześć. 

    Dlatego wybierasz maile zamiast telefonów. Hamulec zamiast sprintu. Potakiwanie zamiast sprzeciwu. Dostawę pod drzwi zamiast do rąk. 

    Boisz się odrzucenia przez lepszych od Ciebie. Tyle, że wszyscy są lepsi od Ciebie. Chcesz być akceptowana i akceptowanym przez wszystkich, mimo, że nie z każdym trzeba utrzymywać relacje. Bo jesteśmy różni. Bo niektórzy naprawdę nie zasługują na naszą atencję, ponieważ żerują na słabości, braku odwagi i sprzeciwu. Uważasz, żeby zasługiwać na akceptację zawsze musisz wszystkim wozić bidony. A na koniec pokornie przyjmiesz słowa krytyki, bo dojechały 30 sekund za resztą, ciepłe i wygazowane. Jest Ci wstyd. 

    Ten sam, który czujesz przy stole podczas świąt, w pracy, w internecie, u lekarza, na zawodach czy w autobusie. Z przyzwyczajenia w pracy dajesz 110% i poprawiasz wszystko za innych. Już bez docenienia i dziękuję. Bo to już norma. Ale nie zwracasz na to uwagi. Głowa ulega adaptacji jak ciało do upałów czy nogi do polskich gór. Jednak koszt pozostaje ciągle ten sam. Wkładasz gigantyczny wysiłek w przeciwdziałanie gorszości. W obsługę wszystkich kompleksów, toksycznych ludzi, których przyciągasz do siebie jak zbyt ciasna koszulka tłuszcz.

    Nie możesz sobie pozwolić na ukazanie swojej słabości, bo pragniesz być jak inni. Wybierasz styl, którego nie trawisz, chowasz łzy za okularami, krople potu akumulujesz w czapce pod kaskiem, a ból przepłacasz zdartym szkliwem. Gdy ukażesz choćby przez chwile prawdziwą twarz, strach, brak sił okażesz się nieperfekcyjnym(a). Wstyd nie być idealnym. Prawda? Wszyscy tego wymagają. 

    Masz być szybki jak Pogacar. Chudy jak Niemiec. Mądry jak Dawid Myśliwiec. Silny jak Arnie. Twardy jak Szajba z Fali Zbrodni. Ładna jak Niewiadoma. 

    Ktoś Ci zaszczepił patologiczny wymóg bycia perfekcyjnym. Przyjęty bezkrytycznie i to jeszcze tak dawno, że nawet nie pamiętasz. Nie przypominasz sobie jak rodzice krzyczeli na Ciebie gdy płakałeś(aś) bo nie dawałeś rady? Chciałabyś zapomnieć jak koleżanki śmiały się z Twoich uszu i tego jak słabo grasz w siatkę? A to jak uderzył Cię chłopak z klasy i śmiali się z Twoich ubrań? A gdy mąż Ci powtarzał, że jesteś beznadziejna? Jak darł się na Ciebie przy wszystkich szef, choć to nie była Twoja wina? Pamiętasz jak było Ci wstyd na pierwszej ustawce kolarskiej będąc ostatnim? Albo jak się wywróciłeś i nikt nie podał Ci ręki. Gdy wszyscy się na Ciebie tylko biernie patrzyli.  

    Bycie nieidealnym to ryzyko powrotu do tego bólu, który wolisz zapomnieć. Bólu, który ukształtował cały Twój sposób patrzenia na świat. Który podporządkował dziesiątki Twoich zachowań, czyniąc z nich niewidzialne schematy. Dlatego już nie zwracasz uwagi na poziom wysiłku ani napięcia jaki generuje lęk przed wstydem. Najgorzej to sobie uświadomić. Najgorzej to wiedzieć, że z nikim nie możesz o tym porozmawiać. Zawsze jesteś sam w tłumie ludzi. Ty i Twój przewlekły strach. 

    To wszystko dotyczy ogromu z nas. Dorosłych dzieci, kierujących się w swoim życiu emocjami z dzieciństwa. I choć zdanie sobie z tego sprawy potrafi bardzo pomóc, to jednak w życiu każdego z nas zdarzać się będą momenty gdy bez okularów na rowerze będzie widać łzy. 

