W sześćdziesiątym czwartym odcinku Gorzkich Wrzali mówię o tym, dlaczego mam już dość sztucznej inteligencji, mimo że jako copywriter pracuję z modelami językowymi od pierwszych ich komercyjnych wersji i wiem, że to działa.
Opowiadam o zalewie AI slopu, który widać dziś praktycznie wszędzie: w artykułach generowanych masowo pod Google Discover, w postach z LinkedIna pełnych półpauz, wypunktowań i emoji rakiet, w tiktokach z syntetycznym lektorem czytającym historie z Reddita, w piosenkach z Suno o niczym. Pokazuję, po czym poznać tekst spod prompta i dlaczego polski internet nagle tak bardzo pokochał myślniki.
Schodzę też z poziomu kpiny w sprawy mniej zabawne. Wspominam o samotnych mężczyznach z grup facebookowych, którzy nie wiedzą, że flirtują z grafiką z Midjourney. O starszych osobach przesyłających sobie obrazki Chrystusa z wędlin i biorących je za znaki z nieba. O tym, jak AI slop przenosi się znad ekranów do rozmów przy niedzielnym rosole.
Na koniec mówię o sobie. O tym, co AI dało mi w pracy, co mi przy okazji zabrało i czemu od jakiegoś czasu świadomie pilnuję, żeby po godzinach pisać w stu procentach samodzielnie. Bo największą wartością tekstu nie jest dziś jego gładkość, tylko to, że ktoś po drugiej stronie widzi w nim człowieka.
Odcinek dla każdego, kto czuje przesyt sztuczną inteligencją i podejrzewa, że internet zmienił się w jeden wielki taśmociąg generowanych treści.