    Gdy nie masz siły odzywa się w Tobie ten kolega, zły mąż, rodzic mówiący, że zawsze musisz być silny/silna i najlepsza. Tymczasem nie istnieje perfekcja. Nie ma czegoś takiego jak ideał. Nie ma ludzi bezwzględnie mocnych, nie popełniających błędów. Pogacar też się wywraca. Większość kolarzy też ma nadmiarowy tłuszcz. Naukowiec również może się mylić. Z kolei gwiazda kina może być jedynie kreacją. 

    Ktoś kto wymaga lub wymagał od nas bycia idealnym sam nie jest doskonały. Okazuje się, że rodzice i nauczyciel mają jedynie swój punkt widzenia, który nie zawsze jest zgodny z prawdą. Kolega z klasy może dobrze kopał w piłkę, ale słabo radzi sobie z alkoholem. Kolega z grupy, który ostatnio był najszybszy na rowerze okazuje się mocny fizycznie, jednak może nie zdawać sobie sprawy, że opowiadanie o tym wszystkim jest powodem do wstydu. Tak, bo każda inteligentna osoba wie, że wszelkie próby wywyższania się, walki o docenienie jest tak naprawdę głośnym krzykiem ratunku. Tymczasem prawdziwi bohaterowie są cisi. Majętna osoba nie powie o swoich zarobkach. Naprawdę mocny kolarz nie będzie opowiadać ile zrobił kilometrów. A tym bardziej nigdy nie oceni słabszych od siebie by nie zrobić komuś przykrości chcąc podkreślić swoje ego. Nie ma takiej potrzeby. 

    W końcu gdy zapytasz wprost osoby wokół Ciebie czy zauważyły, że masz krzywy nos, większość z nich stwierdza, że dopiero teraz zwróciły uwagę na Twój największy kompleks. Dowiadujesz się też, że miarą wartości jako człowieka w jednym procencie jest Twoja szybkość. Wśród osób, które są przy Tobie ze względu na Twoje serce czy umysł. A nie to jak grałeś w piłkę w gimnazjum.

    Mało jest osób, które patrzą inaczej. I jeśli są wokół Ciebie to czy naprawdę muszą Ciebie kochać? Co to są zawody na liczbę znajomych na naszej klasie? Jeśli ktoś Cię cały czas krytykuje, to może robi to także dlatego, bo próbuje udoskonalać swój niedoskonały świat? Może sama się wstydzi tego kim jest? Może ten szef wyżywa się na Tobie, bo wie, że ma gorsze kompetencje od Ciebie?

    Tylko nie ma świadomości, że najsłabszym ogniwem tego zestawienia jest on sam, a nie Ty. Nawet nie wiesz ile własnych problemów mają osoby, które najbardziej udają bogów w każdej z dyscyplin życia. Jak sami są skrzywdzeni życiem i sfrustrowani tym gdzie się znajdują. 

    To jak krytykanci w Internecie. Najłatwiej ocenić upadek z kanapy. Wytknąć komuś zły wygląd samemu nie mając ustawionego awatara. Mówić, że nie masz zdolności, samemu nie potrafiąc poprawnie posługiwać się językiem w którym ciśnie po Tobie. A im bardziej jesteśmy spolaryzowani, tym więcej w nas determinacji do pisania rzeczy złych. Do wydawania ocen. Bo ocenianie jest najprostsze. Dużo łatwiejsze, niż analiza. To też najlepszy sposób na wywyższenie samego siebie. Łatwiej jest podnieść swoją wartość obniżając Twoją. Czy to nie jest znany schemat wampiryzmu? Przerzucanie swojego wstydu na Ciebie? Po co Ci takie relacje? Co takie osoby wnoszą do Twojego życia? Po co dajesz się ciągnąć w dół. No chyba, że chcesz być influencerem.

    Wiem, bardzo łatwo się to mówi. Gdyby to było proste to sam nie miałbym epizodów w których czuję się śmieciem. Jednak walka ze wstydem i własną wartością to jest proces. Trening. Raz FTP 4W w górę, następnie 8 w dół, a za jakiś czas 8 plus. Jednak gdy nie trenujesz to się cofasz coraz bardziej do cienia. Gdy boisz się ustawek i jeździsz na końcu to nie przekonasz się jak to jest być w środku razem z innymi. Że nie jesteś gorszy. Albo, że nikt na to nie zwraca tak naprawdę uwagi spośród wartościowych ludzi na których naprawdę nam zależy. 

    Trenując możesz się przekonać, że jednak da się odciąć od wampirów i tak naprawdę mniejsze grono osób, które nas lubi nie sprawia, że jesteś gorszym człowiekiem. No bo nie każdy musi Cię lubić, bo to nierealne i okupione codziennym wysiłkiem w którym to stawiasz siebie oraz swoje potrzeby na ostatnim miejscu. Uderzając pięścią w kierownicę przekonasz się też, że liczą się też Twoje potrzeby. 

    Z kolei mówiąc otwarcie o swoich lękach okazuje się, że jest łatwiej. Że mnóstwo osób które uważasz za lepsze od siebie też mają ten sam problem. Dowiadujesz się, jak one sobie rodziły i radzą z tym okropnym uczuciem bycia za innymi. Że nawet uśmiechnięty Pan z Internetu czuję się gorszy od Ciebie, albo, co najbardziej zaskakujące – ktoś Cię podziwia, jednak wstydził się o tym powiedzieć. 

    Każda osoba o obniżonej własnej wartości ma tendencję do tego by przesadzać, chorobliwie skupiać się na swoich straszkach. Pani w sklepie Cię nie oceni, bo jesteś dzisiaj tysięcznym klientem. Lekarz nie pomyśli o Tobie źle, ponieważ dzisiaj przyjął już 9 osób z tym samym. Na ustawce mało kto nie będzie Cię lubić przez to, że nie potrafisz utrzymać koła. Tym bardziej jeśli powiesz o tym wszystkim otwarcie. Wtedy jedynie na co się skazujesz to na podziw, że umiesz pokazywać swoją słabość. Masz jaja, żeby powiedzieć, że się boisz. Bo reszta też się boi.

    Bo każdy czasem czuje się jak gówno. Tylko mało kto o tym jest w stanie powiedzieć bez przepracowania tego głęboko w swoim sercu. To jest jedyna opcja, żeby jechać dalej i przeciskać się bliżej czoła peletonu. Nagle okazuje się, że Twoją najsłabszą stroną nie są Twoje słabości tylko wstyd. To on najbardziej hamuje Twoje siły.

    Nagle okazuje się, że potrafisz rozluźnić swoje serce i głowę. Stawiasz siebie na równi z innymi a nie obok. Ani nad innymi, ani poniżej. Wśród innych stanowisz uzupełnienie. Bo każdy z nas ma inne słabe i mocne strony. Dzielimy się na zawodników taktycznych, górali, sprinterów. Ja umiem lepiej liczyć, a Ty lepiej piszesz. Jednak jak każdy mogę mieć gorszy dzień. Mogę źle skręcić. Jednak czy znasz kogoś, kto tego nie zrobił? Każdy z nas, ale o tym się nie mówi. 

    Przy tym wszystkim musisz pamiętać, że bez względu na to co mówię, bywają gorsze momenty. Też mam chwile gdy chowam się w cień. Nadal też nie umiem przyjmować dobrych słów, za to o wiele lepiej wbija mi się do głowy krytyka. Wciąż bywają dni gdy chce jechać sam, do nikąd. Są momenty gdy łzy spływają pod okularami, jednak wszyscy myślą, że to pot. Sztuką, której się uczę to potrafić zaakceptować swoją niedoskonałość. Uczynić z siebie samego mniej bezwzględnego szefa. Nie być dla siebie nauczycielem że szkolnych lat. Przyjąć 90% doskonałości za normę. Bądź na 90%. 

    To jest cholernie ciężka praca każdego gorszego dnia. Zwłaszcza gdy jesteś zmęczony, niewyspany lub gdy właśnie się orientujesz, że przegapiłeś zjazd. Jednak to nie jest bycie gorszym. Życie i samopoczucie to nie jest linia wiecznie wznosząca. To interwały. Niekiedy musisz zakręcić z całych sił na zaciśniętych zębach, by znów złapać koło 

    Najważniejsze w tym to jest umieć pokochać samego siebie. Akceptując te swoje 90% doskonałości. Sztuką pogodzenia się z samym sobą jest sztuka przymykania oczu na te brakujące 10%. 

    Wstyd to nie tylko wzrok rzucony w chodnik, w licznik rowerowy, garb nawykowy i wiecznie zaszklone oczy zasłonięte lustrzanymi okularami. 

    Wstyd to także coś co jest zupełnie odmienne. Sztuczna wyższość, ekscentryzm. Maska założona i zabetonowana na twarzy. Często najgorszymi czują się osoby, których w życiu byśmy o to nie podejrzewali. Być może nawet one same nie zdają sobie sprawy z tego, że to co determinuje ich sposób codziennego funkcjonowania to permanentny kompleks. 

    I słowo kompleks jest bardzo niesprawiedliwe, bo niekiedy spłaszczane. Mówi się, że ktoś jest zakompleksiony, bo próbuje przez cały czas coś udowadniać. A im bardziej tego chce, tym jest gorzej dla niego samego oraz swojego otoczenia. Albo wręcz przeciwnie – są ludzie, będące wiecznie uśmiechnięte, życzliwe, otwarte, muszące cały czas wkładać ogromny wysiłek w to, by choćby odezwać się do drugiej osoby. Przez lęk przed byciem ocenionym.

    Sztuką wówczas jest nie oceniać drugiego człowieka, a zdać sobie sprawę z tego, że jest to problem z którym ktoś sobie nie radzi, a jego geneza jest niezwykle zawiła.

    Skąd bierze się ten dysonans, w którym to wstyd Ci za to jaką, jakim jesteś? Dlaczego patrzysz na innych z dołu. Dlaczego innym podświadomie w sercu zazdrościsz osiągnięć, wyglądu, prędkości na rowerze czy nawet rodziny. 

    Nie wierzę w dobre słowa które słyszę. Jakby nie były adresowane do mnie 

    Zauważłemn, że moja głowa zawsze podświadomie londuje w grunt. Gdy chodzę nie patrzę przed siebie, tylko w ziemię. Nos wbity w asfaltowe 

    To czego najbardziej się boję to, że mogłoby się tak stać jak kiedyś gdy miałem 19 lat, że mój wstyd zacznę maskować pychą. Nie umiałbym wytrzymać ze sobą mając podświadome poczucie bycia lepszym od innych. 

    Otaczasz się toksycznymi ludźmi bo chcesz żeby ktokolwiek Cię akceptował. Ja kiedyś też bałem się dokonywać selekcji znajomych, bo bałem się tego, że ktoś mnie nie będzie lubić. Nie miałem żadnych granic. Zero asertywności i pewności siebie. Bo wstydziłem się tego jak niedoskonały jestem.
  • Leszek Prawie.PRO

    Po 10 latach usiadł na rower. To był koszmar… Kompendium o budowaniu formy od zera

    31.08.2026 | 36 min.
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro

    Ten odcinek to refleksje oraz praktyczne poradnikowe wskazówki na temat powrotu do aktywności fizycznej i rozpoczęcia przygody z kolarstwem. Opisuję drogę od znacznej nadwagi do budowania wysokiej formy i wydolności.

    Główne wnioski i porady z materiału:

    Początki i zaakceptowanie dyskomfortu: Pierwsze treningi po długiej przerwie wiążą się z bólem, zmęczeniem i konfrontacją z własnym ego. Jest to naturalny proces wynikający z zaniedbań z ubiegłych lat, do którego organizm potrzebuje czasu, aby się zaadaptować.

    Wydolność ponad siłę: Szybkość na rowerze i w górach wynika głównie z wydolności (VO2 max) oraz pracy serca i płuc, a nie jedynie z siły mięśni czy wyglądu nóg. Kluczowa jest wysoka kadencja (ok. 90–95 obrotów na minutę), czyli „kręcenie bez przesadnej siły”, by nie obciążać mięśni.

    Kluczowa rola konsekwencji: Najważniejszym czynnikiem w budowaniu formy jest regularność. Lepiej trenować rzadziej, ale stale, niż stosować zrywy. Forma u amatorów rośnie dynamicznie zwłaszcza w pierwszym sezonie.

    Trening i interwały: Poza spokojną jazdą długodystansową (wytrzymałość), warto wprowadzać krótkie, intensywne akcenty (interwały, sprinty, podjazdy na czas). Stymulują one układ krwionośny do pracy na wyższych obrotach i przesuwają granice wydolności.

    Masa ciała i odżywianie: Waga ma ogromne znaczenie w kolarstwie (szczególnie na podjazdach). Sama jazda nie gwarantuje spadku wagi, jeśli nie kontroluje się bilansu kalorycznego. Równie istotne jest dbanie o nawodnienie oraz elektrolity (np. unikanie alkoholu).

    Sprzęt i gadżety: Nie należy przeceniać drogowego sprzętu, drogich rowerów czy pomiarów mocy na początku. Stanowią one zaledwie procent sukcesu. Na start wystarczy prosty licznik, pomiar kadencji oraz pulsometr na klatkę piersiową do monitorowania pracy serca.

    Technika jazdy: Warto ćwiczyć pedałowanie na stojąco. Pomaga to przetrwać strome podjazdy, przynosi ulgę miednicy oraz dłoniom i poprawia krążenie podczas długich tras.

    Podejście mentalne: Należy trenować i rywalizować przede wszystkim ze sobą, nie porównując się do zawodowców ani innych kolarzy. Kolarstwo powinno być pasją i formą ucieczki od codziennego stresu, a nie źródłem frustracji.
  • Leszek Prawie.PRO

    Jestem niedoszłym alkoholikiem. Uratował mnie rower (114)

    16.07.2026 | 14 min.
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro

    Cześć. Tutaj Leszek. Niedoszły alkoholik. 

    Żyjemy w kraju z ogromnym problemem.

    W Polsce każdego dnia do południa schodzi 500 000 małpek. Pół miliona małych butelek mocnego alko na śniadanie. To jest do południa. Bo do północy schodzi ich 3 miliony. Codziennie każdego dnia. 3 miliony tylko tych małych butelek.

    W Polsce Żabka nie otworzy się jeśli w danej lokalizacji nie ma szans na koncesję. No dobra są takie trzy.

    To mnie przeraża. Tak samo jak otyłość wynikająca nie tylko ze złej diety, tylko z ilości wypijanego alkoholu każdego tygodnia, miesiąca, roku. Ile to jest kcal?

    Tak samo przykro mi jest obserwować jak wiele osób uprawia sport po to by pić i pije coraz więcej, bo uprawia sport. Zrobiłem o tym nawet cały film. O tej pułapce: Mogę dzisiaj wypić butelkę wina, bo dużo jeździłem. A jutro będę dużo jeździć, bo jutro też chcę się napić. Mówisz sobie, że Ci smakuje. A tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. O to, że alkohol jako jedyny daje Ci to uczucie zdjęcia łańcucha z klatki piersiowej. Rozluźnia Cię, poprawia nastrój. Resetuje stres i problemy skryte cholernie głęboko. Być może nawet te z trudnego dzieciństwa. 

    Dlatego uważam siebie za niedoszłego alkoholika. Niedoszłego tylko dlatego, bo kiedyś udało mi się wychwycić ten schemat, ale co najśmieszniejsze nie u siebie. 

    Wychwyciłem to, patrząc z boku. Wychwyciłem będąc w grupie kolarzy, gdzie każdy był na kacu. Każdy narzekał na upał, zmęczenie, ból, zły nastrój, ale nie dlatego, bo trasa była wyjątkowo skomplikowana, a temperatura wyjątkowo wysoka. 

    Kiedyś zapytałem siebie po co tutaj jestem. Dla roweru czy dla wieczorów przy browarach po każdym powrocie do bazy. Rano ruszając już myślami byłem przy wieczornym stoliku 

    Jestem niedoszłym alkoholikiem też dlatego, bo spełniam wszystkie warunki osoby o wysokim ryzyku uzależnienia od alkoholu:

    Mam zdiagnozowane zaburzenia lękowe, jestem osobą o niskim poczuciu własnej wartości. Do tego alkohol w moim przypadku łagodzi przewlekły stres i napięcie. Niweluje stres. Po alkoholu jestem zabawny i pocieszny. Rozwiązuje praktycznie wszystkie moje codzienne troski. Nawet jedno piwo sprawia, że unoszę się te kilka milimetrów nad ziemią. Lubię to uczucie. Jest praktycznie takie samo jak po wjechaniu Bieńkówki na czas. 

    Jak każdy Polak żyję w otoczeniu gdzie jest powszechna kultura picia alkoholu podczas każdego spotkania. Każda uroczystość to alkohol. Chrzciny, urodziny, komunia, stypa. Kiedyś wjeżdzała wóda, teraz bardziej prestiżowe barwione alko, wina i piwo. Osoba niepijąca na imprezie to dzikus.  

    To nie jest nasza wina. To pewna tradycja i kultura. Zauważcie, że nawet w serialu Rodzina Zastępcza na którym się wychowywaliśmy w każdym odcinku był alkohol. Po czasie to dla mnie też masakra. Chociaż może przesadzam?

    W kolarskiej kulturze też kiedyś było tak, że każda wspólna trasa to meta z piwkiem. Bo piwo jest mokre i zimne i dobrze wchodzi po wysiłku. Na szczęście zauważam, że wiele dobrego pod tym względem zrobiły napoje funkcjonalne i piwa zero. 

    Tylko nie wiem ile osób aktywnych sportowo potem samemu pije w domu. Ile osób narzeka na nadwagę wiedząc, że to nie wina złego jedzenia, tylko tego, że nie potrafią rzucić alkoholu. Sporo z nas nawet nie wie ile kcal ma butelka wina i deska serów. Co weekend. Każdy weekend. Dobra, dzisiaj poszaleję, od poniedziałku znowu dieta. W poniedziałek stajesz na wadze i znów wyrzuty sumienia. Masz wyrzuty, to więcej musisz jeździć, żeby zbudować deficyt na weekend.

    Nie chciałbym zostać źle zrozumiany. Nie mam nic do alkoholu. Nie mam nic do sprzedawania go na każdym rogu. Tak samo nie mam nic jak ktoś obok mnie zamawia piwo do kolacji. Bo ma taką ochotę. Tak samo jak lampka wina do obiadu czy prosecco na śniadanie jak u południowców.

    Mi chodzi tylko o regularność oraz schematy. O warunkowanie. O to, że zawsze grill to alkohol, zawsze dzień wolny od pracy to alkohol. Albo każdy wieczór to też alkohol. 

    Nie dlatego, bo piwo super uzupełnia kcal, bo wino super smakuje. Picie dla smaku to inne picie, niż picie pod pretekstem dobrego smaku czy dobrej okazji. Gdzie głęboko w sercu wiesz, że po wypiciu przyjdzie ten moment rozluźnienia. Przez całą trasę na rowerze myślisz o tym, że rozluźnisz się przy piwie. Albo przez cały wujowy tydzień w pracy myślisz, że w weekend przyjdzie okazja do napicia się. Tak. Ja kiedyś też czekałem. Szedłem ze skrzynką do sklepu specjalistycznego na wymianę butelek. 

    Dlaczego dzisiaj piję raz do roku a nie co drugi wieczór?

    Ja nie przestałem pić z dnia na dzień, chociaż miałem takie momenty, kiedy przez rok nawet nie powąchałem alko. Byłem wtedy na redukcji po zakupie drugiej szosy. Chciałem jak najszybciej zjechać że 103 na 79. Wiedziałem że alkohol jest największym niszczycielem wszelkich postępów. Ponieważ uruchamia u mnie jeszcze dodatkową gastro fazę. Nie tylko dlatego, bo do piwa idealnie pasuje pizza. U mnie wyłączały się wówczas wyrzuty sumienia, które wracały z podwójną siłą następnego poranka. Stąd ta zerojedynkowa decyzja z dnia na dzień. 

    Tak samo przestałem czytać o nowych piwach kraftowych i oddałem kaucyjną plastikową skrzynkę do sklepu bez wymiany na nową. 

    Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ta decyzja mi pomogła. OK, przez pierwsze 2 tygodnie było ciężko, psychicznie. Bo wiesz, że w domu nie czeka zimne piwo. Tak samo jak nie czeka czekolada i paczka chrupek. Jednak po 3 tygodniach ból zamienił się w lekkie pieczenie, a po 6 tylko szczypanie. Co prawda musiałem omijać alejki z piwami, ale jakoś dawałem radę. Po dwóch miesiącach widziałem zdecydowaną różnicę w wyglądzie i samopoczuciu. Miałem mniej dni z epizodami nerwicy lękowej czy depresji. Dziwnie lekko na sercu i na wadze. Okazało się też, że leki, które przyjmuję mogą lepiej działać gdy nie łączę ich z alko.

    Pamiętam też jak smakowało pierwsze po roku piwo. Jedno. Wypiłem jedno, a nie trzy. Bo była super okazja. Naprawdę wyjątkowa. 

    Gdy ustabilizowałem wagę to włączył mi się tryb oszczędzania kalorii. Zaczęło mi być szkoda pracy, którą włożyłem w to wszystko. Mówiąc o kaloriach mam na myśli nie tylko te z alkoholu, ale przede wszystkim te wynikające z późniejszej gastrofazy. Nauczyłem się też odmawiać, mówiąc wprost, że mojego bilansu energetycznego nie stać dziś na więcej. 

    Dlatego przez ostatnie 10 lat upiłem się tylko raz. Raz miałem kaca i to tylko po to, aby upewnić się w przekonaniu, że nie chcę więcej do tego wracać. 

    Zacząłem używać alkohol tak jak rzodkiewkę. Kiedy jadłem ostatnio rzodkiewkę? Nie pamiętam. Kiedy zjem kolejną? Nie mam pojęcia. Czy przeszkadza mi ktoś kto obok mnie je rzodkiewkę? Nie. Tak samo w sklepie może być cały dział z rzodkiewkami. Przejdę obojętnie. 

    Dzisiaj mamy lipiec w kalendarzu. Ostatnie dwa piwa wypiłem w grudniu. Taka statystyka powiela się u mnie już chyba drugi rok. Jakie odczuwam korzyści z niemal całkowitej abstynencji? 

    Zawsze jestem kierowcą. 

    Ale też mniej wydaję na taksówki

    A tak na serio, największe korzyści czuję na wyjazdach. Mam zarąbistą regenerację. O wiele lepszą. A w trakcie samej jazdy mniej narzekam. Lepiej śpię. Fizycznie czuję się naprawdę super. Na codzień i na rowerze. Doszedłem do wniosku, że na obozach piwo przyjmuje ujemny współczynnik regeneracji. Dokłada ciału dodatkowy wysiłek, psuje jakość snu, metabolizm, resyntezę glikogenu, obciąża wątrobę i przede wszystkim łeb. Nastepnego dnia już nie czuję się jak nadmuchana beczka. 

    Umiem odmawiać do perfekcji. Wszystko zrzucam na sport, zawody, cele. Przygotowuję się do czegoś tam, w związku z czym nie piję alkoholu. Jutro mam test FTP, za dwa tygodnie wyścig. Wszyscy to łykają i już bez pytania otwierają mi zerówkę albo colę. Nie boję się już braku akceptacji w grupie jak powiem, że nie piję.

    Mam też oczywiście mniejsze wahania wagi. 76/77 kg niezmiennie. Oszczędzam mnóstwo kcal, które mogę zagospodarować sobie inaczej. Zamiast alko mogę sobie kupić draże korsarze, chrupki orzechowe albo żelki. Raz w tygodniu walnąć kebsa. 

    Policz też ile kasy zostawiałeś w knajpach na alkohol. A ile w skali roku wychodzi na ten kupowany w sklepie. Można się śmiać, ale jeśli to jest tysiak rocznie, to można go przewalić na inne głupoty. Na ceramiczne łożyska suportu. 

    Jak można spróbować to ogarnąć samodzielnie?

    Pierwsze pytanie jest w pełni szczere. Do samego siebie. Pijesz bo Ci smakuje, czy pijesz dla uczucia gilgotania. Jak dla smaku to luz. Jesli dla odreagowania i często o tym myślisz, to znaczy, że gdzieś, kiedyś może być problem. Tym bardziej jeśli tak jak ja słowo PROBLEM masz wypisane na twarzy. To stwarza ryzyko w przyszłości. Wtedy możesz spróbować po prostu stopniowo zmniejszać ilość alko w Twoim życiu. Bo z dnia na dzień może być ciężko. 

    Gorzej jeśli zdarza Ci się pić do ocinki, do zerwania filmu. To jest ogromna czerwona flaga. Tak samo jak ukrywanie się z piciem czy robienie zapasów, by nigdy w domu nie zabrakło.

    Druga kwestia to motywacja. Jeśli masz do zrzucenia kilka kilogramów to wiedz, że tyje się nie tylko od jedzenia. W cholerę ludzi jest otyłych przez alkohol. Raz, że każde piwo to pół paczki chipsów, numer dwa to gastro. 

    Trzy to wpływ na formę. Zwłaszcza na wyjazdach. Po 4 dniu jazdy z imprezami co wieczór wysiadasz. Zamiast cieszyć się sportem walczysz tak naprawdę z kacem, który siada na nogi i głowę. Tak samo cofają alkoweekendy, albo alcoweekendowe wyprawy rowerowe. Stówka w kołach, ale czteropak piwka skasował aktywność. Pamiętaj też, że Twoi sportowi idole też mocno ograniczają procenty, bo to nie licuje z progresem formy.

    Cztery to jest naturalne pragnienie. Po rowerze lecisz do żabki po piwo, bo jesteś odwodniony. Wychlej litr wody przed wejściem do sklepu. bmwChce Ci się ogólnie pić, a nie pić piwo. 

    Kup sobie coś gazowanego, kostki lodu, albo najlepiej saturator i koncentraty napojów. Masz fanty, mirindy, lemoniady po kokardy i to bez kaucji. 

    Numer pięć to zmiana kulturowa w Polsce jak i społeczności kolarskiej. Coraz więcej osób po prostu nie pije. Dlaczego? Bo ktoś inny też nie pije. Jest to bardziej akceptowane, mniej antyspołeczne niż jeszcze 10 lat temu. Dziś na impreze czuję dumę, że jestem trzeźwy i wracam autem do domu. Tak samo dumnym można być w nowy rok, który zaczynam zarąbistym treningiem na trenażerze a nie z głową w misce.
  • Leszek Prawie.PRO

    Zapis mojej rozmowy w której to Tomasz Marczyński zadaje mi pytania odnośnie Prawie.PRO (113)

    08.06.2026 | 1 godz. 8 min.
    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/
    Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
    Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro

    Rozmowy pod oknem – Podcast Velo Creation
    Kolarstwo amatorskie to temat dzisiejszego odcinka. Leszek Prawie.PRO wyjaśnia, dlaczego kolarstwo amatorskie uratowało mu życie i jak kolarstwo amatorskie leczy burnout.

    Kolarstwo amatorskie kojarzy się z wynikami, ale dla Leszka Śledzińskiego (Prawie.PRO) stało się drogą powrotną do zdrowia. W nowym odcinku serii „Rozmowy pod oknem” Tomasz Marczyński rozmawia z gościem, który udowodnił, że kolarstwo amatorskie to najlepszy lek na stres i wypalenie zawodowe.

    Leszek szczerze opowiada o cenie sukcesu w mediach, atakach paniki i momencie, w którym rower szosowy zastąpił dwie paczki papierosów dziennie. To głęboka rozmowa o tym, jak budować kolarstwo amatorskie oparte na autentyczności, a nie na pogoni za byciem zawodowcem.
Więcej Fitness podcastów
O Leszek Prawie.PRO
Leszek Prawie.PRO O tym jak sport, kolarstwo, triathlon odmienił i odmienia mnie oraz moje życie. Opowiadam o zmianach fizycznych i mentalnych jakie przeszedłem i przechodzę. Każdego dnia. Chcę dzielić się swoją największą pasją i pomagać także tym, którzy są na początku swojej drogi do przemiany. Chcesz mnie wesprzeć? Sklep Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
 O mnie: https://prawie.pro/leszek-sledzinski/
Strona internetowa podcastu

Słuchaj Leszek Prawie.PRO, Perform with Dr. Andy Galpin i wielu innych podcastów z całego świata dzięki aplikacji radio.pl

Uzyskaj bezpłatną aplikację radio.pl

  • Stacje i podcasty do zakładek
  • Strumieniuj przez Wi-Fi lub Bluetooth
  • Obsługuje Carplay & Android Auto
  • Jeszcze więcej funkcjonalności